|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Idź łynty giglaćDzień biegnie za dniem, daty, daty ... Kalendarze. Ucieka to wszystko za szybko i z podobną gamą wydarzeń, masakra, staram się, żeby nie, żeby wolniej, ale jednak. Wiadomo, że czasem chcemy, żeby dzień przeleciał, tydzień pracowity się skończył, weekend przyszedł wreszcie, miesiąc osiągnął końcową datę, matki boskiej pieniężnej przyszło, a potem kolejny i kolejna... byle do świąt, byle do wiosny... I tak to leci. I tak to gna. Wszystko byłoby dobrze jednak, mogłoby gnać, gdyby nie śmiertelność. Nie o tym miałam pisać, wywołana przez Babę1955, co by o poznańskich potrawach popisać ( też miała kogo przy tablicy ustawić, nie mogła Ziemianinawkuchni? ) staram się sprostać. Nie jest mi łatwo, bo poznańskość mam zaburzoną, wiadomo, przemieszczałam się często i na długie okresy, inne zwyczaje wchłaniałam, obcych potraw próbowałam, ponadto nie znoszę ziemniaków z sosem! A to jest podstawa wielkopolskiej kuchni. Przypomina mi się z dzieciństwa obrazek, jak siedząc przy kuchennym stole gniotłam widelcem te pyry i mieszałam z zawiesistym mięsnym sosem. Jakbyśmy nie mieli zębów. Prawie słyszę mlaskanie. Albo sławetna sałatka ziemniaczana zatopiona w majonezie. Brrrr. Dzisiaj nie mam ochoty na tamte przysmaki. Z podobnych powodów ( w moim domu rodzinnym było to postne jedzenie prawie w każdy piątek ) nie jem śledzia pływającego w cebulowej śmietanie na słodko. Oczywiście z ziemniakami. Sorry, z pyrami. Nie lubię też tzw galartu - czyli zimnych nóżek, który tworzyły głównie jakieś chrząstki, świńskie błony i żelatyna. Ale - uwaga! Tym razem bez ziemniaków. Nie wiem ( chyba na szczęście ) co to są "ślepe ryby" i "szare kluchy". Moja mama, jak chorowała, twierdziła, że tylko polewka może ją uleczyć. I ciągle ją sobie gotowała. Nie wiem dokładnie z czego toto - z maślanki, mąki ziemniaczanej, z czego poza tym ... nie wiem. Mało wartościowa była, jak dla mnie. Ale uwielbiam "plyndze" czyli placki ziemniaczane, ponoć wielkopolskie jedzenie, "pyrki" zwłaszcza młode i w mundurkach z "gzikiem" też są świetne, zwłaszcza, gdy dodamy sporo młodego szczypioru i cebulki. Do tego konieczne jest zsiadłe mleko. Albo maślanka. Nietypowa ze mnie poznanianka:) Toteż kończę, bo jeszcze mi ktoś powie: - Ady idź już Kocurkowata w pyry, łynty giglać! piątek, 20 listopada 2009, kocurkowata
Komentarze
2009/11/20 23:04:56
Śledzi nie cierpię! Flędze uwielbiam! Ale z cukrem! I tak odnosząc się do komentarza Wildrose, nie powaliło mnie na kolana sushi, które mimoja Frau z Kolonii przywozi.
A cała reszta - może być! :-)))) 2009/11/21 15:30:31
Ja z południa, więc nie mam pojęcia co to te łynty;) ale poszukam ;) W każdym razie brzmi fantastycznie :)
Buziak Kocurkowata! O. 2009/11/21 23:56:55
Ja z Wielkopolski ale nie wiem czy dobrze tytuł zrozumiałam "łynty" to są chyba łodygi z liśćmi a "giglać" to łaskotać???
Sledzia w śmietanie z ziemniakami bardzo lubię, ale u nas w domu jadało się to tylko w środę popielcową i w wielki piątek więc nie miałam okazji sie tym przejeść. 2009/11/22 15:12:00
Nareszcie ktoś pisze o kuchni z dystansem i w żartobliwy sposób. Jakoś mnie ten wyścig na coraz to nowe książki kucharskie, przestał bawić. Oczywiście dobry przepis jest wart wiele, ale bardziej intrygują mnie w tej chwili nowe, kompletnie nieznane mi wyrazy. Aż trudno uwierzyć, że dzieli nas dystans około 300-400 km, a łączy ten sam język. Dzięki za takie ciekawostki. Pozdrowienia Joter
2009/11/25 10:23:41
Bardzo zabawnie i oczywiście z humorkiem opisałaś poznańskie przysmaki ;] Niewiele z tych przysmaków zagościło by u mnie, bo tylko placki zimniaczane. Niemniej coś z poznańskich przysmaków czasami pałaszuję ;] Pozdrawiam
2009/11/27 09:35:41
Wild - pamiętam, miałam wtedy ze 2o lat, po raz pierwszy w życiu przyjechałam do Gdańska. Było popołudnie, mieszkać miałam na kwaterze prywatnej ( nie było hoteli? )na Stogach. Dojechałam tam jakąs kolejką chyba, pozostał mi jeszcze tylko zakup pieczywa. Weszłam do jakiegoś sklepiku. - Poproszę kawiorkę - powiedziałam. - Słucham? - Poproszę kawiorkę - powtórzyłam zawstydzona. I pokazałam palcem:)
Dopiero niedawno, jak skosztowałam prawdziwego kawioru, zrozumiałam dlaczego starzy Poznaniacy tak określają długą pszenną bułkę. Przedtem wydawało mi się, że to od kawy... :) Pozdrówka K. 2009/11/27 09:37:49
Fuss - o tak! Z cukrem są najlepsze:) Kończę bo slinka mi cieknie, oj cieknie:) Uściski K.
2009/11/27 09:39:24
Obiezy_swiatko - Łynty to łodygi od pyrek:))) Cudowności Ci życzę:) K.
2009/11/27 09:46:14
Vean - rozbierając pojedyncze słowa - to masz rację. Ale w całości to jakby dzisiejsze " spadaj" Serdeczności:) K.
2009/11/27 09:56:39
Jodo - staram się:) Z mnogością przepisów na potrawy jest tak samo jak z fachowymi czasopismami itp wydawnictwami ( np. prawnymi ). Jest ich tak dużo, że poza czytaniem:) mało pozostaje czasu, żeby je wypróbować. Czułości od K. :)
2009/11/27 09:58:03
Zjedz_mnie - nie jadłaś sałatki warzywnej zatopionej w majonezie??? Uściski K.
|
Ale wpis ciekawy, nie powiem, cale zycie sie czlowiek czegos uczy. Ciekawe te Twoje wspomnienia i troche podobne bo i ja sledzi w smietanie nie jadam, ale ziemniaki lubilam i lubie do tej pory.
Chociaz w dobie sphagetti, sushi, risotto, kiedy kuchnia swiata weszly do naszej kuchni, a moze kiedy swiat sie przed nami otworzyl i pokochalismy niektore jego wytwory tak i jakos mniej sie jada tych pyrek.
Pozdrawiam :)