O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
poniedziałek, 29 września 2014

Kochani, nie było mnie tutaj długo tylko w formie pisemnej, bo oczywiście na ulubione blogi zaglądałam, ale tylko z firmowego komputera :) Mój domowy, zapchany różnymi plikami, a zwłaszcza zdjęciami, w ogóle nie odpalał się na gazecie, a jak już mu się to udało, to wchodzenie na blog było absolutnie niemożliwe. 

Teraz, od miesiąca mam nowy sprzęt - hurrrra! I jestem wolna, mogę chodzić gdzie chcę.

U mnie po staremu, ale w wersji z realizowaniem pasji, czyli z pisaniem. Tak na marginesie, mogła być jeszcze wersja po staremu - bez pisania, bo przecież, jak wiecie, romanse zaczęłam pisać na starość :))) 

No właśnie - pochwalę się - od dwóch miesięcy funkcjonuje na księgarskim rynku moje trzecie dziecko - "Dom złudzeń. Iga" - za pewien czas będzie część druga - Zosia.

Kochani, gdyby ktoś zapragnął przeczytać tę książkę (nie nalegam), to życzę by nie była to pozycja z czytanych "jednym tchem", wiadomo, jeden oddech wystarczy by zajrzeć na stronę, albo dwie, uznać, że to nie to, po prostu się nie da, i palnąć dzieło w kąt.

Życzę też, by nie była "do poduszki", radzę zasypiać przy telewizorze - a moja książka niech rozgrzewa, budzi, rozpala itd. itp 

Ale oczywiście też nie nalegam :)

 

20:13, kocurkowata
Link Komentarze (4) »
sobota, 20 kwietnia 2013

Zbudowane w 1292 roku przez księcia Bolko jako strażnica kraju, niejedno odparło niebezpieczeństwo. 

W 1728 roku z fundacji Wallenberga w mieście powstała biblioteka zawierająca 5000 tomów, w tym 40 średniowiecznych rękopisów i 600 oryginalnych listów reformatorów Kościoła.

Dzieje miasta związane były z przemysłem tkackim, póżniej z włókiennictwem, obecnie znajduje się tu Muzeum Tkactwa Dolnośląskiego, gdzie można obejrzeć ponad 700 eksponatów związanych z włókiennictwem właśnie oraz zachowane starodruki z biblioteki Wallenberga.

KAMIENNA GÓRA

W dniach 22-23 kwietnia br. gospodarz Kamiennogórskich Spotkań z Literaturą (w ramach Międzynarodowego Dnia Książki i Praw Autorskich,)na które, w imieniu organizatorów - właścicieli Księgarni Atena, p.p. Czerniga - koleżanek i kolegów po piórze, a także swoim serdecznie 

ZAPRASZAM.

Księgarnia Atena w Kamiennej Górze to miejsce z olbrzymią ilością książek, z niepowtarzalnym klimatem, bo prowadzone z miłości do literatury. 

Wiem to, byłam, widziałam, słyszałam, dotykałam, czułam.

 

sobota, 13 kwietnia 2013

Muszę i chcę się wytłumaczyć. Mea culpa. Ale Kochani, nie chcę się wyłgać, przyjmę każdą krytykę mojego pasywnego podejścia do blogowego pisarstwa. Tak z grubsza i szczerze, nie pisałam bo było zimno i myśli skupiłam wyłącznie na cieple. Kiedyś zimą sypiałam przy otwartym oknie, jak to było możliwe, skoro w mijającym "sezonie grzewczym" na kołdrę wrzucałam koc, a i tak często to nie wystarczyło? :) 

Dzisiaj na termometrze widzę plusy, wreszcie zaświeciło słońce, to i duch we mnie wstąpił mniej leniwy.

Pomyślałam, że zapoznam Was, moi Kochani, z koleżankami po piórze, z którymi (Joasia Opiat-Bojarska i ja) odwiedzałyśmy w te zimowe i wiosenne ale zimne dni (jeszcze jest kilka spotkań przed nami) wielkopolskie Biblioteki. Widziałyśmy wiele pięknych miejsc, nowoczesnych, odremontowanych, skomputeryzowanych, prowadzonych z pasją, z miłością. Wiemy już, że czytelnictwo nie spada, by przeczytać naszą książkę (nie tylko) czasem trzeba się zapisać i oczekiwać w kolejce:) Wiemy też, że czytelniczki lubią polskie kobiece pisarstwo. 

Za spotkania bardzo mocno dziękujemy Uczestnikom i Organizatorom. 

Cudnie jest, że podoba się forma naszych spotkań, kiedy jest spora frekwencja i słyszymy komplementy, że nie jest drętwo, mało zabawnie, sztampowo. Wczorajsze spotkanie trwało dwie i pół godziny i pytaniom nie było końca. Piękne to są chwile, kiedy okazuje się, że czytający naszą powieść dostrzeże to co chciałyśmy przekazać, kiedy znajdzie na stronach naszych książek rozrywkę, emocje, myśli, które zatrzyma na dłużej. Wtedy chce się pisać, chce się tworzyć byty, sceny, dylematy, nowe życia, nowe historie i wypuszczać w świat. Jak przygotowane do życia dzieci, albo jak gołębie...

Oto moje znakomicie piszące koleżanki, których twórczość bardzo polecam. Czytałam przynajmniej po jednej książce każdej z koleżanek, więc wiem co mówię, a raczej co piszę. :)

 

 

 

sobota, 22 grudnia 2012
środa, 19 grudnia 2012

Jak zapewne wiecie, miałam pracowitą jesień. Zdradzę, że od wielu lat chętnie dałabym pod obrady sejmu ustawę, by z kalendarza wykreślić listopad. Niestety, kojarzy mi się wyłącznie z umieraniem, generalnie z poczuciem kresu. A w tym roku, dzięki Joasi Opiat-Bojarskiej, Małgosi Hayles i oczywiście dzięki wspaniałym Paniom z Bibliotek, które odwiedziłyśmy w ramach Jesiennych SPAcerów po literaturze, zapomniałam o jesieni, o tym, że kres jest prawdopodobny, o ile nie pewny, i nie pamiętałam też o listopadzie.

 

Nie miałam też czasu na blog.  A w grudniu opadłam z sił, i czytam, czytam, czytam - najpierw była to "Tymczasowa" Małgosi Hayles, w międzyczasie "Dom sióstr" Charlotte Link, potem rzuciłam okiem na "50 twarzy Greya", a jeszcze potem do książek przeczytanych doszła "Polichromia" Joanny Jodełki, obecnie jestem w trakcie "Rzeki zimnej" Magdaleny Kawki.

No i nieustająco czytam (już 2 raz) pewien bestseller - "Historię pewnej upadłości" Iwony J. Walczak. :)))) To nie jest żart, rzeczywiście czytam i redaguję tak prowokacyjnie nazwaną swoją trzecią, która ma być kontynuowana, oczywiście o ile się nie odmyślę. :)        

wtorek, 20 listopada 2012

Pisanie, pisanie, szukanie wydawcy, wreszcie wydanie. Poczucie szczęścia. Tak się wydaje. Zatem pisanie nadal. Sprzedaż poprzednich powieści. Działania marketingowe. Rozliczenia. Jakaś kasa. I tak dalej, oby w kółko, oby nie Macieju.

- Ile sprzedano egzemplarzy?! A ile masz za to kasy? Coś ty!? Może lepiej gdybyś wzięła sobie ze cztery nowe spółki!? Dużo lepiej na tym wyjdziesz!

W pliku mam kolejną książkę, na razie czytam ją po raz pierwszy, a to oznacza, że powieść nabiera kształtu. Gdy skończę czytać po raz drugi, najprawdopodobniej nabędzie rumieńców. I wtedy dopiero chciałabym by zaczęła swoje życie.

Nie mam już takich emocji jak przy wydaniu pierwszej. Nic na siłę. Chcę by trzecia była inna, bardziej poznańska, z retrospekcjami, mam materiał na kontynuację i póki co taki też plan. Tak przy okazji - w pisaniu wszystko wyłazi. Kto i co w życiu miało na mnie największy wpływ, czego się bałam, jakie porażki mnie stworzyły, kim tak naprawdę jestem?

Nie, nie piszę o sobie, ale myśli moje podczas tworzenia postaci czy sytuacji dotyczą także mnie.

Na zdjęciu strona 364 nowej powieści, przed czytaniem, dlatego (ale nie tylko) ten wpis nazwałam niepolitycznym? Może? 

 

Tagi: pisanie
21:47, kocurkowata
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 października 2012

Mieszkowice (niem. Bärwalde in der Neumark) – miasto w woj. zachodniopomorskim, w powiecie gryfińskim. Położone nad rzeką Kurzycą i Jeziorem Mieszkowickim, na wysokości 50 m n.p.m., przy linii kolejowej Szczecin-Kostrzyn. Wg danych z 31 grudnia 2008 r. Mieszkowice miały 3562 mieszkańców.

Od połowy XIII w. znajdowały się pod panowaniem Brandenburgii. Prawa miejskie otrzymały przed 1298 r., w latach 1300-1320 miasto otoczono murem obronnym. Wielokrotnie niszczone w ciągu wieków - w 1433 r. przez najazd Husytów, pożary w 1540 i 1558 r., zostało prawie całkowicie wyludnione podczas wojny trzydziestoletniej, zaś w wyniku II wojny światwej straciło ok. 30% zabudowy. Zachowany został średniowieczny układ urbanistyczny miasta, zwany typem równoległym, o siatce ulic przecinających się pod kątem prostym. Zabytki: gotycki kościół parafialny z XIII-XVI w., fragmenty murów miejskich z basztami z XIV w. Na rynku stoi pomnik Mieszka I.
(Wikipedia)

I ja tam znów będę, i ja do Mieszkowic serdecznie ZAPRASZAM :) 

P.S. Czy Reisefieber dzień wcześniej jest normalnym objawem? :)  

środa, 17 października 2012

Udało się. Dotknęłam prowansalskiego słońca ustami, choć zaczynając dzieło nie miałam pojęcia, że tak właśnie się stanie.

Ratatuja - to właśnie w tej potrawie udało mi się dzisiaj uwięzić prowansalskie lato. Kto nie zna, niech żałuje. Ja jestem "po spożyciu" i czuję się jakbym raczyła się ową pysznością w południe, w pełnym słońcu, w Nicei, zaraz przy plaży, popijając niewielkimi łykami białe,koniecznie zimne wino, oczywiście w niewielkiej ilości, tyle tylko by w ustach potrzymać smak.

Nicea, ratatuja, w pobliżu Promenade des Anglais i hotel Negresco. Ach, marzenia ..., taka jestem zmęczonaaa, przydałaby się powtórka.  

Niemniej ratatuję polecam z całej mocy bowiem takiej pyszności nie jadłam od dawna. No, może raz mi się zdarzyło jeść coś podobnego, na targu w Jałcie, ale to było dawno i nieprawda :) 

Bakłażan (pokroić,posolić i odsączyć by pozbył się goryczy), cukinię (obrać, pokroić i wydrążyć środki), paprykę (pozbawić skórki -niekonieczne, pokroić) cebulę, pomidory (pozbyć się skórki) - generalnie wszystko pokroić na duże kawałki. Po kolei podsmażać (na rumiano), po czym odsączyć nadmiar oleju. Połączyć w jednym rondlu, dodając tymianek, bazylię, dużo czosnku, zioła prowansalskie, dwie łyżki koncentratu pmidorowego (nie dodałam, bo pomidory były dość kwaśne). Im więcej razy się podgrzeje, tym lepiej, bo to jest rodzaj warzywnego bigosu. 

PS. Moja inspiratorka, koleżanka z firmy, Małgosia, dostanie w prezencie różową kopystkę. Już zaczynam szukać. Przepis świetny. Polecam! 

niedziela, 14 października 2012

Biedrusko - mimo, że mam niedaleko, byłam tam tylko dwa razy. W klasie licealnej, zaproszona przez chłopaka na herbatę z konfiturą (dzisiaj, po latach, pamiętam wprawdzie co piłam, ale nie przypominam sobie imienia towarzysza :)) i wczoraj, bo dowiedziałam się, że tamtejszy pałac po Albrechcie von Treskov, a także po naszym Ludowym Wojsku Polskim, został odrestaurowany.  

No tak. Byłam i widziałam. Neorenesans, zbudowany przeszło 130 lat temu, w 1904 odkupiła go (wraz z olbrzymim parkiem) armia niemiecka, która szukała w tym czasie dogodnego miejsca na duży poligon wojskowy. Po II wojnie światowej pałac był wykorzystywany jako budynek administracyjny dla potrzeb Ludowego Wojska Polskiego, które do dzisiaj tam stacjonuje, ale w zdecydowanie mniejszej liczbie.  

Od 2009 r., po kilkuletnim braku użytkownika, opuszczony pałac może znowu cieszyć się nowymi właścicielami, którzy go gruntownie odrestaurowali. 

To prawda, ładnie tam. Jeśli chodzi o budynki, przeważa kolor biały,  poza tym znajdziemy elementy z surowej cegły i żeliwa. Grube mury pewnie widziały niejedno, nieraz współcześnie widzą to i owo, ale, jak nam powiedziano, są to głównie wesela. 

No i ważne - można dobrze i niedrogo zjeść. Przysmak von Trescova, który zamówiłam był przepyszny. Polędwica wieprzowa (nie rozbita)owinięta plastrami boczku, w sosie kurkowym, do tego pieczone ziemniaki i warzywa z wody - super. Kaczka z żurawiną też została bardzo pozytywnie oceniona.

Było słonecznie, "na bogato":) i smacznie. Niestey, na poligon, gdzie kręcono między innymi niektóre sceny z "Dowodu życia" z Russelem Crowe (poligon był Czeczenią) oraz pewne fragmenty "Ogniem i mieczem", nie miałam zamiaru się udać. Strzelano bowiem (nie na potrzeby filmu) z ostrej amunicji :)  

  

 

 

 

piątek, 12 października 2012

Kochani, wczoraj w Murowanej Goślinie spotkałyśmy bardzo miłych i zainteresowanych nami czytelników. Dziękujemy bardzo za przecudną gościnę.

Dziś rano było zimno i mgliście, podobnie jak wczoraj wieczorem gdy wracałyśmy do Poznania. Ale teraz jest pięknie, świeci słońce, niebo bezchmurne, nie jest zimno,

czyli aura akurat odpowiednia na

Jesienne SPAcery po literaturze.

Zapraszamy serdecznie na kolejną przechadzkę.

wtorek, 09 października 2012

Witam Kochani, dzisiaj chciałam ZAPROSIĆ wszystkich na czwartek godz. 18.00 do Sali konferencyjnej Ratusza w Murowanej Goślinie, gdzie odbędzie się spotkanie w ramach Goślińskiej Akademii Pokoleń.

Czynię to za siebie, oraz w imieniu moich cudownych Koleżanek - Uczestniczek - Pisarek, a będą to: Joanna Opiat-Bojarska i Małgorzata Hayles. 

To jest pierwsze nasze spotkanie z cyklu jesiennych SPAcerów po literaturze 2012, o kolejnych będę donosić:) sukcesywnie, tak jak i o przyszłych projektach. 

Przy okazji powiem (napiszę), że tylko ja z tego grona jestem smutasem (jednak na okoliczność spotkań postaram się o wesołość:))

Zapraszamy serdecznie do zapoznania się ze szczegółami.   

Kochani, spotkajmy się! Zapraszamy serdecznie!

 

 

niedziela, 07 października 2012

Dzisiaj popełnię wpis zastępczy. Tak się porobiło, że świadomie i z rozmysłem zajęłam sama sobie czas wolny, to i pisanie notek na blog mi nie wyszło :( - za co przepraszam, izwinitie, sorry.

 

"Mężczyźni, którzy mieli nagie myśli" - to oczywiście żart. Napiszę co o mojej pierwszej książce powiedzieli, czy napisali faceci, zrobię to oczywiście w skrócie i przytoczę nie wszystkie opinie. Przy czym, do tej pory niaakceptacja pochodziła od kobiet, co oczywiście niczego nie oznacza.

 

Pierwszym czytelnikiem był mój chop (sam chciał), który nie utożsamił się ani z Bogusiem, ani z Julianem, ani nawet z Jerzym. Książka mu się podobała, ale dlaczego, nie napiszę - po prostu nie wypada :)

 

Potem w gazecie ukazała się notka pisana ręką mężczyzny (wydanie papierowe przechowuję dla potomnych) - oto fragment:

"(...) autorce udaje się pokazać historię, która nie popada ani w romansowy banał, ani w epatowanie tragediami (...). Wrażenie robi styl - kiedy trzeba poetycki, a innym razem komediowy lub nawet dramatyczny. Brawa należą się też za świat przedstawiony, bo współczesna Polska sportretowana została uważnie i prawdziwie"

 

Nastepnie przeczytałam w mejlu opinię kolejnego czytelnika:

"(...) w pierwszej osobie i nie ma przeskakiwania z osoby na osobę i z tematu na temat, rozdziały trochę króciótkie, ale każdy następny wiąże się z poprzednim, to tak jakbym pamiętnik, czy biografię czytał. Cudowne poznańskie klimaty, piękna narracja, a ile Ciebie w tym wszystkim to Ty tylko wiesz. (...)"

 

I jeszcze słowa kolejnego Pana na forum:

"Powieść „Nagie myśli” Iwony Walczak - to literatura kobieca. Co nie oznacza, że facet, taki jak ja nie znalazł w niej nic ciekawego. Przede wszystkim jest to powieść szalenie soczysta (dlatego okładka tej książki moim skromnym zdaniem absolutnie nie pasuje do niej) - zawsze zastanawiała mnie niezrozumiała psychika kobieca: jak można być jednocześnie tak bardzo emocjonalnym i pragmatycznym w szczegółach, jak można jednocześnie pragnąć czegoś innego i zgadzać się z pełną cierpliwością na taką rzeczywistość, jaka jest nam dana.

W tej książce sekrety babskiego myślenia są ujawnione. W zasadzie to mogło by się wydawać - banalna historia o niespełnieniu w związku, w którym mąż, matka a także częściowo siostra, dla własnej wygody, trują. No i o znalezieniu wyjścia z tej sytuacji.

Powrót do starej rzeczywistości po burzach i nawałnicach okazuje się zwycięstwem.

Natomiast o facetach pada w tej książce zdecydowanie mniej myśli, jedna mi jednak utkwiła w pamięci (akurat zwycięski konkurent do serca bohaterki wypowiada się o jej mężu-rogaczu):

„Siedziałaś w tej mordowni, jakby wycięta z innego obrazka... Jak uciekinierka od pętaka, który potrafi walczyć z wyimaginowanymi siłami, a nie targać się z życiem...”

Te słowa są akurat bardzo celne w tej książce, jak się nawet o tym pomyśli to ta walka z wyimaginowanymi siłami to jakby specjalność wielu panów, a z drugiej strony - no dobrze, wszystko cacy, ale czy nie jest tak, że każdy z facetów w swoim życiu staje do walki z własną imaginacją, z motyką na słońce, tylko jednym się jakoś udaje, a innym trochę gorzej.

Gdzie leży ta recepta na sukces, która pozwala zgarnąć pulę dla siebie, zostawiając innym samcom ochłapy, wręczone do tego jakby z uśmiechem?."

 

Zaś kilka dni temu leczący moją nieuleczalność Profesor uderzył w te słowa:

"Przeczytałem "Nagie myśli" - to bardzo emocjonalna proza kobieca. Mężczyźni tacy nie są, nie mają takich problemów, nie mają takich emocji... A nie może pani pisać kryminałów? Takich jak Stieg Larsson?" :)))

 

poniedziałek, 10 września 2012

 

    Kochani, jeśli chcecie dowiedzieć się o mnie "ciut":) więcej, to polecam dzisiejszy wpis na blogu Sabiny, która zainteresowała się moją skromną osobą, zaproponowała piękny wpis, potem dopieściła moje wynurzenia :) i opublikowała.

Czuję się dopieszczona!:) Dziękuję Sabinko!

 

Oto link: http://sabinkat1.blogspot.com/2012/09/abciwony-j-walczak.html

 

    Przy okazji bardzo polecam ów blog, tam dowiecie się o nowych pozycjach książkowych, przeczytacie recenzje, a także zapoznacie się wirtualnie:) z rodzimymi autorami! 

    Serdecznie zapraszam do wzięcia udziału w konkursie ogłoszonym przy okazji ABC - szykuję też niespodzianki! :)

czwartek, 06 września 2012

   Dzisiaj dziękuję mieszkańcom Łodzi za ulicę Piotrkowską (mam kilka innych podziękowań, ale to następnym razem), zwłaszcza za to, że zadzierając głowę do góry (było na co patrzeć) absolutnie nie upadłam potykając się o nierówność terenu.

   A było to tak. Wpadłam kiedyś na pomysł, by zobaczyć, dokąd i jak tanio mogę pojechać z Polskim Busem. Szukałam wyjazdów w środy, bo tego dnia nie muszę do nikogo jechać, ani też nikt do mnie się nie wybiera (różnie to bywa). Takie pracowniczki jak ja generalnie środy od jakiegoś czasu mają wolne:) I znalazłam taki dzień i takie miasto. Łódź dla dwóch osób, wyjazd rano, powrót wieczorem wszystko za 22 zł. Super, prawda? Nic tylko jechać. No właśnie.   

   I nie żałuję, absolutnie. Wczoraj w knajpce na Piotrkowskiej zjadłam śniadanie, podelektowałam atmosferą ulicy, pozachwycałam się architekturą i zaliczyłam kilkukilometrowy spacer. Sporo się zmieniło od końca lat osiemdziesiątych, kiedy to byłam w Łodzi ostatnio. Wprawdzie trochę zmartwiły mnie puste (na wynajem) lokale na Piotrkowskiej, kryzys, "panie ludzie panie", kryzys. Ale miód na moje serce wlał się wielkim strumieniem i zniwelował owe rozterki kiedy w najbardziej reprezentacyjnej części Piotrkowskiej, w księgarni Weltbild, zaraz przy wejściu, zwrócona okładką w stronę klientów stała moja "Złocista Dolina" - dla niezorientowanych dodam, że to ta żółtookładkowa książeczka z ostatniego zdjęcia, stojąca obok "Cukierni pod Amorem". Warto było być na Piotrkowskiej! Zresztą popatrzcie sami :)    

 

piątek, 31 sierpnia 2012

   Powieść, o której chcę dzisiaj napisać przeczytałam prawie dwa miesiące temu, a nadal pulsuje we mnie nieco duszną atmosferą wykreowaną przez Autorkę, sceny przesuwają się jak w filmie i ciągle pozostają w myślach, wymuszają zastanowienie. Dlaczego? Bo zawierająca się na zaledwie 113 stronach historia uderza obrazami z niesłychaną siłą (bez względu na literackie upodobania), przy okazji narzucając odbiorcy przymus doczytania "międzysłowia" opowieści. 

 "Kasika Mowka", Katarzyna T. Nowak, Wydawnictwo Literackie, 2010

   Zamknięte kutą bramą krakowskie podwórko w centrum gwarnego miasta tworzy świat zamknięty przed tym co na zewnątrz, a zwłaszcza przed wszelkim złem płynącym od nieuków, matołów, "Onych" i generalnie od złych ludzi. Jednak czytając domyślam się, że w tej kamienicy toczy się życie. Wczesnym rankiem na podwórko opada szara mgła, zwiastująca upał, gruchają gołębie. Słyszę stukające naczynia, to lokatorzy kamienicy zaczynają dzień, czuję zapach gotowanej kapusty i widzę jak otwierają się okna, a potem... między doniczkami z wykwitłą pelargonią wypatrujacych "lepszego świata" lokatorów, albo wietrzące się pierzyny. Wiem też, że niedaleko od zamkniętej kutą bramą kamienicy jeżdżą tramwaje i samochody, gdzieś w pobliżu ktoś rozmawia, słychać śmiech, a o 12.00 w południe na żywo hejnał z Wieży Mariackiej. Nieznajomy gra na gitarze balladę, raz ciszej, raz głośniej. Ta powieść zabrzmiała mi jak ballada właśnie. To sobie dopowiadam, to moje odczucia.   

   Kasika Mowka (jak sama się nazwała), to mała dziewczynka zaopiekowana, a raczej zaaresztowana przez patologicznie egoistyczną babcię. Dziecko jest oddzielone od rodziców, nie chodzi do przedszkola, potem do szkoły, uczy się w domu, w wieku pięciu lat potrafi czytać, chwilę potem ma przeczytaną "wielką literaturę" i poczynione pierwsze literackie próbki, które notuje w zeszytach. Ta bardzo inteligentna dziewczynka sama o sobie mówi, że potrafi wymyślać historie. Kasika Mowka jest przygotowana by tworzyć światy, literaturę, ale nie potrafi żyć. Codziennie rano babcia sznuruje jej buty, wieczorem myje w wannie. 

"(...) myłaś mnie, sparalizowaną strachem, samotnością, monotonią, klaustrofobią, brakiem "onych"... I nic nie widziałaś, babciu."

   W takich okolicznościach dziewczynka dorasta, staje się kobietą, doznaje pierwszych seksualnych inicjacji. Buntuje się czasem, owszem, jednak by bunt był skuteczny potrzeba posiąść kilka życiowych umiejętności.   

Świat jest zły Kasiko”, mówiłaś babciu, gdy byłam mała. Jakże się myliłaś. To nie świat, babciu, nie świat…"

   To bardzo wstrząsająca powieść! Przeczytajcie, polecam serdecznie!

   A oto, co powiedziała Autorka - Katarzyna T. Nowak.  

wtorek, 28 sierpnia 2012

   Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z naszej Estepony, najpierw autostradą do Malagi, a potem wgłąb Półwyspu Pirenejskiego, przez góry Betyckie. Widoczność była znakomita, powietrze przejrzyste, toteż w oddali bieliły się wioski, albo miasteczka (pueblos blancos), które z daleka wyglądały jak zmięte i porzucone chusteczki. Widać było nawet Gibraltar. Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym góry, coraz rzadziej porosłe przez powszechne w rejonie cyprysy strzeliste i drzewa korkowe, nabierały "skalistości". Trochę szumiało w uszach, wiadomo, różnica ciśnień, ale czegóż się nie robi by zobaczyć. I umrzeć? Nie. Wrócić raz jeszcze. Posada manana.  

   Ronda - miasto w Andaluzji, w  prowincji Malaga; 36 tys. mieszkańców. Położone po obu stronach wąwozu rzeki  Guadalevin miasto składa się z dwóch dzielnic: Ciudad, czyli części arabskiej i Mercadillo, czyli nowszej części powstałej po rekonkwiście.

   Ze względu na swoje wybitnie obronne położenie na skraju wąwozu, pierwszą osadą na miejscu Rondy była celtycka Arunda, wchłonięta później przez rzymską prowincję Betyga. Wraz z opanowaniem Płw. Iberyjskiego przez Maurów, Ronda (arabska nazwa Izna Rand Onda) stała się stolicą prowincji Takaruna, by w pierwszej połowie XI wieku stać się stolicą małego państwa – taify. Próby rekonkwisty miasta przypadają na wiek XV; zdobyte zostało w 1485 roku przez Ferdynanda III. (za Wikipedią)

   Oczywiście Ronda ma wiele ciekawych miejsc, dzisiaj tylko zwiastun - chętnie opublikuję więcej. Kiedy? Posada manana. :)

 

 

 

 

 

 

 

 

środa, 22 sierpnia 2012

    "Pierwsza wzmianka o Krześlicach pochodzi z 1396 roku i wymienia nazwisko Kajteka de Crzyślice. Nazwę rodową na przestrzeni wieków kilkakrotnie zmieniano, m.in. na Krzyślica, Krzyślice, Crislicze. Mapa Prus Południowych Gilly-Crona z 1803 roku podaje nazwę Krzyszlica.

   W XVI wieku właścicielem majątku Krześlice i pobliskich wsi był jeden z najbardziej znanych rodów szlacheckich Wielkopolski tego okresu – Przecławscy herbu Glaubicz.

   W roku 1623 ówczesny właściciel Krześlic Jan Rogaliński (poznański pisarz ziemski) wydaje uroczyste przyjęcie na cześć królewicza Władysława (syna Zygmunta III Wazy), późniejszego króla Władysława IV. Przyjmując tak dostojnego gościa, dwór był niewątpliwie zasobny, a jego otoczenie uporządkowane.

   Pierwsze lata XVIII wieku to rządy w Krześlicach Jana Konarskiego. Za jego czasów wieś i dwór chyliły się ku upadkowi. Później majątek przejmują Białoboccy herbu Ogończyk. Po Antonim Białobockim (1739-1813), pochowanym w kościele we Wronczynie, Krześlice przejął jego najstarszy syn Izydor Białobocki. Umierając pozostawił majątek powiększony o Wronczyn, Głębokie (obecnie Głęboczek) i Złotniki (obecnie Złotniczki). Córka Izydora, Paulina (1813-1875) w roku 1837 wychodzi za mąż za Anastazego Radońskiego (1815-1881). Po śmierci matki i rodzeństwa – Eugenii i Antoniego, zostaje jedyną dziedziczką majątku.

   Około 1860 roku zostaje zbudowany neogotycki pałac-zamek dla Anastazego Radońskiego, następnie rozbudowany około 1890 roku. Po ostatecznej przebudowie rezydencja otrzymała kształt Igantycznego zamku, usytuowanego w malowniczym, krajobrazowym parku. Sądząc po wieku najokazalszych drzew, park został założony przed budową pałacu.

   Następny dziedzic Krześlic Zygmunt Radoński w 1888 roku pod naciskiem pruskiej komisji kolonizacyjnej (1886-1910) oddał majątek hrabiemu Georgowi von Luttichau w zamian za Rzeżewo w Królestwie Polskim.

   W 1899 roku właścicielem Krześlic był Georg von Brandis, który przed rokiem 1904 przekazał je łącznie z folwarkiem Jeżyny synowi Bernhardowi. Po bankructwie tego ostatniego w latach 30-tych, majątek przejął Bank Kwilecki-Potocki i rozparcelował część gruntów Krześlic, zaś pałac kupił przedsiębiorca Tomaszewski z Łodzi. Jego żona Maria figurowała w księdze wieczystej jako właścicielka do 1945 roku.

   W czasie II wojny światowej Krześlicami gospodarzył niemiecki zarządca. Co ciekawe, na niektórych mapach z okresu lat 30. i 40. nie ma zaznaczonych Krześlic, a to ze względu na lotnisko wojskowe (Bednary) położone w odległości 1,3 km od pałacu. Po wojnie Krześlice przejęła Spółdzielnia Produkcyjna, a w 1950 r. PGR w Pomarzanowicach. Pałac stopniowo popadał w ruinę, a w 1971 roku zawaliła się część frontowa skrzydła wschodniego. Na początku lat 80-tych powstała koncepcja utworzenia w pałacu muzeum ogrodnictwa i pod tym kątem zrobiono pierwszy poważniejszy remont. Do powstania muzeum ostatecznie nie doszło, zaś pałac został przekazany na rzecz mienia komunalnego. Od 1996 roku jest to własność prywatna i po gruntownym, całościowym remoncie obiektu i parku otworzono w nim hotel wraz z restauracją."

   To co powyżej, przeczytałam w necie i stamtąd skopiowałam, zaś zdjęcia wykonałam sama podczas wizji lokalnej (na potrzeby mojego pisarstwa) kilka dni temu. To nie jest zupełnie nieznane mi miejsce, niedaleko Krześlic kiedyś mieszkałam, niedaleko stamtąd się urodziłam, widziałam ów pałac w lepszym i gorszym stanie. Zresztą, do Krześlic z Poznania nie jest daleko, i można dojechać trasą wycieczkową - przy okazji zwiedzić stare drewniane kościółki i odsapnąć nad licznymi w okolicy jeziorami, czy w lasach. Po drodze są też inne pałace.   

   No i co jeszcze ważne - w tamtych okolicach dzieje się (częściowo) historia Igi, bohaterki mojej "trzeciej" powieści. W Krześlicach właśnie, w patio z widokiem na park (ostatnie zdjęcie) kilka razy wypije sok ananasowy:) 

 

 

  

sobota, 18 sierpnia 2012
 

"Kto wyłączy mój mózg" Joanna Opiat-Bojarska, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2011

 

   Książkę przeczytały i polecają: Agata Młynarska, Anna Maruszeczko i Manula Kalicka. Rekomendacja przednia, a i notka o autorce - "autoagresorce", interesująca. W końcu sama mam problem z humoralną odpowiedzią immunologiczną. A jednak...

  Przyznaję, odkąd powieść pojawiła się na rynku, intrygowało mnie znajomo brzmiące połączenie - umysł ścisły, firma, doświadczenie zdobyte w chorobie i literatura. Ale jednak bałam się, że będzie to rzecz o wchodzeniu w chorobę, o trwaniu w inwalidztwie, o czym czytać na razie nie chciałam. Ten tragiczny wymiar sugerowała również okładka. Eleganckie ręce usiłują połączyć pękniętą na dwie części czaszkę. W kodzie naszej kultury ich gest oznacza również -głowa mi pęka. Grafika przedstawia jednak nie tylko pęknięta głowę, ale także szyję i coś więcej. Nie znajdowałam odwagi. 

   Joanna Opiat-Bojarska, którą miałam przyjemność poznać, prędko wyprowadziła mnie z błędu, także dzięki swojej osobowości. Książkę przeczytałam w dwa wieczory i żałowałam, że nie uczyniłam tego wcześniej. Zatem o czym jest "Kto wyłączy mój mózg?"? 

   To książka o JA i jego włościach. Bohaterka leży w szpitalu, na ogólnej sali, jej ciało jest bezwładne, mięśnie bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia odmówiły posłuszeństwa, ale mózg działa sprawnie. Joanna żąda, aby ktoś go wyłączył, bo nie może patrzeć na obrzydliwości fizjologiczne i społeczne, które jej sprawny mózg zauważa.

   To co widzi na sali, obraża Joannę, obraża jej poczucie godności. Dlatego żąda przenosin do sali jednosobowej. Ostatecznie trafia na OIOM, gdzie poziom empatii personelu medycznego jest wyższy, co nie oznacza, że jej mózg nie rejestruje okropności, jakie sprawia (nie tylko chorym) nasze nieposłuszne ciało. JA żąda od Joanny powrotu do normalnego świata, stąd wierzy w Muzyka, który pokonał GBS, dlatego akceptuje metody Lodowej Góry, z uwagi na ich skuteczność. Żądania JA stanowią źródło siły jakiej potrzebuje do działania bohaterka książki.  

   "Kto wyłączy mój mózg" to powieść bardzo interesująca, uporządkowana, nie epatuje tragedią. Dotyka też problemu przyjaźni, którą nieraz "kasujemy" z błahych powodów. "Po przeczytaniu wiemy, że jeśli się czegoś bardzo chce, tak jak autorka i zarazem bohaterka powieści, to się zwycięży!" - napisała Manula Kalicka. Owszem, ta książka jest optymistyczna.

   "Jestem pełnowartościowym człowiekiem. Już nie muszę się zastanawiać, kto zwycięży - GBS czy ja. Czy ktoś może pochwalić mój mózg?" - to cytat z powieści.  

   Joanna Opiat- Bojarska - poznanianka, prowadzi grupę wsparcia osób dotkniętych przez GBS/CIDP oraz polskie przedstawicielstwo GBS/CIDP Foundation International. Autorka wydanej w 2012 r. powieści "Blogostan".

Pisze też blog: www.gbsczyja.blog.onet.pl  

Bardzo polecam! 

wtorek, 14 sierpnia 2012

   Nowe poznańskie ZOO powstało na Białej Górze, w pobliżu Jeziora Maltańskiego już w 1974r. Jednak rozwijano tę inwestycję aż do lat dwutysięcznych, jako ostatnią kilka lat temu oddano do użytku Słoniarnię.

   Otóż byłam tam po raz pierwszy z miesiąc temu. Nie sama byłam, a z rodziną (wejście dla 6 osób - 120 pln, sporo), w ramach niedzielnego usportowienia, bo przecież nie będę liczyć (mojemu mężowi) sportów codziennych pod nazwą "zakupy w pobliskim warzywniaku". Ja, to jasne, jestem ze sportami zaprzyjaźniona, jak mi się oczywiście chce. W ogóle, jak mi się chce to i namaluję ładnie, uszyję, napiszę, zaśpiewam, a nawet mogę być seksowna (jak mi się chce):)   

   No więc byłam w tym ZOO i nie jestem zachwycona (generalnie w życiu częściej się zachwycam niż wybrzydzam) - to według mnie nie jest ZOO dla zwiedzających, którzy chcą obejrzeć egzotyczne zwierzęta. Pięknie tam, naprawdę, wspaniały teren by pospacerować, a nawet posiedzieć, odpocząć. Ale zwierząt, z uwagi na olbrzymi obszar, widziałam niewiele. Pochowały się w chaszczach, pouwieszały na wysokich drzewach, powskakiwały do stawków, czy w ogóle schroniły się przed słońcem w cieniu rozłożystych drzew. Summa summarum, ja, człowiek:), wolę ciasne ogrody zoologiczne (np, warszawski bardzo mi się podobał), zwierzęta najpewniej preferują odwrotność. Niemniej udało mi się zrobić mini fotorelację. 

Moje faworyty - paw (piękny i chciałabym jak on umieć się puszyć :)) i słonie (nie te spod mojego pędzla wychodzące:)) prawdziwe i bardzo piękne.  

czwartek, 09 sierpnia 2012

Godzina 18.00 do 20.00 - 20 km. rowerem, staram się by codziennie.

To ostatnio u mnie rytuał. Jedna z przyjemności przy okazji pedałowania to pstrykanie zdjęć, a potem w domu stylizowanie niektórych na okładki. Przeważnie jest sielsko i anielsko, za lasami i za stawami, pośród pól i łąk kwieciem ustrojonych wprawiam się i w jeździe i w zabawie okładkowej. Fotkowe wygibasy to miłe zajęcie, bo efekt (u mnie mizerny, ale się wprawię) widać szybciej niż trwa proces pisania książki. Niemniej "trzecia" dojrzewa, okładka być może będzie potrzebna:) 

Proszę, rzućcie Kochani okiem na zdjęcia pozornie nie przedstawiające niczego szczególnego, ot sielskość. Ale każde coś sugeruje. Resztę można sobie dopowiedzieć:)

Na moją wyobraźnię najbardziej zadziałało ostatnie.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11