O autorze
Tagi
Miłości trzeba się razem ze słowami uczyć. A może wcześniej od słów? A z pewnością wcześniej od czytania, pisania. W.Myśliwski Widnokrąg
RSS
sobota, 31 grudnia 2011
piątek, 23 grudnia 2011

Kasia domyślała się, że Jerry Bzdowski bardzo łaknie wszystkiego, co polskie, co przypomina mu ziemie rodzinne. Pisała mu więc ze szczegółami o Wigilii. O tym, jak rodzina cieszyła się cudownym zmartwychwstaniem Lucynki Bzdowskiej. Że szybko zniknęły ze stołu wszystkie z dwunastu wigilijnych potraw. Że śpiewali kolędy. I jak, gdy zaczęła się ta śnieżna zadymka, tworząca w okolicy jednolitą białą powłokę, wiatr zerwał napowietrzną linię energetyczną i w okolicy zgasło światło.

A wyobraź sobie - pisała dalej -przed jedenastą w nocy sąsiad Jasiu ze swoim przyjacielem Dankiem przyjechali kilkoma saniami powożonymi przez konie i zabrali nas wszystkich na Pasterkę do Psiarek. Mieliśmy jechać do Olecka, ale ta droga wiodła przez pola i mogła być bardzo zaśnieżona, bo nie ma na niej płotków antyśniegowych, a był duży wiatr i mocno zacinało. Zakładaliśmy, że będzie nieprzejezdna. Do Psiarek droga prowadzi przez las, zatem jest zaciszniej.

Wiesz, Jerry - pisała Kasia, uśmiechając się do wspomnień -Pasterka w maleńkim kościółku za lasami, wśród przyjaciół i najbliższej rodziny daje fantastyczne duchowe doznania. Przybliża do utraconych kiedyś podstaw radości ze zwykłej egzystencji. Było grubo po pierwszej w nocy jak wracaliśmy stamtąd uduchowieni, śpiewając kolędy, przy zacinającym śniegu, tonąc w zaspach. Dobrze, że zabraliśmy ze sobą pledy i nalewkę na miodzie bratowej Doroty. To uchroniło nas od zamarznięcia i sprawiło, że dopisywały nam humory. Dorota, której nieczęsto się coś podobało, tym razem, bardzo szczęśliwa, w kółko powtarzała córce „tak jak dawniej, tak jak dawniej”...

Gdy wyjechaliśmy z lasu, ukazała się nam oświetlona girlandami i lampionami „Złocista dolina”. Skąd to światło? Zamurowało nas absolutnie, w ciszy dojechaliśmy do domu. Na ganku, rozświetlony różnokolorowymi barwami, stał krępy mężczyzna w puchowej kurtce na sobie. To Witek, brat Doroty, po wielkich trudach dotarł wreszcie z Teksasu do domu - kończyła e-maila Kasia.

"Złocista dolina" - fragment - Iwona J. Walczak 

czwartek, 13 października 2011

Dlaczego Elżbieta ( zwana także zdrobniale Becią ) podgląda trzypokoleniową rodzinę sąsiadów, siadającą codziennie o tej samej porze do kolacji? Dlaczego wyczekuje przy oknie aż para młodych ludzi z innego domu zacznie swój codzienny taniec na trawniku w ogrodzie?  

Czy wysyła w świat swoje "nagie myśli" dlatego, że w całym czterdziestoparoletnim życiu nie otrzymała nigdy miłości zwrotnej?

"Jestem zaledwie małym akapitem w opowieści o byle jakim życiu. Właściwie nikim szczególnym. Wracam by odzyskać swój dom..."  - tak się zaczyna moja powieść pt. "Nagie myśli". Pojawi się w księgarniach ponoć 17-go października (lubię siódemkę), w Empiku około 20-go.  

"Nagie myśli"... to książka o wychodzeniu z pewnego rodzaju bylejakości, o jakimś typie samowyzwolenia się. Są tacy co twierdzą, że to obyczaj, inni, że dramat, ale z wątkami komediowymi, niektórym wydaje się, że to powieść psychologiczna, a Wydawca uznał tę książkę za romans, nawet dość ostry:). Mnie zaś bardzo ucieszyło zainteresowanie "Nagimi myślami", tempo w jakim Wydawnictwo podjęło decyzję o kupnie i potem bardzo krótki czas wydania tej książki.

Ja oczywiście kończę ( no, może to szumnie zabrzmiało - piszę będzie lepiej) kolejną książkę i na razie jestem dzieckiem we mgle. W każdym razie, nic się nie zmieni, od czasu do czasu coś na blogu napiszę, podobnie zresztą jak na Facebooku, gdzie bywam nieco częściej, ale piszę tam dużo mniej niż tutaj:)) Zapraszam!:)

No, to jestem jawna, jak spółka o ułomnej osobowości prawnej:) A może nawet naga, podobnie jak myśli Elżbiety?;)?    

 

Bardzo lubię debiuty, zwłaszcza teraz, będąc w "wieku". Pierwsza wydana powieść - jutro będę trzymała ją po raz pierwszy w ręce, jakiś czas temu pierwszy raz piłam Mango Lassi, a w niedzielę pierwszy raz zrobię na obiad placek ziemniaczany w sosie węgierskim. Hmmm , to może zjadę jeszcze na nartach z Kasprowego?

Albo mnie zwiozą..., ale to też byłby mój debiut:)!

niedziela, 09 października 2011

Jeszcze nie byłam, ale będę, później nieco, a w zasadzie po obiedzie, blisko mam... - tymczasem posłuchajmy:) 

czwartek, 06 października 2011

Kochani! Dzisiaj po owocach mnie poznacie:) To żart. A może jednak nie? Każdy jakoś tam owocuje. Ja tego lata (blogowo niemego w zasadzie) też wydałam owoc, że ho ho. Co to będzie? Słodkie winogrono, czy wzdymająca fasola? Ciężkostrawne śliwki, czy może gaszący pragnienie arbuz? A może cuchnąca cebula, bądź ostra papryczka? Czy zwykły, po poznańsku zwany - korbol? Sama nie wiem. I się boję. Ale o tym nastepnym razem. Gdy już owoc pięknie zapakowany będzie leżał na ladzie:)

Smak, jeśli wyrazisty, zostaje długo na języku, ale... ja jestem minimalistką tym razem. Byle by owoc ów nie okazał sie robaczywy!

 

 

 

czwartek, 22 września 2011

Zawsze je lubiłam, mimo, że jako siedmioletni szkrab, chcąc wyjrzeć oknem kuchennym w domu rodziców, spadając uderzyłam buzią o parapet i wyszczerbiłam świeżo wyrosłą stałą jedynkę. Lubiłam z ulicy podpatrywać i wyobrażać sobie co i kto się "tam" (za szybą) kryje. Szczególnie wspominam spacery z koleżankami o zmroku i (o zgrozo) podpatrywanie jak rodziny siadają do kolacji, jak siedzą i rozmawiają. Nawet wymyślałyśmy, o czym.

Podróżując zwożę wiele zdjęć okien. Przy czym bardziej mi chodzi o to jak są ustrojone. Przeważają zasłonięte. Czy to okiennicami zza których dochodzą szmery życia, dźwięk układanych na stole talerzy, sztućców. I rozmowy. Czy zasłonięte bywają misternymi rękodziełami hafciarek. Albo doniczkami z kwiatkami różnej maści.

Ja myślę, że mnie można doskonale z ulicy wieczorem podglądać. Nie lubię zasłon, firan, a rolet używam nieczęsto. Jedyną osłonę stanowią krzaki, które za dnia koją oczy i rozpraszają światło. A nocą, gdy na nie popatrzę, sprawiają, że czuję się nieswojo. Toteż po zmroku zbyt często na nie nie spoglądam:)   

Hmmm, dziś świata już nie ogląda się z okna, ja też już nie oglądam w ten sposób. Ani nie podglądam. Dzisiaj moim oknem stał się komputer. Szkoda tylko, że nie mogę na nim postawić kwiatka:)- i załóżmy hipotetycznie, że byłby to fiołek alpejski:)

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 15 września 2011

Ja Pani wytłumaczę, że Czacz, Czacz to ja...

Bardzo lubię ogrodowe, meblowe, niektóre biurowe i artystyczne starocie (za wyjątkiem własnej starociowatości) oraz niektóre rzeczy współczesne ale przechodzone. Wydaje mi się bowiem, że one żyją, są nasączone cudzym wcześniejszym życia aromatem, a to sprawia, że dla mnie jawią się jako "ciepłe", wygrzane, bliskie. Chociaż muszę wyznać, że są przedmioty, które zakupiłam, a musiałam się ich pozbyć bo miały złą energię. Były najpewniej po jakichś egoistach:)

Gdybym wscześniej wiedziała, że w pewnej wielkopolskiej wsi ulicówce, przy drodze między Kościanem a Śmiglem, zgromadzono tyle wszelakiego dobra, starego i przechodzonego, pieszczonego wcześniej przez innych, byłabym pojechała ciężarówką. A tak..., wydałam 100 zł (no, plus benzyna) a bagażnik auta był prawie wypełniony po brzegi - ale o tym następnym razem.

Poniżej pokażę na co miałam chrapkę. Przy czym, najbardziej mnie zauroczyła maszyna do pisania, kredens, żaglowiec i sześć wiklinowych krzeseł ( za niewielkie pieniądze ), które po odmalowaniu postawiłabym w moim letnim salonie. No, nic, Czacz mnie uwiódł!:)  

 

czwartek, 08 września 2011
wtorek, 06 września 2011

A jest tak:

rybki w oczku pożerają karmę plus plankton, wodę w oczku wypijają rybkom ptaki, kot pożera karmę plus rybki, kota płoszy i chce pożreć pies, psa karmię i chcę wychować ja, ale w sumie pies także płoszy mnie. I chce pożreć. Poza tym zwyczaje zwierzęce z ogrodu przeniosły się do mojego domu. Czuję, że za chwilę ktoś mnie schrupie! Wrrrr...

Chyba się wdrapię na sosnę!

 

sobota, 03 września 2011

Byłam i widziałam. Jestem nieco rozczarowana. To już nie to samo kino Allena co kiedyś. Myśl dobra, bo każdy z nas na chwile chciałby się przenieść do jakiejś epoki, i niechy to działo się w Paryżu. Tym bardziej w Paryżu.

Ale, potem mam już samo "ale".

Po pierwsze męczył mnie ten rozlany, zrobiony na stary, obraz Paryża. Nie te oczy? Czy może za bardzo był wystylizowany? Nie wiem. Mnie to denerwowało i odbierało przyjemność oglądania.

Dalej. Intelektualny dowcip Woody'ego też gdzieś się zapodział. Uśmiechnęłam się z kilka razy, ze trzy zaśmiałam głośno. Kilka razy też ziewnęłam. W zasadzie z ciekawością przeplataną lekkim znużeniem dotrwałam do końca tylko dlatego, że bardzo lubię sztukę. Postaci literatów i malarzy z przeszłości pokazane są bardzo dobrze. Tutaj poczułam ten klimat, a nocne rozmowy i dyskusje paryskich intelektualistów początku dwudziestego wieku przypomniały mi podobny klimat spotkań poznańskiej poetyckiej i malarskiej awangardy sprzed kilkudziesięciu lat. 

Znakomity Adrien Brody jako  Salvadore Dali. Hemingway też ok, nie wiem kto go grał. Bardzo mi się podobał odtwórca głównej roli Gila, Owen Wilson.  

Czy polecam? Pewnie tak, bo w sumie mało ostatnio dobrego kina, tak generalnie. Ale z zastrzeżeniem, że trzeba lubić stary Paryż i dawnych paryskich artystów:) Tak, nawiasem mówiąc, Amerykanie mają sporego fioła na punkcie Europy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18