O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
piątek, 30 stycznia 2009

Co znaczy, że ktoś jest nudny? I kogo bardziej należałoby przyporządkować do grupy nudziarzy pierwsza klasa? Tego, kto wiedzie spokojne,  ustabilizowane życie, a może kogoś  przewidywalnego.  Czy szałaputa:) nieustająco goniącego za nowościami? Przy czym słowo " nowość" dotyczy również żywej materii. A może różnych opowiadaczy tej samej historii?

Ucieczką przed znudzeniem codziennością  jest rutyna. Według mnie, jest jednym z kilku pomysłów na niechybną nudę. Przecież dokonujemy wiele czynności powtarzalnych. Upierdliwie powtarzanych. Robimy to mechanicznie, bo, czy nudzi mnie poranna toaleta, albo mycie zębów? Nie, nie nudzi. A denerwuję się, gdy mam jednocześnie odkurzyć dom, coś naprędce upichcić, odebrać kilka telefonów od klientów... Nie. "Ze spokojem" - mówię sobie, bo w większej częsci swojego życia jestem "rutyniarą". Mnóstwo rzeczy wykonuję mechanicznie, bo tak mi się opłaca. Ale, czy sposób w jaki żyję, ma mi się opłacać?

Albo, taki przykład - faceci lubią się chwalić, to jest powszechnie wiadome. Jednego dnia spał z Kasią, drugiego uległa mu Jadzia, na trzeci jechał przez całą Polskę do Elki, na kolejny zapraszała go Kinga z Małopolski, a seks z nimi???? Niesamowity. Po czym wrócił i Kasia znowu nie chciała go od siebie wypuścić...

Takie opowieści to nuda, prawda? 

Nie chce nam się zadawać pytania zaczynającego się od słowa "dlaczego".

Aż pewnego dnia przychodzi z głową wciśniętą w tułów i zwieszoną, prawie tak samo jak ręce...

I słyszymy:

- Ach, z tymi Kobietami. Muszę odpocząć, jestem nimi bardzo zmęczony.

- Ojej, dlaczego?" Grypa cię dopadła?

- Nie, ale Kobieta to takie stworzenie, że bez ślubnej sukni gubi się. W ogóle nie wie o co w życiu chodzi! To w niej jest najbardziej męczące.    

- Ale, dlaczego???

Upppsss, i kto tu jest nudny?:)

18:56, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
środa, 28 stycznia 2009

Co myślisz, jeśli masz siedemnaście lat, jesteś dziewczyną i chcesz usiąść wujkowi na kolanach? Tak jak dawniej. No nie, już nie wypada!

A jeśli masz dwadzieścia parę lat, powiedzmy, pod trzydziestkę, jesteś matką ( bądź ojcem ) kilkuletniego dziecka, jesteś na placu zabaw i masz wielką ochotę pobujać się na huśtawce. Jak kiedyś, wysoko, wysoko, jeszcze wyżej... Ten cudowny pęd powietrza na twarzy i błogość... Ale widziałoby to Twoje dwuletnie dziecko. Upppss - jestem matką ( bądź ojcem ), muszę budować swój autorytet. W ten sposób wychowywać swoje dziecko? Kim będzie?

Nie wypada! Absolutnie!

A jeśli przekroczyłeś czterdziestkę, skrywasz ciało za workiem z otworami na ręce:), podczas, gdy ono wcale nie jest złe, tylko nie kochane. Tymczasem podziwiasz swoją córkę, jej stroje, odsłonięty pępek i luz, zazdrościsz jej spontaniczności, uśmiechu na codzień. Gorzkniejesz. Chciałabyś, ale... Zobaczą sąsiedzi, znajomi, osądzą, wyśmieją. 

Poza tym trzeba godnie żyć. Przyzwoicie. I - nie wypada!  

A jeśli jesteś po pięćdziesiątce i się zakochasz???? I ten ktoś w Tobie też? Zniszczysz swoją małą stabilizację? Uwierzysz w miłość, w jej prawdziwość? Czy będziesz sobie ją odradzać? Bo nie wypada... 

Jednak czasem ( być może ) się zastanawiasz, czy potrzebny był w życiu ten bloker - nasze słynne "nie wypada".  

A potem? Później. Czy wówczas coś w ogóle wypada? 

Mam znajomego Pana, tzw wiek nieokreślony, wysoki, przystojny, znakomicie zadbany, chodzi prosto jak struna, zresztą urządza sobie długie spacery. Spotykam go w sklepach, żonie robi wszystkie zakupy. Zawsze skory do błyskotliwej rozmówki, kilka dni temu w rybnym namawiał mnie na zakup kerguleny. 

- Pamiętaj, drogie dziecko, a doradza ci to stary praktyk, kergulena jest afrodyzjakiem.

Dzisiaj spotkałam jego córkę, bardzo dawno jej nie widziałam bo od lat mieszka w innej dzielnicy.  

- Proszę sobie wyobrazić, przyjechałam do mamy na pilną naradę w sprawie ojca. Ma kochankę. Codziennie robi jej zakupy, mama kiedyś go wyśledziła. Już wie kim jest ta kobieta. Jestem oburzona, takie coś! Jak to jest możliwe, żeby mężczyzna, rok przed dziewięćdziesiątką, nawet niecały, zdradzał swoją siedemdziesięcioośmioletnią żonę? Jeszcze straci całkiem rozum i kochance majątek rodzinny przepisze, dom razem z mamą. Ale zresztą, by się wstydził. Bo, po pierwsze, to przecież nie wypada!!

- Jakaś szczególnie młoda ta Pani? - zapytałam. Od zawsze jestem bardzo ciekawa ludzi.

- Skądże, ma osiemdziesiąt lat!  

Uśmiechnęłam się i szybko pożegnałam. Minęły trzy godziny, a ja nadal uśmiecham się do swoich myśli. O nim.

Kergulena, osiemdziesiąt dziewięć lat, kochanka!

Bardzo romantyczna historia. Bardzo... 

Tylko, czy mi wypada tak myśleć???? 

   

18:53, kocurkowata
Link Komentarze (17) »
piątek, 23 stycznia 2009

No i wróciłam, zmarznięta i przewiana. Piję właśnie herbatę z konfiturą z malin. Jeśli to mnie nie rozgrzeje to sięgnę po szklankę whisky... A jeśli i po tym będę nijaka, pójdę spać:) 

Powiem tak, w Szczecinie byłam pierwszy raz od dziesięciu lat od wyprowadzki. I nie poczułam nic. Zupełnie nic. Żadnych wspomnień, żadnego sentymentu, wzruszenia... Dziwię się, bo zostawiłam tam kawał swojego życia. W mieście było ponuro, dawał się we znaki przeszywający ziąb, przed dworcem kolejowym doły, w ogóle było rozkopane, prowadząca na Pomorzany ulica Kolumba nie zmieniła się nic od dwudziestu lat. Tak samo straszy. 

Na Krzywoustego kilka nowych budynków, galerii handlowych... zabytków naszych czasów, ludzie, jak zawsze, bardzo mili i uprzejmi. A nawet usłużni.

Do Cmentarza Centralnego na Ku Słońcu dotarłam szybko. Jest to jeden z piękniejszych tego typu obiektów w Europie, największy w Polsce, a na kontynencie trzeci. Zbudowany w 1899 roku przez Niemców, ponoć wzorowany był na cmentarzach Hamburga i Wiednia. Rosną tam, prawie wszędzie, wielkie platany, tworzące szpaler niesłychanie malowniczy, prowadzący od poniemieckiej bramy do wielkiej, przepięknej kaplicy.

Pięknie, ale smutno... Miejsce odpowiednie do przemyśleń o bycie. Bo przecież ( według filozofów ) od złego bytu jest bardzo blisko do niebytu...

Jak zawsze, przy tych pożegnalnych ceremoniach - starzy znajomi, zapewnienia o odnowie dawnych zażyłości. Wspomnienia przy kawie, o Nim, o nas... Zaproszenia do Szczecina na weekendy, na przykład na wiosnę, kiedy będzie ładniej... Pojadę, znicz zapalę, przypomnę sobie Szczecin w zieleni, gdy kwitną magnolie. Może wtedy znowu pokocham to miasto?

Tak samo jak kocham Poznań...

22:15, kocurkowata
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009

- Pani Basiu, jak było na Maderze? - to pytanie dzisiaj w mojej firmie padało najczęściej.

-  Wyrzucone pieniądze. Ale ja im nie popuszczę, jeszcze będą mi je zwracać.

- Znowu??? A co pani tam tak przeszkadzało?

- Wyobraźcie sobie, że pościel była zmieniana co drugi dzień, znad basenu wieczorem dobiegały krzyki, a w ogóle nasza rezydentka bagatelizowała wszelkie uwagi. A nasi rodacy? Niekulturalni, jakby na wsi pozbierani. Z nikim nie można było porozmawiać. Mój mąż nawet tam bardziej chrapał:) Już więcej z tym biurem nie pojadę!

- Pani Basiu, przecież mówi pani to samo co w zeszłym roku, po powrocie z Bali.

- O, tam było jeszcze gorzej. Boże mnie broń od takich wyjazdów.

A mnie Boże broń od takich Baś. Są wszędzie, widzisz je jak noszą te swoje niezadowolone miny.  Jak gderają. Narzekają. Zakwaszają. A my wrzodziejemy, rakowiejemy, nerwicujemy się, obrastamy w tarczyce, grasice i tłuszcz. 

- Ta zupa byłaby lepsza, gdyby było w niej więcej czosnku. Ja robię bardziej gęstą. - Te spodnie byłyby nawet eleganckie, ale się mną, - Ona ma jakąś buzię, ale figurę starej baby. - Stara baba, co z tego, że wygładzona. - Ja nie lubię pomidorów, nie lubię też ogórków, mięsa nie lubię, niczego nie lubię. Choć... gdyby zamiast mięsa podali pomidory... - Na wczasach byłam, ale nie lubię wypoczynku zorganizowanego, lubię niezorganizowany. - W Tunezji nic nie było zorganizowane, nie lubię takiego bałaganu. Lubię zorganizowane wczasy...

A ja tam wszystko i wszystkich lubię:) Ale Boże chroń mnie od takich Baś! 

21:27, kocurkowata
Link Komentarze (9) »
sobota, 17 stycznia 2009

Muszę trochę odsapnąć, od rana siedzę przy kompie i zasuwam z moimi robótkami:)

Najlepszy będzie spacerek do miejsc dla mnie magicznych. Płytka z kawałkami Piwnicy pod Baranami ( właśnie słucham ) zaispirowała mnie do wyjazdu na południe Polski.  

Proszę się przyłączyć:) 

Dwadzieścia kilka lat temu mieszkałam na Pomorzu, nie mieliśmy jeszcze mieszkania ( zresztą kto je wtedy miał?), mieszkaliśmy w Hotelu Asystenta ... pokoj 2x4 m2, w tym kuchnia, łazienka, garderoba, sypialnia, pokój gościnny:) i nas trójka.

Aha - i maleńki, czarno-biały telewizor z dwoma wąsami, jako antena:)

Ciasno, ale uroki tegoż też były, a jakże. Głównie towarzyskie. 120 pokoi towarzystwa:)

W tej klateczce nie było  prawie wcale mebli, ale szczyciliśmy się posiadaniem dwóch płócien ( abstrakcje naszego przyjaciela - jedyne, jakie w życiu namalował) i kilku płyt analogowych takich jak: Piwnica pod Baranami, Wały Jagiellońskie, Songi Teatru Stu, oczywiście też Wysocki, Okudżawa itp.

Czyli pełna dekadencja.

Tymi utworami- spektaklami bardzo żywo zdawał sie być zainteresowany syn ( miał kilka lat), jakby rozumiał te klimaty. Albo z braku alternatywy..

Kiedyś, na początku lat dziewięćdziesiątych, będąc w Częstochowie ( z nim właśnie ), w drodze do Krakowa, postanowiłam pokazać dziecku  Jurę Krakowsko-Czestochowską z wapiennymi skałkami. Na tle soczystej zieleni. Skały nie wzbudzily w nim jednak żadnego zainteresowania, podczas podróży czytał książkę.  Niewątpliwie czekał na Kraków. Bo Kraków to Piwnica pod Baranami. I nie tylko.

Potem, kiedy już tam dotarliśmy, od razu z dworca udaliśmy się na Rynek... był maj... wczesny poranek...ciepło, a jednocześnie wilgotno, kropił deszcz. Lekka mgiełka, ale powietrze rześkie, chłonęłam zapachy wiosny. W powietrzu szybował zapach bzu, akacji... Czyżby nie było tam wówczas jeszcze smogu??

Na pierwszej, mało uczęszczanej uliczce, wiodącej do Rynku pojawiła sie Piękna Postać - Mężczyzna w jasnopopielatym, letnim garniturze, jasnym, słomkowym kapeluszu, z rozpostartym nad głową wielkim parasolem. Też w tej samej tonacji. Siwa broda, siwe wlosy ( tak, już wtedy były siwe), w klapie garnituru czerwony goździk. Tonacja tamtych czasów, nie zaburzona żadnym fałszywym kolorem.

Piękna postać, jasna postać ... Piotr Skrzynecki, twórca i dobry duch Piwnicy pod Baranami.

Ukłoniliśmy się. A on nam.  

I dziś, gdy pytam starszego syna, gdzie chciałby pojechać, co w dzieciństwie wywarło na nim najwieksze wrażenie, zawsze wymienia ...
Kraków z Pięknym Jasnym Piotrem Skrzyneckim.

Dwa lata temu tą samą trasą obwoziłam młodszego syna ( o dziwo chciał:)),
też Jura Krakowsko-Czestochowska większego wrażenia na nim nie zrobiła. 

Ale Kraków tak. 

Nie spotkaliśmy, niestety, Piotra Skrzyneckiego, ale czuliśmy jego ducha, unoszącego się w powietrzu. Ponoć mówią w Krakowie, że często schodzi na miasto w swoich ulubionych, nocnych godzinach.

Są tacy, co na niego czekają .... jak te konwalie, bzy, albo pet...




 

20:10, kocurkowata
Link Komentarze (9) »
piątek, 09 stycznia 2009

Dzisiaj przyszło mi na myśl, że zbyt często myślę o sobie. Pisząc ten blog też. Bo nawet w moim pierwszym wpisie ( tym o rozrywkach w sanatorium ) myślałam wyłącznie o sobie. Nie wpadło mi do głowy, żeby pomyśleć o Wielkim Karku i Kurduplu. Nie zastanowiłam się, dlaczego tak zasuwają za tymi kuracjuszkami. Czy z samotności w ogóle, czy z powodu osamotnienia w związku, czy dla sportu, a może dlatego, bo fajnie czasem jest konsumować. I łatwiej.

Pożreć se coś a resztki buch do kosza. Dużo, dużo trudniej jest tworzyć. Sama należę zdecydowanie do tej drugiej grupy. Tworzyć, to jest to! Myśleć i mieć dylematy - to też świetna sprawa.

Podobnie w firmie, zdecydowanie wolę pracowników i współpracowników kreatywnych, wnoszących jakiś nowy wiatr. Wszyscy już wiedzą ( oczywiście, wyczuwam, że nie zgadzają się ze mną ), że zwrot " nie wiem" - i na tym koniec, do mnie nie dociera. Po prostu.

"Wprawdzie teraz nie wiem, ale sprawdzę" - może być, jak najbardziej.

A może powinnam wreszcie przyjąć, że tak jest i już. Bo znowu, nie akceptując ludzi odtwórczych, którzy muszą mieć instrukcję nawet w błahych sprawach, chciałabym mieć wszystkich na swój wzór. Czy zgodnych z moim upodobaniem. A świat ma wiele kolorów.

My, zresztą, też.

Często wkurzam niektórych ludzi ( zwłaszcza facetów w moim wieku i starszych:)) bo zanim taki namyśli się, a potem wyduka, to ja już dawno wiem co powie i z tą odpowiedzią się wychylam:D

A też powinnam pomyśleć o moim rozmówcy, żeby miał komfort wypowiedzenia się:) Poczekać, a nie rwać się do przodu jak kozica górska... 

Takie cosik mi przyszło na myśl...    

18:05, kocurkowata
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 stycznia 2009

Dzisiaj miałam umówione popołudniowe spotkanie biznesowe na mieście, ale dość szybko uwinęłam się z moimi ( private) i firmowymi sprawami - absolutnie rutynowymi, że zrobiła mi się półtoragodzinna, wolna dziura:) Nie było sensu jechać do domu, zresztą znowu nakryłabym domowników na maraźmie. 

Postanowiłam pokręcić się tu i ówdzie.

W zasadze, myślałam, jak wejdę do Browaru ( oczywiście nie po piwo:)) i odwiedzę kilka sklepów, czas szybko minie. Nie znoszę zakupów w wielkich centrach handlowych, z zasady. Ale Browar, czasem ma duszę.

Bardzo czasem.

W Zarze obniżki cen, nad stertami czarno-szaro-fioletowych ubrań o rozmiarze max 42 znęcały się tłumy wychudzonych nastolatek. Gdzie mi do tych ubrań - góra rozmiar 46, dół 44. Mając takie gabaryty powinnam od razu kierować się do sklepów sprzedających przedpotopowe worki dla super puszystych. Popsułam sobie tylko humor. Przeszłam do torebek - Batycki - zawsze mi się bardzo podobały - patrzę sobie - przecena. Metka - z daleka widać, ze pokreślona - nakładam okulary - tak z 1238,- na 998,-.  Makabra. Popsułam sobie humor dwukrotnie, tym bardziej, że wpadła mi tam w oko fajna lakierowana torba - kolor ciemna śliwka, dokładnie taki sam jak moje mokasyny- lakierki do dżinsów.

W końcu wparowałam do Piotra i Pawła i dałam upust swojej frustracji - w koszyku wylądowały: pasta pokrzywowa, herbata zielona z malinami, paszteciki sojowe, kawałek łososia i oliwki faszerowane.

I nadal miałam czas - siadłam zrezygnowana, na ławeczce w tymże Browarze - wyciągnęłam książkę " Kobieta - Mężczyzna Psychologiczne Gry w Miłości i Biznesie " i zaczęłam czytać. (...) Wypowiedzi : " Wszystko będzie dobrze" "Zobaczysz, wszystko się ułoży" mające na celu pocieszenie, w rzeczywistości sa barierą komunikacyjną, bo pocieszający chce temat zamknąć.  

I zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób dodać otuchy potrzebującemu, jak pocieszyć, gdy przyjacielowi wszystko wali się na łeb? Trudna sprawa ...   

  

  

22:14, kocurkowata
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 stycznia 2009

Zawsze mi się wydawało, że tylko dni wypełnione pracą po brzegi biegną szybko. No i wakacje. Dzisiaj miałam urlop, ale po czternastej musiałam zajrzeć do firmy bo mnie umówiono z Panią, kandydatką na stanowisko kadrowej w moim pionie. Idzie kryzys, nie przeznaczyliśmy na ten etat dużo pieniędzy, a ta osoba była po czerdziestce, nie miała odwagi chcieć dużo.

Wstałam sobie po ósmej rano, zagoniłam chłopa do zaścielenia łóżek, potem zrobiłam dla mamy śniadanie, ona nie może czekać, zaraz się denerwuje. Synka już dzisiaj nie było, wrócił po świętach do stolicy. Potem pognałam do piekarni, żeby bigos ze świąt można było zagryżć chociaż chrupiącą bułeczką. Zasadniczo nie powinnam przynajmniej przez tydzień jeść, bo spodnie i spódnice powypełniały mi się niepokojąco, ale może od poniedziałku... Poza tym, bigos rozdyma...

Zjadłam liche śniadanko, potem pootwierałam wszystkie swoje skrzynki pocztowe, wykasowałam spamy, przeczytałam maile, zalogowałam się na Naszej Klasie, wkleiłam swoje zdjęcie z Wigilii, przeczytałam wiadomości na gazecie. Potem odkurzyłam dom, zmyłam naczynia, wstawiłam pranie, w łazience poprawiłam papier toaletowy, zawsze ktoś go odwrotnie zawiesza. Przyjdzie czas, dojdę kto to taki - nikt się nie przyznaje.

Zrobiła się trzynasta, przed czternastą byłam już w firmie.

Kobieta wyglądała schludnie, blondynka o ładnie zaczesanych włosach. Na jej podaniu napisali mi, że rok pracowała w kadrach. A ostatnie dwa w restauracji w Blackpool.

I, co było argumentem bardzo "za" - że chce 1400 zł.

- Brutto, czy netto? - uszczegółowiłam.

- Na rękę.

Ach, właściwie mogłaby więcej chcieć, pomyślałam, wygląda sympatycznie, jakoś tak miło jej z oczu patrzy.. Miałam wolne, a i weekend przed sobą... poczułam do niej sympatię.

Mogłaby się nadać. W końcu będzie miała tylko wycinek o nieiwelkim stopniu trudności, bez zawiłości prawnych, stanowisko mało odpowiedzialne.

Pozostało kilka pytań natury formalnej. 

- Nic nie wiem o pani umiejętnościach - czy mogłabym zapisać na podaniu jakie programy kadrowe pani zna? Nie widzę nic w sprawie...

- Nie, nie znam żadnych - odpowiedziała szybko.

- A, może... w ogóle, jakie Pani zna? Nie tylko kadrowe - ułatwiłam jej.

- No, w szachy u syna czasem grałam, albo w scrruble.

Trochę mnie tym zmieszała. Poczułam się rozczarowana. Gorączkowo układałam w swojej głowie następne pytanie, czułam się bardziej zdenerwowana niż ona. A przynajmniej tak mi się zdawało.

- Czyli, rozumiem, z komputerem pracowała pani? - wymuszałam odpowiedź twierdzącą.

- Nie, jeszcze nie.  Jedynie u syna grałam...

Zrobiło mi się bardzo przykro. I powstała we mnie wątpliwość - czy zawsze należy mówić całą i tylko całą prawdę...?

Bo może lepiej, żeby nasza "prawda" nie rozczarowywała innych... ?  

 

20:01, kocurkowata
Link Dodaj komentarz »