O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
piątek, 29 stycznia 2010

Uwaga! Nie zmarło mi się. Nie jestem w szpitalu. Nie padły mi komputery, ani nie trafiłam do więzienia:)) Nie zgłosił się też wydawca z zamówieniem na kilka książek ( najlepiej cykl ) i wciskający mi do ręki za pierwszą 30.000 zaliczki, co by może i sprawiło, że na czas jakiś popadłabym w błogostan. Nie.

Dzisiaj napiszę tylko, że mało piszę, bo u mnie wybuchło pandemonium. Jakie? Widać na zdjęciu, tam gdzie teraz jest wielkie przejście, jeszcze przedwczoraj była solidna ściana z drzwiami. Jak zawsze, zaskoczyły mnie historyczne kolory ( których nie pamiętałam ) za warstwą tapety i drewnianych wykończeń. Miodowy i róż, hmmm, kiedy to było? Co to będzie za pomieszczenie? Jedna z części biura, jaka czy która i czemu będzie służyć, napiszę i pokażę później:)   

 

18:06, kocurkowata
Link Komentarze (16) »
sobota, 23 stycznia 2010

Minus czternaście? Mnie to nie przestrasza, ale niewątpliwie są cieplejsze miejsca. Poznańska Palmiarnia na przykład jest znakomicie nagrzana. Tropik. Po co jechać do Bangkoku, skoro na niewielu metrach można pobyć w tej samej wilgotności i w podobnej temperaturze.

Towarzysz mojego dzisiejszego spaceru, znany z wcześniejszych wpisów słynny już O. nie lubi zimna, jak każdy facet. Kołderka, ciałko, dobre winko, lenistwo, te rzeczy zawzięcie preferuje.... Chuchał na ręce, tupał, omotał się szalem, czapę jakąś wynalazł, gderał, ale szedł. Nie wiadomo jak, bardzo zresztą szybko znaleźliśmy się na Głogowskiej, a stamtąd są trzy kroki do Parku Wilsona, ostatnio na Górczynie byłam jak zdawałam egzamin na Akademię Wychowania Fizycznego, czyli całe dziesięciolecia temu! Na całe szczęście to zdawanie zakończyło się niepowodzeniem, świetnie, bo co bym dzisiaj robiła?!

Park Wilsona tonął w białym skrzypiącym śniegu. Świeciło słońce, skamieniały Wilson dostojnie prężył się na szafirowym niebie. Skąd się w Pyrlandii wziął jakiś Hamerykaniec, a może Anglosas..., skąd ten pomnik? - Bo onegdaj dobrze o Polsce i o Poznaniakach gadał, do Paderewskiego też pozytywnie się o nas wyrażał. To amerykański prezydent - poinformował mnie O.

A w parku jak to w parku, ścieżki w którymś momencie się rozwidliły, i znowu mózg trzeba było wytężać, w którą by tu stronę się kierować. Podrapałam się po głowie, pomyślałam...

- W tę - powiedziałam wskazując kierunek lewy.

Podjąć decyzję wcale nie jest mi łatwo. Ale gdy ją już się z siebie wydusi, wtedy... ulga... spokój, zadowolenie... To wszystko razem spływa wówczas na mnie jak wielka ananasowa chmura, kipiąca bitą śmietaną i syropem klonowym...

- Nie. W tamtą - O. był niewątpliwie pewien swojej wizji. Pewien decyzji, która zmusiła mnie do rekonstrukcji myślenia. Mistrz odmiennego zdania! O nie! Szukałam argumentacji.

- Nie, w tę chodźmy, bo wydaje mi się mniej wydeptana.

Ha, ha, ha - to był znakomity argument! Zawsze lubiłam odkrywać i wnosić nowe... 

- No właśnie! Dlatego proponuję tamtą. W zaspę jakąś wpadniemy, albo coś jeszcze gorsze... ( miał na myśli psie klocki:) ). Chodź, nie pożałujesz! - Ho, ho, ho, jaki się z O. zrobił wytrawny negocjator! - pomyślałam.

- No dobra... - machnęłam ręką. I od razu uzyskałam spokój znany mi z momentów " po podjęciu decyzji":)

Co do decyzji, odkryłam ostatnio ze zdumieniem, że mi nie zawsze chodzi o przeforsowanie swojej. Może być obca, byle równie trafna i prędka, jak moja :))) 

I w ten oto sposób, ścieżką wytypowaną przez O. doszliśmy do Poznańskiej Palmiarni, dzięki czemu mogę dzisiaj, w tę wielką mroźność, zaprezentować nieco tropików na PrawieSyberii...       

 

 

 

 

 

20:23, kocurkowata
Link Komentarze (16) »
środa, 20 stycznia 2010

Stało się. Czas przenosić szafy, szafeczki, bufety, także witryny i inne magazyny dóbr wszelakich. Albo śmieci. Czas dobytek nakryć folią, nie da się tego odsunąć w czasie, fachowcy idą jak burza. Jak na razie, żeby nie zapeszyć;)). Od jutra do nie wiem kiedy będę mieszkać w kurzu. Mój azyl się zatrzęsie i chociaż mam mnóstwo wątpliwości, coś mi mówi - rób, tak właśnie rób! Działaj. Reszta potem. Jednak, żeby mieć pewność stuprocentową musiałabym zwołać konsylium Coachów i Wróżek( może i na to przyjdzie czas), jeden Sukcesolog mi nie wystarcza, bo odkryłam ze zdumieniem, że prywatnie to Człowiek pełen wątpliwości takich samych jak moje, albo większych. Zabawne, prawda? Do czego to doszło, żeby myślenie zlecać na zewnątrz???!!! 

Nadal trzęsie się Haiti, warczy ziemia, zagraża fala tsunami, drży także wyspa moich marzeń - Kajman Wielki. Żal mi tego świata, ludzi boleśnie doświadczonych przez politykę, los i przez absolutnie niereformowalną przyrodę. Haitańczycy to biedni, zwyczajni ludzie, tacy jak my, przez 30 lat deprawowani przez francuskiego tyrana Duvaliera. Ich kraj to almost country - wg Amerykanów. Jest Haiti i ono prawie istnieje. 

Ale czy cierpi też "prawie"...? 

 

19:57, kocurkowata
Link Komentarze (11) »
czwartek, 14 stycznia 2010

Od jakiegoś czasu cierpię na melancholię. No cóż, wpływać na to może brak światła, albo brak ciepła, a może brak pasji...,tym samym sukcesu... A jeśli nie wymienione, to na pewno brak seksu! Czy sensu? Sama nie wiem. I nie pomogło mi wcale, że w kryzysie kolejnictwa, w czas zawieruchy śnieżnej, oblodzonej trakcji, poprzez zamieć i zacinający wiatr przemieściłam się całkiem sprawnie do Warszawy. Tam spędziłam (to złe słowo, bo kojarzy się z biernością) fantastyczne dni, udało mi się ucztować na "Bogu" u Jandy ( och polecam, polecam mocno), pobiesiadować nieco, wielkiego nieodśnieżonego świata łyknąć, poznać fantastycznych ludzi, a nad ranem zastanowić się co pewien autor Intelektualista miał na myśli, gdy kierował w moją stronę sugestię na miarę Junga, czy Ingardena:

- Wyobraź sobie Kocurkowata, że jesteś drewnem. Albo nie, zamieńmy to na metal. Tak będzie dosadniej. Łatwiej ci będzie to sobie wyobrazić!      

No cóż, w pewnym sensie jestem drewnem, bo metalem raczej nie, zbyt miękka ze mnie konstrukcja. Moje zdrewnienie:)(znakomicie świadczą poniższe fotki z dzisiaj)objawia się na przykład tym, że dawno nie pisałam nic śmiesznego. Stać mnie jedynie na smęcenie. Ubolewam, że brak mi fantazji. Że nie mogę wyleczyć zatok, które sieją na oskrzela, że trzy serie antybiotyku tylko mnie osłabiły. Źle sypiam, a zasadniczo nie mam powodu. Poza tym wytraciłam tempo, chociaż w poniedziałek będą u mnie wreszcie murować ścianę ( wewnątrz ponoć można ). Zaraz potem wyburzą inną, albo odwrotnie, i zmienią kable elektryczne w całym domu. Potem tylko pozostaje do  wykonania nowa gładź i podłogi. Kominek i nieco skały tu i ówdzie. To lubię: kamień, drewno, skóry i jedwab:). Wtedy mogę wreszcie istnieć na wolnym rynku. Tapicer pokrył szybko dwie wielkie kanapy narożnikowe, tak się zapędziłam, że myślę co jeszcze mu przekazać, bo jest niezły..., jasne, niepraktyczne kolory preferuję. Z wielką niechęcią, jednak nadal biegam do pracy, nie mam komu swojego królestwa przekazać. Wkurzają mnie, bo... Kropka. Ale ja naprawdę mam dość etatu.  

Życie jakieś tupta jednak sobie we mnie..., więc co jest? Brak światła? Ciepła? A może zbyt wątłe pasje? Brak sukcesu? Czy brak seksu?! 

A jeśli to jest "aż" niedostatek sensu?

 

 

 

14:11, kocurkowata
Link Komentarze (14) »
piątek, 08 stycznia 2010

Podsłuchałam dzisiaj przed sklepem ekscytujący dialog dwóch kobiet, będących raczej w moim wieku;))): 

- Wiesz, i potem ubijesz dwa białka i to wszystko dasz do sera.

- Ojej. A mówisz, że kiedy mam dodać mąkę ziemniaczną?

- No, potem, na końcu. Ale uważaj, bo ja nie pamiętam ile to było łyżek, musisz mieć wyczucie, żeby masa nie była za gęsta, ani za luźna. Taka w sam raz ma być. 

- Ojej. To całkiem inaczej niż do tej pory robiłam, bo pianę dawałam na końcu.

- Absolutnie, ja na końcu dodaję mąkę. Dobrze wyrasta i w środku też jest wypieczony.

- Czekaj, czekaj, teraz ja ci powiem! Ostatnio smaczną zapiekankę zrobiłam. Sama ją wymyśliłam i wszyscy się zajadali.

- Coś ty! A z czego?

- Prosta. Ogórek kiszony, kluski na wodzie, cebula duszona, pieczarki i żółty ser.

- Ojej! Smaczna musi być! Ślinka mi cieknie, muszę koniecznie zapisać przepis. O jasny gwint! Która to już jest? Siedemnasta! A my ciągle o żarciu gadamy!

- No i co? Bo jakie inne tematy może mieć kobieta w naszym wieku!???

O nie! "Kobieta w naszym wieku" może mieć tysiące tematów nie tylko do gadania.

Może na przykład rozważać nagłe załamanie linii lotu piłki wyrzuconej do góry. Co się dzieje, kiedy ma za chwilę zacząć już spadać. Zatrzymuje się w powietrzu? Na jak długo? I dlaczego? Jaki konkretnie ruch wykonuje? Albo - przez kogo jest finansowana "Gazeta uliczna"? Rzeczywiście przez bezdomnych, czy może wspomagają ją inne fundusze? A jeśli chodzi o ekonomię? Kurs Euro może zaprojektować i potem się na ten temat spierać. Nawet z finansistami! Wiadomo, tego typu prognozy wymagają raczej tylko zdolności wróżbiarskich. Poza tym... Na przykład może na chwilę zatrzymać się myślami, dlaczego zwariowana babcia z sąsiedztwa ciągle słucha na cały regulator Albinioniego? A nie ogląda w ogóle Klanu i Barw miłości? Co decyduje o takim wyborze? Trzeba czasem również zainteresować się ( jak ja dzisiaj ), w jakim hotelu można umieścić na kilka dni psa? Przy czym, tutaj dochodzi się do takiej wiedzy, że milej widziany jest stwór korzystający z hotelu dla psów przez okres na przykład dwóch tygodni. Dla zwierzaka nawet tak jest lepiej, bo najbardziej tęskni przez pierwsze dwa dni. Na krótko zostawiać psa to jest okrucieństwo. A ja akurat na dwa, trzy dni tylko chciałam się pozbyć swojego potworka.

Można też zainteresować się przewidywanymi zawiejami, chłodem i ogólnie podłą wizją meteorologiczną,  zwłaszcza, że ma się w planach wyjazd. A potem, jako antidotum prędko znaleźć zaciekawienie ciepłem.   

I dzięki temu wyszukać w necie taki oto kawałek muzyki ze zdecydowanie innej strefy klimatycznej:)  

 

 

21:46, kocurkowata
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 stycznia 2010

Robienie kilku rzeczy naraz jest moją specjalnością. Nawet teraz, gdy piszę notkę do bloga, mam otwarte ze cztery programy - w tym Gimpa do obróbki zdjęć. Nie wiem, czy to jest generalnie dobre. Pewnie nie, bo może wyglądać, że nie zgłębiam istoty sprawy, czy rzeczy, przez co nie jest możliwe, żebym dysponowała solidną wiedzą na jakiś temat. Tak powiedziałby zapewne ktoś, kto poświęca się jednej dziedzinie, z której czyni zajęcie na całe życie. I nie znosi zmian. Taki ktoś niewątpliwie nie jest w stanie mnie zrozumieć. Ani ja jego. Generalnie osoby które potrafią się czemuś na wieki poświęcić postrzegane są jakby korzystniej. Bo to poważni ludzie są. Nie to co ci fibździu- wibździu. Z kwiatka na kwiatek. Do pierwszych oznak nudy. Znamy znakomicie powiedzenie - kto dużo chwyta, lekko ściska - czy jakoś tak. Ale, z drugiej strony patrząc jeśli chodzi o kompetencje, to ja naprawdę nie mam się czego wstydzić. Może moje zawody nie wymagają wiedzy aż uniwersyteckiej? A może jestem na tyle niepoważna, że lubię się próbować na kilku polach. Przy czym te pola są od lat te same, tyle, że kilka. Dzięki temu mam niebagatelne i różnorodne doświadczenie życiowe, co jest akurat dla mnie bezcenne. A może tak właśnie powinno być, bo może to komfort, że szukamy.

Tak sobie tłumacz - powiecie zapewne! A ja jestem pewna, że w ten sposób chronię się od nudy i stagnacji jakimi nasze byty często są naznaczone. Czy, lepiej - czym bywają zagrożone. Z tej rozterki powstaje jedno z pytań, które sobie nieustannie zadaję. Jak zrobić, w jaki sposób postępować, żeby ten byt swój udoskonalić, nasycić barwą, uaktywnić ducha. A jednocześnie nie tłumić wrodzonej zachłanności. Świeżość myśli długo zachować, mieć powód, żeby rano wstawać z ochotą.

Ostatnio oglądałam świetny program o Wandzie Wiłkomirskiej, która niewiele już gra ( nie te ręce ), ale odnalazła wielką przyjemność w dydaktyce. Jednak jej marzeniem jest znaleźć jeszcze jedną pasję, jeszcze to "coś", przyjemność tak wielką, że zajmie jej myśli i serce na lata. A ma ich już 81.  

Dzisiaj pierwszy raz ( po dziesięciu dniach) wyszłam na dwór. Niedaleko. I oto efekt - moja zima.

 

    

14:05, kocurkowata
Link Komentarze (10) »