O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
sobota, 29 stycznia 2011

Gdy byłam mała, moja ukochana ciocia na staromodnym gramofonie często nastawiała "Malagenię". Caterina Valente śpiewała w niezrozumiałym dla mnie języku, a ja siedziałam na kamiennym progu domu i zastanawiałam się czy daleko jest do tej tajemniczej Malagenii. Jak tam wygląda. Czy to miejsce z bujną  roślinnością, a może raczej pustynne. Rozwinięte urbanistycznie, czy sielskie. Jakie kwiaty tam rosną. Zwierzęta też mnie zastanawiały. A ludzie? Czy są tacy sami jak u nas. Czy na przykład nosy mamy podobne. Włosy. Oczy. Nieraz kręciłam wielkim globusem, ale niestety miejsca takowego nigdy nie znalazłam. Tym bardziej mnie ono ekscytowało.

Móc się czymś zainteresować to największe marzenie malkontenta. Zaiskrzyć z jakiegoś powodu. Od jakiegoś czasu czuję, że ogarnia mnie coś na kształt zgorzknienia. Znudzenia światem, sobą. Generalnie poglądami, czy myślami, także swoimi. A jak by było z moim samopoczuciem gdybym jak birbant miała zjechany cały świat, w garażu dobrą furę, wypucowany ciepły dom o sześciu pokojach, a na języku zachowane najbardziej egzotyczne smaki? I co dalej? Miałabym szukać następnych bodźców? Na temat samozapłonów coś wiem, przy czym teraz akurat mam wrażenie, że doszłam niestety do takiego miejsca skąd niewiele ekscytującego można już dostrzec. We wszystkim trzeba zachować umiar, może to jest recepta dla mnie?

Kończę "Wylęgę"! Hurra! Jeszcze trzy tygodnie, najwyżej miesiąc i zaczynam działać! Potrzebuję sukcesu! Koniec męk twórczych, koniec snów o bohaterach tej książki, wreszcie koniec emocji tak wielkich, że szkoda mi czasu na sen. Potem na jakiś czas wezmę sobie mały urlop od komputera. A później znowu do dzieła, bo następny temat chce mnie rozsadzić od środka.

 

 

O ile nie dotrę wreszcie do Malagenii...

 

p.s. Nie wklejam nic muzycznego na temat bo od jakiegoś czasu nie mogę do bloga wkleić muzyki. Ktoś coś wie, to generalna zmiana, czy piłka leży na mojej części boiska?

 

sobota, 22 stycznia 2011

Dziś proszę

Dziś proszę Cię byś dostrzec raczył

Że spojrzeć nie znaczy zobaczyć

 

Że choćbyś miał żelazne dłonie

To unieść nie znaczy donieść

 

Że choć pogrążysz się w zadumie

To wiedzieć nie znaczy zrozumieć

 

Że właśnie o tym milczą groby

Że dotknąć nie znaczy zdobyć

(Krzysztof Cezary Buszman)

 

Tego poetę odkryłam dla siebie przez przypadek, zrządzenie losu. Ale także dlatego, że jestem zaciekawiona sztuką.

To wiersz o wielu z nas, a mnie samej nawet bardzo. Każda myśl, każdy dwuwers mógłby być dla mnie drogowskazem. Koniecznie muszę się obarczyć większą konsekwencją i wyobraźnią. Bo czy mogę siebie samą ukarać tym  że ogłuchłam i nie słyszę własnych myśli? Bądź, że oślepłam i nie widzę drogi przed sobą? 

"Od kilku dni próbuję rzeźbić w srebrze. Nawet ciekawie mi to wychodzi. To dobrze, bo może okaże się, że znalazłam w sobie jakiś talent. Srebro to inne tworzywo niż życie. Ale podczas formowania jedno i drugie wymaga finezji. I talentu właśnie" - cytat własny:)

W Poznaniu zrobiła się ładna pogoda, optymistyczna, to bardzo dobrze, bo moja drewutnia zaczyna świecić pustkami i powszechne zauroczenie śniegiem też się kończy. Już myślę, że muszę kupić maść do smarowania ran po wycięciu gałęzi. Niebawem nadejdzie czas, kiedy trzeba będzie przyciąć sosny i morelę. Kalina też zdziczała i wymaga radykalnego odmłodzenia, podobnie jak stara jabłoń, która jeszcze trzy lata temu wydała na świat piękne czerwone jabłka. Wyobrażenie o wypalanych wiosną gałęziach i zeschłych liściach tworzą w mojej duszy stan podobny do towarzyszącego mi słotną jesienią - o białej zimie, ciepłym domu i o dymie z komina.      

 

 

środa, 19 stycznia 2011

Aleks dał mi zadanie, a ja się skwapliwie zgodziłam, bo w stosunku do mężczyzn jestem uległa;) Nie no, generalnie daję się szybko namówić:)

Odkrycie 1.

Wczesna młodość, to i lata wczesne:) Prężny jeszcze dworzec kolejowy w kolebce polskości, czyli w Gnieźnie. Za dwa dni skończą się wakacje szkolne. Dwie nastoletnie dziewczyny po satysfakcjonującym handlowym turnee wsiadają do ostatniego tego dnia pośpiesznego pociągu do Poznania. Siadają i zadowolone z zakupów jadą. Po 30 minutach ciuchcia zatrzymuje się - uppps. Mogilno. O nie! Wysiadamy. Natychmiast! To nie ten pociąg! Zmierzcha. Nasze matki! Zabiją nas! Dziewczyny wychodzą na szosę, zatrzymują jakiś samochód, kilku młodych facetów w środku, tak podwiozą, nawet do Poznania, ale muszą się na chwile zatrzymać. Potem tak, ok pojadą. Dziewczyny się zgadzają, nie mają wyboru. Zostaje ich dwóch. Plus kierowca. Jadą. Jeden całuje jedną z nich, ona milczy, drugi drugą. Ta krzyczy żeby zatrzymać wóz. Zatrzymują. Dziewczyny wyskakują z wozu w szczerym polu i od razu razem z torbami pełnymi zakupów ( tekstylnych ) wskakują do rowu. A potem idą przez ciemne pole, do światełka, które miga w oddali. Długo idą. Boją się. Dochodzą. Jest północ. Pukają do drzwi. Ktoś świeci im latarką w twarze. Proszą o nocleg. Tak, ale w stodole - pada jakże oczekiwana zgoda. Kładą się na słomie, trochę pochlipują, coś szura i drapie. To myszy. Boją się. Myszy są straszne, ale matki też. Myślą o tych matkach. Coś szura. Nasłuchują. Bardziej szura. Jest potwornie ciemno. Jedna z ich na swoich ustach czuje usta obce - wilgotne i poślinione. Chwilę to trwa. Milczy. Już nie czuje. Poszedł. Zaszurało obok. Druga krzyczy - bo powiem pana żonie! Szuranie ustaje. Słychać szybkie kroki. Śpią. 5 rano - wstawać, wstawać, czas do domu, wścieka się właściciel posesji - wg młodych oczu, dziadek. Już nie wygląda na oślinionego. Jest wściekły. Wstają, dziękują i idą. Do Gniezna 10 kilometrów i nic nie jedzie.

Nauka - nawet jeśli ktoś się z Twojego powodu ślini, a ty nie masz odwagi by zareagować, lub liczysz że skrócisz sobie w ten sposób drogę, to się jednak zastanów, bo odwaga to piękna rzecz, warto ją w sobie wypracować. A droga dłuższa i bardziej kręta na pewno będzie ciekawsza!     

P.s. Niestety, to nie ja krzyczałam!:)   

Odkrycie 2.

Koniec lat dziewięćdziesiątych. Kościół w Szczecinie, Jedna z niedziel majowych - uroczystość 1 Komunii Świętej. Dziewczynki w strojnych białych sukienkach. Chłopcy różnie. Większość w granatowych bądź czarnych, kilku w białych lub ecru. Jeden w zielonym.

Nauka - nigdy przenigdy nie wyróżniaj nikogo, bo na pewno nie będzie Ci to zapomniane!

Ileż już razy, nawet od obcych:) słyszałam anegdotę jak matka go na zielono oszpeciła w tak uroczysty dzień!

Odkrycie 3.

Początek dwudziestego pierwszego wieku. Bratysława. Sylwester. Grupa polska się bawi, grupa słowacka nie. Grupa polska tańczy, słowacka nie. Tańce, szampan, znowu szampan, i jeszcze raz tańce. Loteria. Wygrana. Hurra! Kolejny szampan, tym razem gratisowy i świnka z gołą pupcią stają przy jej nakryciu. Rozlanie następuje natychmiast, świnka z gołą pupą jedzie do Poznania i uświetnia honorowe miejsce. Pół roku później. Zaczyna się wjazd pod górkę. Nic nie wychodzi, pieniędzy za mało, pogody ducha też. Dwa lata później. Okres Bożego Narodzenia, podczas porządków tłucze się świnka. Goła pupcia w kilku kawałkach  wędruje do kosza. Po kilku dniach zgłasza się kilku klientów. Od zaraz. Jeden od drugiego, czy jakoś tak. Dopatrzyłaś się drogowskazu. Druga goła powoli się okrywa. Jednak to długi proces.

Nauka - nigdy nie licz na wygraną, bo na pewno przyjdzie Ci ją i tak kiedyś oddać. Zwyciężaj sama, z zacięciem i konsekwencją, bo przecież nie masz pewności, że zawsze wypatrzą Cię sami.  

 

W zasadzie była to jedna historia o tym jak Aleks zmusił mnie do ruszenia głową:) Nauka - nie pozwól, żeby Twój rozum spał. Daj się obudzić:))

I to by było na tyle... 

A ja zaproszę do zabawy, o ile dadzą się zaprosić, wildrose, obiezy_swiatke, belitę, pharlapa i duo.na:) 

 

niedziela, 16 stycznia 2011

Pochylając się nad życzeniem Veanki dzisiaj zdam krótką relację z moich wrażen na temat ma-uri. 

Do zainteresowania tym masażem skłonił mnie kilka miesięcy temu przeczytany w necie taki opis: 

"Osoba masowana skupia się na zwiększeniu świadomości ciała i rozumieniu go, rozwija umiejętność czytania sygnałów, jakie wysyła ciało. Na masażu odkrywamy kim jesteśmy i jakie budujemy relacje. Uczymy się, jak je naprawiać. MA-URI to duchowa forma terapii oparta na masażu ciała fizycznego.

Na poziomie emocjonalnym masaż wspiera nas w pozbywaniu się lęków i blokad, pomaga uwolnić od obciążających wzorców myślowych i przyzwyczajeń. W ten sposób odzyskujemy stabilność emocjonalną oraz nabieramy większej gotowości do przyjrzenia się problemom i szukania sposobów na ich rozwiązanie."

Na pewno po jednym masażu nie zrozumiałam swojego ciała ani też samej siebie. Także nie nastąpiło cudowne odrzucenie obciążających mnie wzorców myślowych i przyzwyczajeń. To jest bujda. Zresztą uważam, że sceptyka, jakim niewątpliwie jestem nie uzdrowią puste slogany, a gotowość do konstruktywnego przyjrzenia się własnym problemom. Tę gotowość miałam od zawsze. Jednak...

Pomimo to już wiem, że zafunduję sobie jeszcze kilka takich sensów. Dlaczego? Bo był to piękny taniec masażystki z moim ciałem. Niesłychanie płynne ruchy, silne na tyle by nie zaburzyć wrażenia sztuki, misterium. Towarzyszyło temu zainteresowanie mną i atencja. Wszystko to działo się bez udziału mojego sceptycznego mózgu. Wyłączyłam się. Bez mechanicznych ruchów, bez poklepywania, wduszania i mylenia się co do miejsca które masowania wymaga. Typu - renomowany niewidomy masażysta ma masować mi lędźwie, a klepie nieustająco odcinek piersiowy. Mówisz raz, drugi, potem w końcu machasz ręką i wychodzisz z wymasowanym odcinkiem piersiowym. Zamiast lędźwi.

Tutaj nic nie działo się mechanicznie, jest fantastyczny kontakt przy relasującej polinezyjskiej muzyce. Przyglądanie się reakcji mojego ciała, to mi się bardzo podobało, ale i skłoniło mnie do tego samego. To była jak nauka pod nazwą - naucz poznawać siebie samego i ulecz się sam. Pozbądź się zespołów bólowych. Sama, we współpracy ze swoim ciałem. Kadzidełka itp też są ok.

A dzisiaj czuję się przede wszystkim zrelaksowana i pozytywnie nastawiona do swoich myśli. Lekko boli mnie wymasowana głowa, mam lepszą cerę, jakby zrelaksowaną. I co najważniejsze, nieco opuścił mnie lęk przed ewentualnymi zmianami, ale to wymaga procesu. Czyli moje ciało musi zatańczyć jeszcze nieraz;)  

 

środa, 12 stycznia 2011

O niczym ważnym, czyli pisanina między jedną robótką a drugą pracą u podstaw. Właściwie nic na działkach się nie dzieje, trochę popada, za chwilę wychodzi słońce, które przez zachlapane deszczem okno podpatruje moje biurko i oślepia mnie. Powiedziałam sobie w poniedziałek: w tym tygodniu nic nie muszę i nic nie powinnam, mogę co najwyżej chcieć.

To teraz właśnie chcę napisać, że fajnie jest nic nie musieć, nawet kiedy się powinno, ale jeszcze nie jest najwyższy czas, być może dopiero przyjdzie i wtedy będę w przymusie. I z "nie musieć" zrobi się "trzeba". To taki żart:) bo mam dobry humor - zapisałam się do kosmetyczki i na dwa eksperymentalne dla mnie masaże.  Mau-ri, na który dawno się wybierałam, ale oskrzela powiedziały stop. W ogóle wezmę sobie serię. Drugi dostałam w prezencie - to masaż stemplami, albo kamieniami. Zobaczymy. No i umówiłam się z krawcową.

Starszy Kocurkowaty zaprasza mnie do teatru Żebrowskiego, ale widać wystraszyłam biedaka czerwoną bluzką, którą miałam na sobie w jedno ze świąt. Toteż usłyszałam:

- Mamo, nie wiem jak ci to powiedzieć... ale w Warszawie do teatrów chodzi się w czerni bądź w szarościach:)) Oczywiście przesadza jak zawsze, poprzednimi razy w żadnym warszawskim teatrze takiego wrażenia nie odniosłam, ale...

 

Prowincjonalna mamuśka go jeszcze zadziwi - krawcowa, ciemnoszara dzianina, kiecka, długość do kolan, rękawy 3/4, wykończenia - jasnoszare, z połyskiem, mała szara, duży dekolt. Jakieś ozdoby. Bucik na wysokim obcasie, torebeczka.

Bo przecież syneczków trzeba słuchać, no nie?   

  

Bardzo lubię ten kawałek, wolę wersję z Okupnik, ale nie znalazłam w dobrej jakości, a wkleić musiałam;)

 

sobota, 08 stycznia 2011

Życie zawsze ma jakąś fabułę. Film leci. A my? Wyłączamy się, wycofujemy, opłakujemy, przysypiamy, myślimy o czymś innym, czy o kimś, wiersze piszemy, przechodzimy żałobę i wtedy na ten czas dla nas nie gra nic…. Wkurzamy się, klepiemy głupoty, ktoś nas odrzuca, to my też. Czasem kogoś innego. Dla przeciwwagi. Ale ten film leci nadal. Od czasu do czasu na niego zerkamy. A co z dzieła naszego pozostanie w pamięci? Kupa różnych, nie związanych ze sobą scen.

 

Gdybym jakiś czas temu miała snuć opowieść o swoim życiu pewien fragment byłby głównym. A może nawet, gdybym się postarała, dałby fabułę na kilka tomów. Tak był naładowany emocją. W ogóle wspaniale jest mieć zdolność do odczuwania emocji. To podstawa. Życie nie może się składać wyłącznie z substancji o temperaturze letniej. A dzisiaj? Dzisiaj ów fragment stał się wątkiem zaledwie pobocznym. Zniknęło zaciekawienie, pofrunęły woale, przyszło demonstracyjne odrzucenie. Taki wątek. Za jakiś czas stanie się epizodem, a może nawet i nie, chyba, że losy skrzyżują się ponownie. Jest jednak pewien warunek. Że z losem nie jest tak jak z prostą drogą, która nigdy z drugą prostą nie krzyżuje się ponownie.

Ale nie wiem tego na pewno;)

czwartek, 06 stycznia 2011

Na 2011 rok mam wiele planów. Przy czym, w moim życiu plany nigdy nie były w sztywnych ramkach. I bardzo rzadko się zrealizowały. Jestem chwiejna, ale i pewna siebie. Niezdecydowana, przy czym także zdeterminowana by działać. Uporządkowana i bałaganiara. Naraz. Wracając do planów - najpierw ma to być balustrada na schodach do biura wybudowanych w poprzednim roku. Czy ma być kuta w żeliwie (opatrzyły mi się), a może z błyszczacej stali kwasoodpornej (e, nie pasuje), prosta, malowana proszkowo... Hmmm. Niestety. Na razie nie wiem. I bardzo dobrze, bo gdybym wszystko wiedziała, nie osiągnęłabym największej życiowej przyjemności jaką jest niewątpliwie zastanawianie się.

Potem w części dobudowanej ( szumnie zwanej skrzydłem północnym:)) trzeba położyć tynki, wygipsować ściany i połozyć coś na podłogę. E tam, dam radę, ale wolę nie robić kosztorysu! W końcu okleić dom styropianem i otynkować - bagatelka. No i znowu balustrady na tarasie i balkonie w tamtym skrzydle. Szczerze - gdy o tym myślę, ogarnia mnie dreszcz o sile..., e, nie będę pisać o jakiej, bo wyjdę na erotycznie niespokojną;). Czas mi chyba znowu zasuwać do mojego ulubionego Psychoterapeuty, żeby mnie podładował. Tylko, że poprzednio nakierował mnie wyłącznie na budowanie chaty, a wszystko inne na rok rzuciłam w kąt. I straciłam przyjemność z odgrywania na raz wielu bardzo przyjemnych, bo hobbystycznych ról. A ludzie zawsze w coś grają, bo (tak jak i ja) muszą. 

Swoją drogą (cóż za niekonsekwencja!), już myślę na co wydam pieniądze potem (a może będzie to przedtem?), wpadł mi w oko taki wielki rattanowy fotel - bo do wiosny będę tzw. życiem tak zmęczona, że marzeniem będzie usiąść na wybudowanym przez siebie tarasie ze szklanką zimnego piwa. I oprzeć na czymś zmęczoną głowę, a u mnie wszystkie ogrodowe meble nie mają podgłówków:(.

 

I tak dobrnęliśmy do wiosny. Super! Kwiatki zakwitną, najpierw krokusy i przebiśniegi, potem tulipany i rododendrony, w maju bzy. I maciejka. Oh, chyba muszę się przeciągnąć. Pięknie jest...

Plany, plany... Już przeczuwam, już wiem, że na pewno niebiosa czytają ten wpis (muszę zajrzeć do statystyk) i zacierają ręce! A niech tam zacierają, mam wyjście awaryjne - rzucić to wszystko, dobrze sprzedać, zamieszkać w czymś małym i ..., ale o tym sza! 

Że sarkastycznie brzmi ta notka? Sarkazm ponoć cechuje pokonanych! Przy czym, znowu. Jestem pokonana, ale bardzo często zwyciężam;)))! 

Realnych planów pięcioletnich życzę! Żeby żyło się dostatniej! A jeśli nie to chociaż śmieszniej:))