O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
niedziela, 22 lutego 2009

Jest sobie pewien niewielki ogród, teraz tonie w śniegu, to prawda. I wcale o ten śnieg nie mam do nikogo pretensji, pięknie dzisiaj było, ślicznie, przez chwilę nawet zapragnęłam wynieść laptopa, owinąć się kocem i popracować na świeżym powietrzu. Ale w sumie pobiegałam po bielutkiej pierzynce, pobawiłam się z psem, lepiłam kulki i podrzucałam do góry. Spadały rozsypując się, a ja, jak małe dziecko, wbiegałam pod te wielkie śnieżne płaty nie dbając, że mam mokre włosy i rękawiczki. Pies próbował mnie naśladować, ale nie przeszkadzał.

Urocza samotność. Człowiekowi potrzeba pobyć sam na sam z sobą.

Za chwilę śnieg prawdopodobnie stopnieje, może nawet w nadchodzącym tygodniu i z mety powieje wiosną. Już nieraz się przekonałam, że to mgnienie, moment, jak się go przegapi to natury w postaci kwiatów, buchających pączków na drzewach i kiełkujących roślin w ziemi nie da się poskromić. A u mnie winogrona trzeba przyciąć, może w tym roku zaowocują, sosny uformować, bo wyrywają w górę, zabierając "niebo" obok letniego salonu na świeżym powietrzu. Czterdziestoletnie jabłonie, bo zdziczały i dały w ubiegłym roku z tonę cherlawych jabłek. Ileż razy można jeść konfitury z jabłek, ryż z jabłkami i szarlotkę?!

Kilka lat temu posadziłam ( w ramach tworzenia intymności ) naście krzaków przy płocie, od strony sąsiadki ciekawej świata:), a teraz trzeba je będzie albo przesadzić, albo wyciąć, bo porosła gęstwina nie do ogarnięcia. Śliczna kalina została opleciona rdestem,  choinka wchodzi na druty elektryczne, a wierzba japońska nie mieści się w wyznaczonej dla niej przestrzeni. Z kolei, pod sosnami zrobiło się miejsce na rododendrony. Mam kilka od dwóch lat, ale jeszcze jest kawałek pustego placu, pasowałyby tam takie o ciemnofioletowych i czerwonych kwiatach.   

Oczywiście sama tego wszystkiego nie będę robić, spróbuję zmotywować Obecnego, ale ilekroć mam taki plan, zawsze przypomina mi się takie oto spostrzeżenie pewnego mojego Znajomego:

- Wiesz, poznałem pewną, bardzo interesującą i spontaniczną Panią, nawet byśmy do siebie intelektualnie pasowali, i nie tylko...., ale ona wyraziła wolę, żeby jej ewentualny wybranek wspomagał ją w sferach bytowych, w pracach ogrodowych na przykład... Ma rzeczywiście spory ogródek, ale na razie jedynie trawą obsiany. To jej powiedziałem - ależ Ty nie szukasz żadnego Partnera, Ty poszukujesz Ogrodnika...! Po prostu.

:)

I tym optymistycznym akcentem, a może nawet definicją partnerstwa:), kończę ten wpis, życząc miłego, nowego Tygodnia:)).  

   

20:31, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
niedziela, 15 lutego 2009

Z okna pokoju, w którym pracuję, znakomicie widać drogę kolejową Warszawa - Berlin. Poza tym, z góry:).To główna przelotówka kolejowa przez Europę, każdy to wie, a jednocześnie takie moje " Okno na Świat", bo bardzo fascynuje mnie podróż dobrym, czystym pociągiem. 

Urzędując przez długich sześć dni w tygodniu, lubię czasem zapytać samą siebie:

- a Warszawa - Berlin poszedł już?:)

To zabawne, ale czasem czuję się jak Zawiadowca Ruchu albo Dróżniczka, no, to może są zbyt szumne określenia, bo jednak tymi pociągami nie zarządzam, ale coś w tym jest.

Tymczasem "Warszawa - Berlin" idzie dwukrotnie ( i dwukrotnie wraca), około 10.00 rano i potem bliżej 14.00;))), co ciekawe zawsze w tych godzinach jakoś tak mój wzrok intuicyjnie przenosi się za okno, że te składy, w miarę ładnych wagonów, mi nie umykają:). Myślę sobie wówczas, muszę znaleźć powód, żeby pojechać do Berlina - zakupy, albo "tak tylko", w ub. roku koncert... Buena Vista Social Club:).  

Zawsze lubiłam wyobrażać sobie podróż, co było ułatwione, bo mieszkałam ( a potem także pracowałam ) bardzo blisko A2. Ten szum samochodów ( kiedyś mniejszy niż obecnie) zawsze pobudzał moją wyobraźnię.

W moim przypadku to jest nie tylko chęć przeniesienia się w inne miejsce, to coś znacznie więcej. Bo "być w drodze" - to dla mnie stan, który pozwala się "czegoś" od życia spodziewać. Ekscytująca jest taka świadomość, że może czeka mnie coś ciekawego. Ta niewiadoma, niepewność, która niesie pewien niepokój, ale również ciekawi.

W każdym razie, u mnie, oprócz niepokoju, występuje bardzo wielka ciekawość. Nie wiem czego się mogę spodziewać, to jasne, ale wystarcza mi, że mam nadzieję. Bo dla mnie nie ma nic gorszego niż życiowa stagnacja, marazam i nie chodzi tutaj o przygody, czy "zaliczanie" wydarzeń. Konsumowanie ich jedynie. Najciekawsze dla mnie niewątpliwie jest "chłonięcie Świata" i wybieranie z niego perełek. Dla siebie, egoistycznie, bez oglądania się na boki. Bo to są takie dobra nie do wyegzekwowania przez komornika:). Znakomite na kryzys ekonomiczny:), bo płynąca stamtąd mądrość buduje intelekt, wartość stojącą najwyżej, ponad wiekiem, urodą, a także ( a może przede wszystkim) bogactwem.

Jan Nowicki ( dla mnie Ktoś, Mistrz, a nie jedynie aktor) powiedział kiedyś:

- Starym być to nie znaczy" mieć autorytet", a młodym być, nie znaczy " mieć wszystko przed sobą".

Piękne słowa, prawda?:)

Zadzwoniłam dzisiaj do koleżanki ( sangwiniczka jak ja, chętna do wzięcia udziału w pomyśle ad hoc ) :

- Wiesz... a "Warszawa - Berlin" raczej nigdy nie ma opóźnień:D... To może....

- Dobra, w kwietniu - usłyszałam - To ja poszukam noclegu. Autem?

- Pociągiem wygodniej. Kupię bilety i poszperam w wydarzeniach kulturalnych w necie.   

Dostajesz tylko to, o co chcesz powalczyć - to są bardzo mądre słowa:)...

 

Poniżej "trochę" Berlina ( obiecuję, że następnym razem będzie więcej:))

13:19, kocurkowata
Link Komentarze (14) »
piątek, 13 lutego 2009

Byłam dzisiaj w Krawca. Znamy się dopiero od półrocza, ale od pierwszej chwili pozostaję pod wrażeniem Jego mistrzostwa. Zapewniam. Na dziele Jego krawieckich rąk nie może być żadnej zmarszczki, przypadkowej, niezamierzonej fałdki, rozporek w odpowiednim miejscu też ma czemuś służyć:), a jakie ważne są wypustki, albo podszewka. A gdzie talię zaplanować? To jest przecież kluczowa sprawa dla wyeksponowania biustu. Guziki, niby szczegół. A one ( w przypadku płaszcza, czasem też kostiumu) powinny być o ton ciemniejsze. Nie każdy to wie. Tajemne reguły i sztuka. A przy tym wielka celebra.

Wiem, że powinnam rezerwować na tę magiczną ceremonię z półtorej godziny, nie może być mowy o jakimkolwiek pospiechu.  

Krawiec, mój Wielki Krawiec. Należy mu się ta wielka litera, naprawdę należy. Krawiec - rzeźbiarz w suknie. Artysta.

W rzeczywistości jest niewysokim, drobnym, starszym mężczyzną w staromodnych okularach. Wita mnie zawsze pocałunkiem w policzek:), chwyta za ręce i cieszy się, oj jak on pięknie się cieszy, gdy mu się awizuję:

- moja Pani Kocurkowata, chce Pani nadal u mnie szyć, cieszę się niezmiernie. Bo ja się zżywam z moimi klientami. O, proszę zobaczyć, ten czerwony płaszcz szyłem klientce osiem lat temu. Tkanina jest znakomita, fason też nie wyszedł z mody, ale podszewka się całkiem wytarła. Teraz będzie znowu jak nowy - powiedział dzisiaj sunąc ręką po grubej, czerwonej tkaninie damskiej dyplomatki, bez żadnego zmechacenia.

Jego pracownia, w głębokiej piwnicy domku jednorodzinnego zarzucona jest skrawkami różnych materii, nici, muster, drewnianych miar i papierowych wzorników kołnierzy. Pełno tam fliseliny i innych usztywniaczy. Stoją dwa manekiny. Mój Mistrz, gdy się poznaliśmy, ostrzegał, że szyje tylko dwie rzeczy naraz. Że nie wolno się spieszyć, bo dzieło musi być wypracowane. Dzisiaj na jednym drewnianym pajacu wisiał czarny płaszcz, jeszcze bez rękawów, z białą fastrygą gdzieniegdze. I męska marynarka z wełny ( ponoć jest taka, która się nie gniecie), piloci samolotów pasażerskich z niej szyją. 

Moje rozmiary to 44 na dole i 46 na górze:), chyba juz kiedyś wspominałam... - właściwie jest gorzej, bo obecnie ( skuteczna dieta ) na dole jest już 42, góra ta sama. Przypuszczam, że prawie każda kobieta wie, że przy takiej niemiarowości, kostium, garsonkę, a nawet płaszcz powinien szyć krawiec. A bardziej Krawiec, nie jakiś papudrak. No tak. Po prostu, w naszych sklepach jest odzież dla właścicielek dokładnie odwrotnych proporcji.

A ja tymczasem w planie mam dwudniową konferencję w stolycy, zawarcie znajomości z teściami nr 2 mojego Kocurkowatego Syneczka nr 1, odwiedziny u jego teściów nr 1;), być może także zawarcie znajomości z teściami nr 1 Syneczka nr 2 Kocurkowatej:). A w takiej sytuacji co robi ( jako pierwsze ) każda szanująca się kobieta? Organizuje sobie odzież ostatniej szansy:) 

Bo przecież nie ma się w co ubrać...

Mój Mistrz dokonał dziś oszacowania wypukłości, wzniosłości i wklęsłości ( kluczowe są te dwie pierwsze moje cechy, niestety) używając wszystkich swoich miar i dłoni:), jak każdy rzeżbiarz. I Twórca. Wziął ołówek, kawałek szarej tektury i malował....  Po czym ponownie nakazał mi się poobracać w kółko. Podrapał się po głowie, wrócił do kartki...

Potem podał ją mi.

Lekki, wiosenny płaszcz z rozchylającymi się połami, paskiem osadzonym wyżej niż moja talia i długimi rewersami z mety przypadł mi do gustu.

Jakżeby mogło być inaczej? Zaproponawał mi go i szyć będzie Mistrz, Krawiec - rzeźbiarz w suknie...

21:36, kocurkowata
Link Komentarze (18) »
środa, 11 lutego 2009

Przy takiej "listopadowej niepogodzie", jak dzisiaj, dobrze jest ubrać ciepłe kapcie, usiąść blisko żródła ciepła i oddać się refleksji. Obieżyświatka swoim postem o starych fotografiach przypomniała mi, że w szafie mojej Mamy leży zapomniany stary, tekturowy kartonik z pożółkłymi zdjęciami. Wysypałam je na swoje wielkie biurko i zanurzyłam ręce w całkiem sporej stercie. Piękne uczucie " grzebania" w przeszłości od razu przywiodło do mnie myśli o potrzebie takich wspomnień, o tworzeniu własnej historii na bazie historii rodzinnej. O potrzebie pielęgnowania znajomości. 

Leży przede mną niewielka fotografia sprzed czterdziestu lat. Jasna, jakby prześwietlona. Jest ogród, siatkowe ogrodzenie wyznacza granice własności. Nie ma tam bardzo bujnej roślinności, widać małe, najwyżej kilkuletnie drzewka owocowe, rosną bez żadnego porządku. Na połowie działki, wyznaczonej przez pobielone krawężniki, na zagonkach rosną warzywa, a na pozostałej części ziemniaki. Może nawet na nich stonka pasożytowała? Kto to wie?

Przy schodach do domu oko cieszy żeliwna pompa do nabierania wody, zaraz za nią, przy wielkim drewnianym stole siedzi kilka osób, uśmiechają  się do siebie, rozmawiają. Po ogrodzie biegają dzieci, w tym ja:) Może zbieramy stonkę ( ale nie tę, amerykańską, była dużo wcześniej), albo polujemy na chrabąszcze? 

To ogród w moim domu rodzinnym, a gośćmi są sąsiedzi i znajomi z okolicy, ze sklepu, z przychodni, z tramwaju... Pielęgnujemy swoją zażyłość w majowym słońcu. Wygrzewamy ją. Pamiętam, że w słotne dni, takie jak dzisiejszy, skupialiśmy się w domu wokół tzw.kozy. Żródła ciepła na niepogodę. 

Dzisiaj, w drodze do pracy, w moim tramwaju było niewiele osób. Dwie Dziewczyny ze słuchawkami w uszach, Pani, rozmawiająca głośno przez telefon komórkowy, Mężczyzna w średnim wieku, piszący nieustająco esemesy, potem wkroczyła Kobieta, którą znam z tego tramwaju od dawna, ktoś do niej telefonował. Głośna aria z Carmen ściągnęła na chwilę w jej stronę kilka spojrzeń. Potem dosiadły dwie dwudziestoparolatki, też od jakiegoś czasu je znam z widzenia. Zupełne przeciwieństwa. Jedna jest "wielobarwnym motylem" jakby przeniesiona z czasów Dzieci Kwiatów, kilka warst kwiaciastych spódnic i chust z koralikami wyróżnia ją z każdego tłumu. Druga zaś, wychudzona, zazwyczaj ubrana w czarny skórzany płaszcz. Zero kreacji. Stoją obok siebie, jadą w to samo miejsce, prawdopodobnie pracują razem, albo uczą się, ale nigdy nic do siebie nie mówią. NIGDY.

Na końcu wsiadł, jak zawsze, Pan po pięćdziesiątce z torbą z laptopem w ręce, słuchawkami w uszach i żółwiem na głowie. Zawsze rozgląda się po tramwaju, przygląda ludziom... On mi się kłania, ale tak jakoś półgębkiem. Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy. 

Oto moi Znajomi z Tramwaju...

Telefon komórkowy, radio w uszach:), komputer to miejsca, przy pomocy których zaspokajamy zapotrzebowanie na niezobowiązujące kontakty towarzyskie. Klikamy, logujemy się, jak nam się zechce to włączymy znajomego, albo wyłączymy, wyślemy short massage, albo skasujemy połączenie. Reżyserujemy swoje życie towarzyskie.

Nadajemy, odbieramy. Odbieramy, nadajemy...

Tak, w skrócie, wygląda ginący świat "Znajomych z Tramwaju". Dawny świat....

Bo teraz każdy ma swoje źródło ciepła, swoje towarzystwo, gdzieś w wirtualnej przestrzeni. Skrzykiwane przy pomocy własnego nadajnika. Zamiast kozy czy pieca kaflowego. Zamiast stołu w promieniach słońca...

A jednak mi żal....

19:12, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
sobota, 07 lutego 2009

Dzisiaj kataloguję swoje fotograficzne zbiory, mam ich całe mnóstwo. Niektóre podwójnie:) Uwielbiam fotografować, zatrzymywać chwilę w kadrze. Ale nie znoszę potem tego porządkować, bo podczas takiego wietrzenia muszę niektórych fotografii się pozbyć. Po prostu. A każdej mi jest żal.

Dzisiaj wklejam ( dzięki Veance - super instruktorce ) mały pokazik. Wielkopolska jest też ładna, kiedyś nie zdawałam sobie sprawy, że i tutaj jest całe mnóstwo fajnych zakątków. No i zamczysk.

Wracając do fotografii, uwielbiam fotografować ludzi. Zaczajam:) się na nich często ( oczywiście nie na swoim terenie :)), jak wyjeżdżam gdzieś dalej. Tak kombinuję, żeby złapać jakiś fajny wyraz twarzy, układ postaci. Nawet mowę ciała. Lubię też robić portrety, to jedno z moich hobby. Wczoraj zapisałam się na tzw weekend fotograficzny. Wprawdzie wyjazd będzie dopiero w marcu, ale już się cieszę. Będzie okazja (:)) do zmiany aparatu fotograficznego na dużo lepszy. Myślę o Soniaczku 700 lustrzance, krążą dobre opinie o tym sprzęcie, w sumie już się zdecydowałam, pozostaje mi tylko uciułać pewną kwotę. Niezbyt małą, ale się zaparłam. A potem aparat będzie już mój. I tylko mój.

 Aha, w ramach porządków mam zamiar zmienić szatę graficzną mojego blogusia malutkiego jeszcze, zarodka bloga właściwie. Powinien wyglądać bardziej profesjonalnie. Tak więc, jeśli wejdziecie na kocurkowatą:) i nie będzie róży (co będzie jeszcze nie wiem) to nadal będzie ta sama zmienna w nastrojach kocurkowata. Bardzo Wam wszystkim życzliwa:)

20:24, kocurkowata
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 lutego 2009

Co ma zrobić biedny człowiek, jeśli ma głupie nawyki, których nie chce w sobie zwalczać? Bo je, na przykład, lubi. Albo nie może się ich pozbyć, ku ubolewaniu wiecznych "wynajdywaczy wad" u innych. W swoim otoczeniu antagonistę, przynajmniej jednego, ma każdy. Dobrze jest, jeśli taki oponent, zacietrzewiony w krytykanctwie, wybąka, albo piśnie, co w nas go wkurza najbardziej. A my będziemy w nastroju do wysłuchania go, a nie w nastroju prowojennym.

Czasem jednak nasze maniery są nie do zniesienia.

Jest wykład, nudny jak flaki z olejem. Facet, który go prowadzi jest jeszcze nudniejszy niż ten wykład. Ma bardzo brzydki nawyk - zwrot " po prostu" służy mu za przecinek, kropkę, myślnik, wykrzyknik, nawet znak zapytania:). Towarzystwo na wykładzie wkurzone, rozdrażnione, tak znudzone, że aż rozbudzone - żeby przetrwać, liczą ( po cichu ) ile razy " po prostu" padło. Powyżej pięćsetnego zrezygnowali. Nikt nie ośmielił się zwrócić mu uwagi, a czekał ich jeszcze cykl jego wykładów.

Moją zmorą ( właściwie tak robi cała moja rodzina ) jest dość częste ( niestety )robienie ustami takiego trochę dłuższego "p":)) Takiego pyknięcia, jakby....:) 

 Żeby przybliżyć, albo zobrazować:

Moi dwaj dorośli synowie i ja siedzimy i oglądamy telewizję. Ta sytuacja może mieć miejsce wyłącznie w Święta Bożego Narodzenia, ale niech tutaj będzie przykładem. W telewizji leci np. rozmowa z jakąś gwiazdeczką od tańca, śpiewu, jazdy na lodzie i gry w serialach - razem wziętych. I ona np. mówi, jak bardzo ciężko musiała pracować, żeby tak daleko dojść;p.

I co my wówczas robimy? Po naszych ustach przetacza się tzw "p" - krótkie i bezdżwięczne. I pojawia się nikły usmieszek na naszych twarzach. Bo nasze "p" jest - zamiast. Bo ono jest - bo po co.  Bo ono jest - nie opłaca się mówić. Bo ono znaczy - szkoda gadać. Coś jak "hmm". Albo "no comment".  

Bardzo śmieszy nas nasza wada:) Tylko nas:)

Dzisiaj spotkałam takiego jednego uporczywego antagonistę. Wszystko u wszystkich widzi i jest bardzo "czepliwy". Faceta, trochę życiowo wypalonego, mało mu się chce, sporo kopci i to pewnie go jeszcze osłabia. Robi bardzo, bardzo często " aaahhhuuu" - jest to tzw ciężki wydech, co znaczy " cholernie ciężkie moje życie jest":).

I on mi mówi:

- "aaahhhuuu" ... tak jakoś zalotnie Pani na mnie spojrzała...

No to ja:

- "p":) I uśmieszek:)

A on na to:

- "aaahhhuuu" - co " p" i "p"?!

Przedrzeźnił mnie!!!!

No to ja:

- "p", że "aaahhhuuu":)  

I się zaczęłam śmiać. Ale nie z niego. Cała ta rozmowa śmieszna, generalnie, była...

A on się obraził...

Świat jest jednak pełen antagonistów!    

20:30, kocurkowata
Link Komentarze (16) »