O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
piątek, 18 lutego 2011

Ktoś mnie kiedyś prosił o więcej zdjęć z Ukrainy. Przejrzałam swoje archiwa i ze zdumieniem odkryłam, że najwięcej dotyczy Ukraińców. Ludzie zawsze mnie inspirowali. Żeby nad nimi się zastanawiać, żeby o nich pisać, rozmawiać, robić zdjęcia. To ostatnie nie jest takie proste, bo trudno jest zrobić dobre niepozowane zdjęcie, w zasadzie trzeba by było jak paparazzi robić je zza tzw. węgła. I korzystając z odpowiedniego obiektywu, a ja wtedy miałam tylko cyfrową Konicę Minoltę.  Szkoda, bo Ukraina to kraj wielu kultur. Popatrzcie sami, a ja tymczasem znikam bo czekam na dwóch klientów, z których jeden ma przyjechać za chwilę, a przypomniałam sobie, że muszę jeszcze napisać dla niego pismo. Dobrze, że mam szablon!:)

Gdyby tak do własnego życia zastosować odpowiedni, zakupiony w Galerii Dobrych Bytów szablon... Hmmm, a być może nawet dałoby się go niektórym nieszczęśnikom pożyczyć... Polak potrafi!;) 

 

 

 

Tagi: ludzie życie
15:50, kocurkowata
Link Komentarze (29) »
środa, 16 lutego 2011

Jak już kiedyś pisałam, środę mam wolną. I piątek też. To znaczy nie mam całkowicie wolnych od prac, ale nie muszę nigdzie jechać. Czasem zdarzy się jakieś SOS, ale rzadko. Czyli mogę zająć się przyjemnościami. Na przykład wiosny w ogrodzie poszukać, zdjęć napstrykać ( to ostatnio robię niezwykle rzadko), zmarnotrawić nieco czasu, mejle zaległe wysłać. I podumać. Dzisiaj od rana myślę o znajomościach. Ale nie o tzw. "znajomościach" tylko o zwyczajnych, takich, że jadę sobie gdzieś, i czasem tam kogoś poznaję. I jest fajnie, powstaje znajomość. Lepsza lub gorsza. Bliska lub z dystansem. Krótsza bądź dłuższa. A czasem nawet trwa bardzo długo i ewoluuje. Powstaje impuls, wzajemna chęć, zapotrzebowanie na bliskie więzi. Ot, widziałyśmy się przez tydzień kilkanaście lat temu, ale pamiętamy o sobie, mejlujemy, mamy tematy do rozmów, ale wcale się nie spotykamy.

Albo inny wariant, przeciwstawny, przez wiele lat chodzę do szkoły, spotykamy się codziennie, jednak niewiele z tego pozostaje i pewnych bardzo dobrych znajomych z kiedyś nie zobaczę już prawdopodobnie nigdy. Ani z nimi nie porozmawiam. I wcale mi nie jest tęskno. 

W ogóle lubię sobie popatrzeć jak życie układa się na siatce składającej się z różnych przypadków i zrządzeń losu. Jak tworzą się pewne cykle, prawidłowości i podobieństwa. Tak jakby istniało owo "zrządzenie losu". Palec Boży. Na przykład, jeśli gdzieś się udaję i spontanicznie nawiązuję fajną relację, to bardzo często jest to osoba spod znaku Wagi. Często też Lwa, lub Byka. Zawodowo otoczona jestem Koziorożcami i Baranami, i jest ok. Ile razy spotykam się z pewną osobą, prawie zawsze świeci słońce. A z inną, pada. Jeśli zadzwoni taki jeden kolega, że się do nas wybiera, wiem, że zaraz zadzwoni drugi ( nie znają się ) z tą samą propozycją. Jeśli wchodzę do pustego sklepu, za chwilę za mną tworzy się bardzo długa kolejka. Gdy na jakimś zebraniu, gdzie zespół ludzi widzi się po raz pierwszy, szukają przewodniczącego i nikt nie chce się za to zabrać, wiem, że mogę usłyszeć nad swoją głową - A MOŻE PANI?

To oczywiście działa w druga stronę, nie jestem ewenementem. Wczoraj zadzwoniłam do dawno niewidzianych tzw "ciotek" - to moje koleżanki ze studiów, siostry. I co słyszę?

- No właśnie! Od tygodnia myślimy, żeby do ciebie zadzwonić. Musimy się spotkać. Ściągnęłyśmy cię myślami!

 

A wiosna maleńka już wykiełkowała, odważyła się, czas i mi się ruszyć i odmłodzić drzewa, zgrabić śmieci po Sylwestrze, po jesieni, po psie... 

17:48, kocurkowata
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 14 lutego 2011

Nieoczekiwanie

 

Umizgi po podłodze

Ciało tu i tam

Niezręcznie

 

Musi wystarczyć jemu i mi

Marzenie o młodości

Ona nas wykpiła

 

Zamykam spojrzenie

Ogień w kominku szepcze historię

Przegadana

 

Moja dusza - o jakże próżna - szuka zapomnienia

Kołyszemy się bez skrępowania, nieszykownie

Nieskromni...

 

Ktoś między palce zaplątał tymianek

Spójrz jakie piękne mam paznokcie

 

( Kocurkowata luty 2011) ;)

 

piątek, 11 lutego 2011

Bez tradycji życie byłoby chwiejne jak skrzypek na dachu - czy dzisiaj słowa Tewje Mleczarza byłyby aktualne?

Pamiętam moich dziadków i ich opowieści o życiu. Może nie podszyte psychologią, bo dzisiaj mamy tę wiedze bardziej zgłębioną, ale ileż inspiracji i drogowskazów z nich wyniosłam! Jeden dziadek swoimi opowieściami o różnych miejscach na świecie (niestety w związku z wojnami) sprawił, że pierwszy kierunek który skończyłam to geografia. Zaś dziadek ze strony ojca (wywodzący się z dużego szlacheckiego rodu) zaszczepił we mnie, że nazwisko zobowiązuje i powinnam szanować normy postępowania. 

Co do usystematyzowanej i skodyfikowanej drogi postępowania, w zasadzie popieram. Zasady muszą być, jest tylko problem czy zawsze i w każdej sytuacji ortodoksyjnie ich się należy trzymać, bez żadnej modyfikacji. Ja ortodoksem nie jestem, aczkolwiek ogólnie zarysowane zasady posiadam. 

Treści wielu z tych rozmów już nie pamiętam, ale ich klimat  w mej pamięci pozostał. Dla mnie niezwykłe też były opowieści o świętach, o tradycjach z nimi związanymi. O ludowych zwyczajach, o zabawach, rozrywkach. Czy dzisiaj przekazuję coś z tego dalej? Trudne pytanie, bo i rozmów długich już nie ma, czasu i czasem nastroju. Na pewno trzymam rękę na pulsie:)

A tak w ogóle, skończyłam właśnie swoje prace u podstaw, czyli zarobkowe, odkładam na półkę do poniedziałku, przestawiam się na tryb swobodny. I myślę, co by tu pożytecznego zrobić, żeby zasłużyć w swoim mniemaniu na rozrywkę, którą mam w planach na ten weekend.

Ech, pójdę chyba psa pogłaskać, bo tak smętnie patrzy..., ciekawe dlaczego? A może jest więźniem własnej, zbyt skodyfikowanej drogi postępowania...? Kto to wie...      

poniedziałek, 07 lutego 2011

Niestety, czasem muszę jechać pociągiem, na przykład do Warszawy, albo do Berlina. I to nie jest takie złe, a nawet bym powiedziała, że wolę pociągiem. Czasem też jeżdżę autobusem... i tutaj bywa gorzej, bo nieraz sceny w autobusie wyglądają tak: :-)

 

Potwierdzam, są to scenki jak najbardziej z życia w publicznej komunikacji. Najbardziej boję się pijaków, może nie boję, ale omijam, bo nie wiem czego się mogę spodziewać. Czy nadmiernej wylewności, a może agresji, bądź dotyku. Brrr. Okropność, zwłaszcza w tłoku.

Tak mi jakoś zeszło na alkohol. Od rana. Bo jest wiele osób od niego uzależnionych, sama znam kilka pijących do lustra kobiet, bo życie im nie wyszło i on poszedł. Zwiał raczej, oddał się w lepsze ręce, bo miał dość, cholernie dość. Taka biedna jestem. To po co się leczyć? Oddać największą życiową przyjemność. Tylko to mi zostało - ile razy słyszałam takie słowa! 

Pamiętam, jak jeszcze paliłam papierosy, w kuluarach wszelkich narad, przy popielniczce zbierało się najciekawesze towarzystwo. A alkohol, który pobudza na początku komórki myślowe, znosi stres... Sama przyjemność. Piszę to oczywiście z przekąsem, choć całkowitą abstynentką nie jestem. Jednak zawsze włącza mi się wewnętrzny controlling. Dotąd i koniec. Bo potem seks jest nieciekawy;))) I poranek.

Ale przy okazji mojego myślenia o problemach osób pijących narzuca mi się z mety temat uzależnienia od alkoholika, bądź alkoholiczki. To drugie pewnie bywa rzadsze, bo jednak mężczyźni nie mają aż takiego zapotrzebowania na opiekowanie się, zwłaszcza pijanym w sztok kobietonem. Trzeźwych pełno przecież po świecie gania! Kobiety mają zapotrzebowanie na opiekowanie się i cierpią wraz ze swoim męskim łiskaczkiem, wiśnióweczką, czyścioszką:)Śmierduszkiem:)

Mieszkając w Szczecinie, miałam klienta, załóżmy, że na "B" się nazywał, zresztą wspaniałego rozmówcę, pełnego uroku, intelektualnie bardzo interesującego. Biznesy mu szły znakomicie, naprawdę dawał sobie znakomicie radę. Znałam go tylko z tej strony. Pewnego wieczora w moim domu zadzwonił telefon:

- Ratuj mnie kochana Kocurkowata bo się zaraz zabiję!

Moje serce stanęło dęba i chciało wyskoczyć nosem, próbowałam z nim rozmawiać, żeby się tylko nie zabijał, to nic, że był pijany, to człowiek przecież, fajny, lubiany, z jakichś powodów słaby. Tak myślałam. Nie myślałam, że uzależniony, chory. O nie. Że biedny - myślałam. Tymczasem O. został oddelegowany do Gryfina. A syn w międzyczasie sprawdzał, gdzie jest odtruwanie i za ile. Od tego czasu zaczęłam o "B" częściej niż poprzednio myśleć, raczej w kategoriach " taki porządny i wrażliwy człowiek, trzeba mu pomóc". Z żoną rozmawialiśmy nawet, ale ona tylko machała ręką i dementowała moją o nim wiedzę.

Sytuacja powtarzała się kilkakrotnie, raz nawet sama z synem jechałam go ratować. Makabra! I dzisiaj myślę, że gdyby nie moja wyprowadzka ze Szczecina, byłabym od tego faceta uzależniona, chociaż nie był dla mnie ani bratem, czy tylko swatem.

To on wiedział do kogo zadzwonić! Niestety.    

niedziela, 06 lutego 2011

Kiedyś prosiła mnie Obiezy_swiatka, żebym wkleiła trochę zdjęć z Ukrainy. Poza tym zainspirowała mnie Polka_w_podrozy, która teraz publikuje reportaż ze swojej podróży po tamtych ścieżkach. A w ogóle to chętnie bym tam jeszcze raz wróciła.

Byłam dawno temu, chyba w 2006, a może nawet i w 2005, podróżowałam autokarem, w którym już zaraz za polską granicą odpadła klimatyzacja ( drogi, te drogi! ), widziałam niejedno serce kraju. Z niejednym człowiekiem zamieniłam kilka zdań. Generalnie to dość przaśny wypad był, trochę jak powrót w nasze lata siedemdziesiąte. Było też alkoholowo, bo grupa składała się z fotografików i malarzy:) Znaczy artystów.   

Zwiedziliśmy sporo, bo aż po Odessę, Krym, Bakczysaraj, ale dla mnie najbardziej wzruszający był Kamieniec Podolski, gdzie poczułam się bardziej Polką niż w Szczecinie. Te twierdze wyjęte z Sienkiewicza, te kościółki nastrojowe, ludzie przyjaźni - super!  

Dlaczego jeszcze Kamieniec Podolski? Bo spotykaliśmy zwyczajnych, biednych, niczym nie zmanierowanych ludzi: 

 

Bo budynki i budowle były zróżnicowane:

 

A nawet i dlatego, że podstawowe urządzenia do higieny niezbyt przypominały nasze i wymagały dużej wyobraźni.

 

 

piątek, 04 lutego 2011