O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
niedziela, 09 listopada 2008

 

 

Moja sanatoryjna historia pozostała  na kilka miesięcy niedokończona. 

To znaczy, nie całkiem, jedynie tutaj, w blogu, bo tam wypadki toczyły się swoim tempem.

Na molo spotkałyśmy naszych kolegów ze stolika, jeden z nich to Kurdupel , drugi Wielki Kark. Jako jedyni, z naszego turnusu, mieli jakieś błyski w oczach. To znaczy ogólnie mieli, ale nie na nasz widok. Niestety. Przyznali się jednak do znajomości.  Zaczęli opowiadać,  po co rzeczywiście do tego sanatorium przyjechali. Duma ze zdolności do podbojów rozdymała im nozdrza. Zaplanowane, kompulsywne i zmasowane działania to mało.  Mogło im się udać, bo młodych kobiet było rzeczywiście sporo- był koniec sierpnia, a samotnych facetów na chodzie jakby dużo mniej.     

Miecia mieniła się na twarzy bezpośredniością Kurdupla i Wielkiego Karka, w namiocie tymczasem zaczęli grać. Kark i Kurdupel, urwali w pół zdania i jak rażeni prądem dopadli dwóch samotnych blondyn w plastikowych butach ze szpicami. Piszę, że w plastikowych, bo widziałam je dzień wcześniej w wielkim namiocie, gdzie sprzedawali wszystko za 5 zł.

Siadłyśmy przy stoliku blisko wyjścia, zamówiłyśmy piwo. Ja duże, Miecia nie, mówiła, że małe to za dużo.  I za chwilę przyjechał na nartach ( czyli przyszedł suwając nogami ) facet, którego widywałyśmy z jakąś żoną, a może nawet ze swoją, nie wiedziałyśmy kim dla niego była ta kobieta.  Teraz jednak był sam.  I nadal miał z siedemdziesiąt lat.

-    Nowe tu jesteście, przedwczoraj przyjechałyście, pani Wiesiu, dla mnie też duże piwo, to co zwykle – zawołał do kelnerki.

-  To co, potańczymy dziewczyny? – narciarz powstał na swoje sztywne nogi.

O Angelino, pozostań mą jedyną ….” – brzmiało na całą okolicę.  Kurdupel i Wielki Kark śpiewali i bezczelnie obłapiali Blondyny ze Szpicami. One śmiały się piskliwie.  Gorzej , wydzierały dziuby na całą okolicę. Nie miały nic przeciw tej bliskości, może miały rację... A może nie.

Z trudem wyekspediowałam Miecię na parkiet. Obiecałam, że dojdę. Ale, albo mi tam nic nie odpowiadało, albo za mało piwa wypiłam… Dość, że niezbyt się bawiłam, siedziałam skubiąc jakąś wystającą nitkę z mojej małej, złotej torebeczki. Złotymi  sandałkami wystukiwałam niemrawo rytm. Popijałam piwo. Prawdopodobnie widząc moje osamotnienie i brak wzięcia, jednak koleżeński Wielki Kark, kiwał do mnie i zapraszał  na parkiet. Tym bardziej, że obecnie wszyscy tańczyli w kółeczku. 

„ Baju – baj, baju baj, proszę pana , ja nie jestem taka pierwsza lepsza Anna… „  

  

A potem… potem, przez pozostałe dwa tygodnie biegałam, pływałam, jeździłam na rowerze, odnawiałam się, wydawałam polecenia przez telefon…, pisałam maile, odpisywałam na maile.

Na dyskotekę już nie poszłam, może sporo straciłam? Nie wiem... W każdym razie, zajęć miałam całkiem sporo.  

Bo dyrektor nawet w sanatorium nie ma spokoju….

 

Tagi: wakacje
12:32, kocurkowata
Link Dodaj komentarz »