O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
niedziela, 29 listopada 2009

Kiedy mi jest bardzo źle, a w listopadzie to normalka, idę w muzykę. Głośną, pompatyczną, często chóralną, symfoniczną, w dobrym i bardzo dobrym wykonaniu, klasykę. Ale i country, na przykład. Albo w piosenki z dobrymi tekstami. Ballady. Dzisiaj smutek miotał mną od rana, O. nie chciał ze mną jechać na basen, samej mi się nie chciało, bo od czego jest O., nastroju nie poprawiłam sobie jedzeniem ( zbyt czesto tak robię) bo lodówkę ( strefę mrożenia szczególnie ) postanowiłam odlodzić. Niby powinna rozmrażać się sama, ale z jakichś powodów na półkach w zamrażalniku non stop tworzą się olbrzymie lodowce. Może dlatego, że pusty? Nie ważne! Nie jestem glacjologiem, to i nie badam genezy, ale klamot nowy nie jest, byle do świąt ... :) 

Tak więc, pozostała muzyka. Bolero na dobry tydzień! Tak! Oczywiście, może być!  Super! Szukałam dobrej wersji, ale najlepsza jaką znalazłam i która mi się spodobała ( słuchając wielu trzeba wytężać słuch ) pochodzi spod batuty Daniela Barenboima z koncertu w Berlinie. - Jest Pan pierwszym Izraelczykiem bez karabinu, jakiego widzę - powiedział do niego kiedyś mały chłopiec. Bo ten argentyńsko-izraelski Maesto ma bardzo na pieńku ze swoją drugą ojczyzną, z uwagi na pogląd na kwestię palestyńską, rzecz jasna.

 

 

 

21:20, kocurkowata
Link Komentarze (12) »
środa, 25 listopada 2009

W firmie jeszcze obecnej, ale prawie byłej mam uzgodnienia. Poukładałam się tak: do końca grudnia będę na wynagrodzeniu, od stycznia w mniejszym zdecydowanie wymiarze czasu, i niestety kasy, na rachunku. Poza tym ściągnę pewne walory:) z klientów (na razie trzech) też. Strategicznych trzech, bo płotek nie liczę. Nowych płotek i strategicznych będę szukać bo ... z kilku płotek sklei się twór równie strategiczny, co wielki, to nie pogardzam. Zresztą, pogarda jest obcym mi  uczuciem.

No!

W ogóle to nieco się "obrobiłam", tym samym czas wygospodarowałam wolny, w pędzie tworzę jakieś podwaliny, zaledwie "jakieś", chce mi się, pomimo, że w międzyokresie kilka razy dałam ( taka stara, a nadal głupia ) sobie zrobić finansowe ( i nie tylko ) "kuku". I powód do rozterek. Jestem bogatsza o doświadczenia, zaś biedniejsza o kasę ( to nie jest jeszcze przesądzone), jednak - ( uwaga! sarkazm! - na całe szczęście - poszła w dobre ręce, bo rodzinne;) Ten świat jest tak jakoś skonstruowany, że biegają sobie po nim wyzyskiwacze ( zwykle mają dużo czasu na obmyśliwanie strategii łupienia ) i wycyckani ( bez czasu na cokolwiek, a więc bez planu przeciwdziałania, to i bez pieniędzy). Wykorzystani, jak ja. Ale, tam... Już szukam dobra w tej całej gmatwaninie.

Mam nastrój. Piszę tak, bo wyraziste uczucia zdarzają mi się nieczęsto. Zwykle jestem oazą spokoju na tym "dziwnym miejscami świecie". Teraz są emocje, aż furczą, szukają ujścia, we mnie są one, niestety, czy stety, sama nie wiem, to zabieram się wreszcie za porzucony literacki "namber łan of Kocurkowata" - czeka "totuś" sobie już rok do kolejnego przeczytania, przypuszczam, że odleżyn dostał, wymaga ponownej redakcji ( do licha! która to już będzie?!) naniesienia poprawek, i sio! Do przyszłych synowych! Kto mojego dzieła już nie czytał? I któż go nie chwalił?! Niedostyt - to uczucie najlepiej mnie definiuje. Ciągle nie jestem doskonała! Ale, tam... Liczę, że się dziewczyny sprawdzą i solidnie przyszłą teściową skry-ty-ku-ją.

"Namber tuu" - będę też kończyć, bo nareszcie mam wenę. Rasową i mocno w mych bebechach umiejscowioną. Nastrój odpowiedni. Emocje. I to jakie?! 80 stroniczek to już jest naprawdę niewiele. Czuję, lepiej - wiem, że nie spieprzę tego materiału!

"Namber tri" - powstanie z ongiś "nambera łan" - obecnie nie klasyfikowanego bo zarzuconego całkiem, ale nadal w moim kompie:), a nie w koszu ... Ponieważ wiele fragmentów jest tam dobrych, a nawet bardzo dobrych - metodą wklej i poszerz - powstanie zręb "nambera tri", czyli świat magiczny moich kochanych bohaterów, który to będzie kontynuacją "nambera obecnego łan".

Tak w zarysie wygląda mój plan literacki na przyszły rok.

Czyli, jak dobrze pójdzie - sławna będę na początku 2011! Fajna data - 2011! Jak dożyję i jeśli wyzyskiwacze mnie nie złupią do końca, bo kto poniesie koszty promocji?! Wydawnictwa istniejące czy trwające jakoś jeszcze?! Wątpię. Jestem nikim! Zupełnie nikim! Nie mam warszawskiego, medialnego pochodzenia, spektakularnych osiągnięć, ani nawet wąsów, czy warkocza...:) NIC nie mam - z tych rzeczy, oczywiście...;))

No!

21:00, kocurkowata
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 listopada 2009

Dzień biegnie za dniem, daty, daty ... Kalendarze. Ucieka to wszystko za szybko i z podobną gamą wydarzeń, masakra, staram się, żeby nie, żeby wolniej, ale jednak. Wiadomo, że czasem chcemy, żeby dzień przeleciał, tydzień pracowity się skończył, weekend przyszedł wreszcie, miesiąc osiągnął końcową datę, matki boskiej pieniężnej przyszło, a potem kolejny i kolejna... byle do świąt, byle do wiosny... I tak to leci. I tak to gna.

Wszystko byłoby dobrze jednak, mogłoby gnać, gdyby nie śmiertelność.

Nie o tym miałam pisać, wywołana przez Babę1955, co by o poznańskich potrawach popisać ( też miała kogo przy tablicy ustawić, nie mogła Ziemianinawkuchni? ) staram się sprostać. Nie jest mi łatwo, bo poznańskość mam zaburzoną, wiadomo, przemieszczałam się często i na długie okresy, inne zwyczaje wchłaniałam, obcych potraw próbowałam, ponadto nie znoszę ziemniaków z sosem! A to jest podstawa wielkopolskiej kuchni. Przypomina mi się z dzieciństwa obrazek, jak siedząc przy kuchennym stole gniotłam widelcem te pyry i mieszałam z zawiesistym mięsnym sosem. Jakbyśmy nie mieli zębów. Prawie słyszę mlaskanie. Albo sławetna sałatka ziemniaczana zatopiona w majonezie. Brrrr. Dzisiaj nie mam ochoty na tamte przysmaki. Z podobnych powodów ( w moim domu rodzinnym było to postne jedzenie prawie w każdy piątek ) nie jem śledzia pływającego w cebulowej śmietanie na słodko. Oczywiście z ziemniakami. Sorry, z pyrami. Nie lubię też tzw galartu - czyli zimnych nóżek, który tworzyły głównie jakieś chrząstki, świńskie błony i żelatyna. Ale - uwaga! Tym razem bez ziemniaków. Nie wiem ( chyba na szczęście ) co to są "ślepe ryby" i "szare kluchy". Moja mama, jak chorowała, twierdziła, że tylko polewka może ją uleczyć. I ciągle ją sobie gotowała. Nie wiem dokładnie z czego toto - z maślanki, mąki ziemniaczanej, z czego poza tym ... nie wiem. Mało wartościowa była, jak dla mnie.

Ale uwielbiam "plyndze" czyli placki ziemniaczane, ponoć wielkopolskie jedzenie, "pyrki" zwłaszcza młode i w mundurkach z "gzikiem" też są świetne, zwłaszcza, gdy dodamy sporo młodego szczypioru i cebulki. Do tego konieczne jest zsiadłe mleko. Albo maślanka.

Nietypowa ze mnie poznanianka:) Toteż kończę, bo jeszcze mi ktoś powie:

- Ady idź już Kocurkowata w pyry, łynty giglać

19:44, kocurkowata
Link Komentarze (12) »
środa, 11 listopada 2009

Przesyłki konduktorskie to świetna sprawa, jeśli ma się do przekazania małe "conieco" szybciej niż pocztą, a nawet niż kurierem. Kiedy to ma znaczenie? Ano, zwłaszcza wtedy, gdy "conieco" jest słodkie, chrupiące i bardzo świeże. Skąd wiem? Bo dzisiaj o 12.30 przekazałam konduktorowi IC relacji Wrocław - Warszawa Wschodnia, dla dwóch poznaniaków de domo 22 sztuki ( słownie: dwadzieścia dwie ) rogali marcińskich. Dla nich i dla ich przyjaciół de domo innego umiejscowienia.

Ab imo pectore. 

- Tak się pani przyglądam i zastanawiam jednocześnie. Mogę zapytać? Czy pani też czeka na pociąg do Warszawy? 

- Też. Może orientuje się pan, w którym wagonie przyjmują przesyłki konduktorskie? Bo jakoś nie dosłyszałam...

- Nie mówili, ale to krótki pociąg. Co ja widzę? Słodka paczka, ubaw po pachy! Też mam to samo do nadania, ale chyba mniej! 

- Pan też!? Rzeczywiście zabawnie wyglądamy. Ja mam 22.

- U mnie 18. Ale historia, tamta pani też z tym samym... i ten pan w siwym płaszczu. Jaja jak berety. A berety jak parasole! Tamta para przy zejściu też trzyma podobny pakunek! I jeszcze ci co wychodzą z tunelu! Ale numer! To poznaniacy zaleją rogalami stolycę! Ślinka im pocieknie aż do pasa, niech się uczą od poznaniaków! 

- A mówią, że my tylko pyrki z gzikiem wsuwamy!

- I leberę!

 

 

 

  

  

 

 

 

Jak się dzisiaj bawi Poznań? Ano tak, jak powyżej!

 

Bene sapiat! 

 

20:00, kocurkowata
Link Komentarze (26) »
środa, 04 listopada 2009

A u mnie życie toczy się dalej. Listopadowo. Zamyśliłam się, zakontemplowałam, poddałam refleksji, czas ku temu był, to na pewno. Powiem, że w takie stany bardzo łatwo wejść i jeszcze łatwiej w nich pozostać. A mnie ścigają jednak terminy i wewnętrzny nakaz sprzed prawie miesiąca.

Pomyślałam, że powinnam mieć na "wyposażeniu" kogoś, kto by mnie dopingował do, w końcu zaplanowanych, czynów. Kto by mi mówił, że dziś, jutro powinnam znaleźć wreszcie (!) elektryka, który by zmienił instalację elektryczną w starej części domu. Zwoje zmurszałych i łamiących się ze starości kabli w ścianie stwarzają niebezpieczeństwo. I blokują wszystko.

Powinnam też wyposażyć siebie w tego "kogoś", żeby mnie pilnował, bo po elektryku trzeba będzie w końcu ( czas leci!) postawić ściankę w jednym ze starych pokoi, w wyniku czego stworzę nareszcie korytarz, który będzie wiódł do mojego biura. Uzyskam intymność i wyraźny rozdział funkcji domu. Nieadministracyjny podział na lokale. Brak tej ściany blokuje wszystko.

Potem ten "ktoś" musiałby mnie dopilnować, i jednocześnie dopingować, żebym sprowadziła fachowca, który w dwóch starych pokojach i w starym korytarzu zrobiłby tynki. Co dałoby możliwość niejako dopieszczenia wnętrza - można byłoby jedną półściankę obkleić kamieniem, nałożyć farbę, przeglądałam już katalogi - kolory są piękne. Pastelowy jaśmin, rozbielona fuksja, kremowa lawenda. Sama nie wiem na który się zdecydować! Ale brak tynków blokuje wszystko.

Wreszcie na koniec, musiałabym nie zapomnieć ( też dzięki dopilnowaniu i dopingowaniu ) o sprowadzeniu parkieciarza, żeby zrobił porządek z podłogą w moim pokoju. Patrzę właśnie na odpadające, zsiniałe i gdzieniegdzie spróchniałe deski, odpadające listwy... i na ściany z brudną "prawiewszędzie" odpadającą tapetą. Nie chcę tapety, farbę wolę. Pokój jest pusty, stoi tylko moje biurko i fotel, lampka daje jedynie miejscowe światło, a mimo to na wierzch wylazły wszystkie mankamenty. Dlaczego? Bo człowiek ( brzmi dumnie ) spontaniczny, nie wyposażony w tego "kogoś" do przypominania jego własnych planów ( tzn człowieka planów ) miesza chronologię. Umyka swoim projektom. Podąża za impulsem. I zamiast wołać elektryka, potem murarza, dalej tynkarza, w końcu malarza i wreszcie parkieciarza.... zmienia bieg spraw! Woła tapicera, wybiera tkaniny, zleca usługę i wydaje mu prawie wszystkie kanapy, krzesła i fotele! A to blokuje wszystko!

Help. Rozsądek poszukiwany!

21:45, kocurkowata
Link Komentarze (20) »