O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
piątek, 26 listopada 2010

Upodobań muzycznych mam bez liku, zatem "przy sobocie po robocie" pozwolę sobie zaprezentować kolejny utworek, który lubię. Tym razem optymistyczny - zatem reklamacji nie uwzględniam:)

Melduję, że ja sama też bardziej optymistycznie przez to "moje okno" wyglądam bo kupiłam sobie Omega Artre, a tam jest też "coś" na poprawę nastroju;)))

niedziela, 21 listopada 2010

Od czasu do czasu lubię posłuchać muzyki celtyckiej, w ogóle rejony gdzie Celtowie nigdy nie zostali pobici przez inne plemiona mnie interesują. Te ichniejsze zamczyska, wiatry, zieleń zasilana stałą wilgocią, legendy itp działają na moją wyobraźnię bardzo mocno.

Niekiedy też lubię włączyć sobie Stinga, ale nie wszystko co śpiewa mi się podoba. A już na pewno nie mogłabym słuchać go ciurkiem:)

Znalazłam nagranie wspólne jakby - starą irlandzką piosenkę "Mo ghile mear" wykonaną przez Stinga właśnie. Super. Zachęcam - posłuchajcie:)  

 

czwartek, 18 listopada 2010

Trochę zamarudziłam:) Wyłączyłam się dokładniej rzecz biorąc, postanowiłam skupić się i skończyć pewną powieść, która stała się dla mnie utrapieniem. Wiszącym nad moją głową mieczem, a nie przyjemnością jak powinna. Kilka dni temu wycofałam się z pomysłu powieści sprzed roku, wykreowałam inny bieg zdarzeń i już pisze mi się lżej. Już mam powietrze. Znowu jest przyjemnie. Swoją drogą cieszę się, że tak reaguję. Ważne dla mnie jest, że nie mogłam znieść swych pesymistycznych myśli, bo rzuciłam coś co przecież bardzo lubię robić, coś co zawsze sprawiało mi dużo radości. Dwie skończone i przedyskutowane powieści, a nawet chwalone, to już będzie coś. Poza tym, kiedy mam szukać wydawcy, jak się zestarzeję o kolejne 10 lat? Trochę pociesza mnie wiek aktywnie piszącej noblistki Doris Lessing, ale ja w Nobla w zasadzie nie celuję;) Zresztą jej "Złote notesy" rzuciłam gdzieś, nawet nie w środku uznając, że ani język mnie nie zachwycił, ani temat. 

Co do pisania - jest w tym jakieś dopełnienie mojego mizernego życia, pobudzenie pewnych emocji, aczkolwiek także paradoksalnie wiąże się to z koniecznością zamknięcia się na życie i wejście w pewnego rodzaju samotność. Jestem tylko ja i oni. Chcę mieć nowego atrakcyjnego kochanka, to sobie go tworzę, szukam rodzinności, znajduję, mam pragnienie gdzieś pojechać - jadę. Pogadać też mam z kim i pośmiać się i nawet popłakać;) Chcę żeby mnie ktoś kochał - to i taki się znajdzie. Muszę koniecznie wywalić z siebie niedobre doświadczenia, to i to mogę. Czego chcieć więcej!?   

Generalnie nie potrafię zaakceptować faktu, że tracę czas. Zawsze tak było. Mam wrażenie że najbardziej byłabym szczęśliwa gdyby każda minuta mojego życia była wypełniona czymś ekscytującym. Czymś co nie jest jeszcze dla mnie nudne. Nie piszę tutaj o pracy zarobkowej, bo zdaję sobie sprawę, że dla niewielu z nas jest pasją. Zresztą, to zależy od wieku i doświadczeń. Dla mnie praca zawodowa jest zarabianiem pieniędzy na godziwe życie. Jestem w stanie wykrzesać w sobie jakiś entuzjazm, ale więcej w jej wykonywaniu profesjonalizmu niż radości działania. To dobrze, bo może gdyby tak było, nie szukałabym zainteresowań i hobby poza...

Byłoby: praca(dni robocze)-telewizja(codziennie)-gderanie(codziennie)-seks(sporadycznie;))-sen(codziennie od 22.00) i tak w kółko, kółeczko;)))

No właśnie! Żeby nie było dzisiaj tak niefotograficznie, to wklejam zdjęcia z koncertu na który zostałam niedawno zaproszona. Występowali studenci śpiewu operowego z rodzimej Akademii Muzycznej. Ponieważ byłam nie pierwszy raz mogę z powagą stwierdzić, że kilkoro z nich to prawdziwe perły, głosy dojrzałe, pięknie brzmiące. Czytelne były i emocje i i piękne rozedrganie tak ważne w sztuce. Sceny światowe stoją otworem.

Taką pracę to najpewniej pasją można nazwać;)   

A oto moi ulubieńcy.  

 

 

 

niedziela, 07 listopada 2010

No cóż, mamy już niedzielne popołudnie, zastrzyki z pokorą przyjęłam, śniadanie i obiad zjadłam, plus dwa jabłka, w międzyczasie dwukrotnie łzami obmyłam swoją duszę. Z dużym trudem przestawiam się na stan niedomagania.

W kościele nie byłam, generalnie kościołow raczej nie lubię, nawet tych starych, zabytkowych i polecanych. Z małymi wyjątkami, rzecz jasna. Od tego roku takim wyjątkiem stała się XII-wieczna katedra Duomo w Sienie. Generalnie, bardzo polubiłam to stareńkie miasto, zaskoczyło mnie i zauroczyło. Ponoć założył je Senius syn Remusa. Tam wszystko jest zabytkowe, ale może też dlatego je lubię, bo w sieneńskim banku, jak głosi legenda, w dawnych czasach zobowiązana była prawie cała Europa. A to już coś znaczy:)

Duomo di Siena jest bogato zdobiona na zewnątrz, ale jeszcze chyba piękniejsza jest wewnątrz. Wnętrze sieneńskiej katedry według mnie bije przereklamowaną florencką! Posadzki, rzeźby, freski, całe wyposażenie jest tak bogate, że trzeba kilku godzin, aby to wszystko ogarnąć. Ja, która nie lubi zwiedzać kościołów nabyłam all inclusive ticket za 10 euro i spędziłam tam kilka godzin. Zwiedziłam baptysterium, kryptę, muzeum i weszłam nawet na mury, ale najpiękniejsza była sama katedra.

Główne wejście wita rzeźbieniami z różnokolorowych, pastelowych marmurów. Pozostałe kolumny i ściany pokryte są pasami białego i czarnego, tak charakterystycznymi w tym rejonie. Witraże, rzeźby i freski przyciągają wzrok w górę, a rzeźbiona ambona – arcydzieło Nicoli Pisano zapiera dech. Sączy się nikłe światło.   

Polecam wszystkim bardzo to miasto, tę katedrę, ten klimat i tamto słońce...:)

piątek, 05 listopada 2010

Zrobiłeś dla mnie dzisiaj pyszny obiad, prosty, niewymyślny, taki jaki ostatnio lubię. Ziemniaki przysmażone na boczku, fasolka i jajko sadzone. Super.

Kiedy ostatnimi czasy wracam do domu z firm, zmęczona po rehabilitacji i zastrzykach, a potem, kiedy odbiorę już wszystkie telefony w sprawach niezwłocznych, jedno o czym mogę myśleć jest jedzenie. Rzucam torbę, zdejmuję kozaki ale myślę o jedzeniu. A potem jem:) Bo Ty o to zadbałeś. Później próbuję coś napisać, ale moje myśli znowu krążą wokół jedzenia. Łykam witaminę E, olej z wiesiołka i tran. Nie pomaga. Kręcę się i rozmieniam na drobne. Ty to wyczuwasz i przynosisz mi lody. Jem. Tak mało?! Od Grycana mogłabym zjeść całe pudełko! W końcu rezygnuję z dokładki bo mi zimno. Palisz w kominku, siadam przed, patrzę, płomienie tak ślicznie obejmują drewniane polano. Już się nie trzęsę. Nie jestem głodna, ale łakoma, a w koszyczku jest winogrono... Wyczuwasz mnie i protestujesz!

"Ona i On" to podstawa wszystkiego, zaczątek wszystkich emocji, pole tworzenia, budowania. Albo niszczenia. Tylko dlaczego dopiero teraz tego się dowiaduję? Zrobiłeś mi obiad - dlaczego dopiero teraz? Troszczysz się o mnie bo dobrze wiesz, że stres i nadmierne obciążenia były ponad moje siły? Dlaczego dopiero teraz? 

Jedyną prawdą jest Ona i On... Ona i On. Ech, myślę, że chyba zaraz sobie coś zjem...;)      

Tagi: ona i on
19:24, kocurkowata
Link Komentarze (12) »
środa, 03 listopada 2010

Przejeżdżam tamtędy kilka razy tygodniowo. Najpierw w tę. A potem z powrotem:) W zasadzie jest to jeden z wyjazdów z miasta. Osiedla mieszkaniowe się kończą, mijam pas domów jednorodzinnych, po jednej stronie jest duży park którym dochodzi się do jeziora, są jakieś szkoły, po drugiej zaś za wielkim płotem rozlokowała się jednostka wojskowa z wielkim czołgiem przy wejściu. I takie widoki mam ze dwa kilometry.

Potem zjeżdżam w dół do torów. Forsuję je, o ile przejazd nie jest zamknięty. I nadal po jednej stronie mam chaszcze, zresztą coraz większe, a po prawej... No właśnie. Od jakiegoś czasu zawsze czekam na tę chwilę, żeby spojrzeć, ujrzeć ślad życia..., zniszczyć swoje złe wyobrażenie.

Budynek dróżnika jeszcze niedawno wyglądał jak wszystkie tego typu kolejowe budowle. Jednopiętrowy, prosty w konstrukcji, z odrapanymi oknami. Cegła, z której był zbudowany zszarzała, co czyniło go jeszcze bardziej niewidocznym wśród zarośli, do których wiedzie wąska kręta dróżka, równoległa do torów.   

Niedawno miejsce zostało nieco wyremontowane, jednak bez modernizacji bryły budynku. Przed pojawiły się parasole i miejsca do siedzenia, grill... I wielki napis: "DZIKIE WIEPRZE".

"Dzikie wieprze" niewątpliwie zapraszają, ale mimo, że wypatrywałam, nigdy nie widziałam tam śladu gości. Może bywają wewnątrz budynku..., a może przez te chaszcze nie widać...  

Brrrr. Nigdy sama nie weszłabym do tego lokalu. Nigdy...  

18:19, kocurkowata
Link Komentarze (10) »