O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
środa, 30 grudnia 2009

Rok się kończy, mało mam dokonań, nie ma co, i na duże nie liczę. Właściwie bardziej zawsze cieszyło mnie nie to, co zrobiłam, a raczej rzeczy i cele, które miałam przed sobą. Czy raczej chciałam mieć. Bo nie jest komfortowo, jeśli ktoś zapyta, czego mi życzyć, nie znaleźć prawdziwej, niewymijającej odpowiedzi. Szczerej. Albo ( co gorsza) podać coś na odczepnego.

Zrobiłam dzisiaj trochę porządków w papierach, w szufladach, nie będę przecież przenosić nieładu na Nowy Rok. Przejrzałam zawartość torebki, czego tam nie było! Zasobność, prawdziwy dobrobyt. Tyle, że inaczej. Naszła mnie refleksja, że przywiązana jestem zbyt mocno do talizmanów. Dźwigam je w torebce, a sama siebie do działania nie motywuję. Bo to nie moja rola! Co tam ja? Los decyduje o wszystkim. Ślepy los? Raczej nie. My sami. Ja sama? Tak... Chyba.... i talizmany! Znalazłam małego szklanego aniołka, zieloną żabę na pieniądzach, dużą bryłkę ametystu, one wszystkie są takie miłe w dotyku..., dwa opale, łabędzia z marmuru, pingwinka z czego nie wiem. Dwa parasole. Te ostatnie to od deszczu:) I w każdej kieszeni pełno łuski od karpia. Nic dziwnego, że torba ciężka niesłychanie - tyle, że nie do forsy. Portfel prawie pusty. Kto zawinił? Mało skuteczne talizmany!? Czy ja sama?!

Życzę Wam w tym Nowym Roku, żeby zadziałało. Żeby piece i w ogóle wszystkie paleniska nie były wygaszone, żeby droga miała nawierzchnię gładką jak aksamit, a jeśli zdarzą się na niej  koleiny, to niech wiodą nas prosto do siebie. Życzę wszystkim skutecznych talizmanów:) I bardzo silnego "Ja":)    

 

 

23:31, kocurkowata
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009

Jeśli choroba pojawi się przed Świętam to goń szybko do lekarza, nawet jeśli to też jest baba. Nastaw się, że będzie to kontakt na odległość i zamaskowany. Wiadomo, grasują różne śmiercionośne grypy, a lekarz chce żyć. Jeśli rzęzi Ci w klatce piersiowej to bądź pewien, że może to zostać niewykryte, w końcu lekarz nie ma zdolności stuprocentowego widzenia przez kościec, warstwę tłuszczową i grubą, poobijaną życiem skórę, a stetoskop nie zawsze jest czuły, a czasem nawet może być zapchany woskowiną ( znam przypadek z autopsji, wprawdzie rzecz dotyczy pielęgniarki, ale zawsze). Jeśli zaś zaczniesz kaszleć podczas badania to wiedz, że każe Ci skierować twarz w drugą stronę, a sam się bezczelnie odsunie i nałoży drugą maseczkę. Jeśli nie potwierdzisz, że masz bóle mięśniowe i stawów, wprawdzie nie zdejmie maseczek, ale oszczędzi ci recepty na tamiflu. Tym bardziej, że dopatrzy się w końcu u Ciebie lekko zaczerwienionego gardła. Ucieszy się, że wykrył. Dostaniesz antybiotyk i "kupsobiecośosłonowego". I przyjdź za osiem dni, a najlepiej nie przychodź jednak, bo jesteś osłabiony i może Cię trafić inny poczekalniowy agresor. Wirus. Albo kropelka. A to znowu naraża lekarza.

Jeśli przetrwasz jakoś święta, i nie zarazisz biesiadników, chociaż ich ostrzegałeś, tylko dlatego, że wyposażysz ich w maseczki, czyli spędzisz ten magiczny czas, nawet nie jakoś, ale dostatnio na tyle, że zmieniać musisz kilkukrotnie obrusy na stole, a potem je wyprać szybko, bigos nieustająco będzie się prażył na palniku, zjedzą go, a potem dacie sobie radę z kilkunastoma kawałkami smażonego karpia i wypijecie całą borowikową, cały barszcz czerwony... Kiedy zniknie nareszcie pół smażonego indyka i cała kaczka, kilka surówek, dwa duże serniki i kilka ciast makowych, wtedy uznasz, że nic Ci nie przeszło. I ponownie udasz się do niezadowolonego Twą wizytą lekarza, zmęczonego świętami, który mimo to, wreszcie, w akcie desperacji wykryje u Ciebie zapalenie oskrzeli i zatok, albo odwrotnie i wystraszy Twoim stanem. Tak jakby zniknęła woskowina. Tak jakby zapalenia nie było dziesięć dni temu. Zapłaczesz, że w takim stanie rzeczy grozi Ci zapalenie płuc, wygooglujesz wszystkie możliwości powikłaniowe. Włącznie z zejściem. Sprawdzisz, czy opłaciłeś wszystkie polisy na czas. Na chwilę ucieszysz, że po Tobie.... I się zastanowisz, jak to się potoczy!

10 dni w domu, ryzyko spore! 10 dni ze skutkami ubocznymi wszystkich specyfików, 10 dni nie leżenia, ale raczej siedzenia i wpółleżenia. 10 dni takiego pokręconego bytu! Ano widzę to tak, że albo poszukam esencji w chorej egzystencji, albo... zacznę rozmnażać byty...

 

Ps. Dzięki za życzenia świąteczne itp, sorry że nie odpowiadam od jakiegoś czasu, jednym ze skutków ubocznych Zinnatu to "ciężka, boląca głowa":), ale w myślach odpowiadam zawsze:) I czule.

20:22, kocurkowata
Link Komentarze (2) »
środa, 23 grudnia 2009

 

 

 

Wszystkim Wam serdecznie życzę dobrego czasu Świątecznego, pachnącej choinki, nieprzypalonego karpia, aromatycznej zupy grzybowej i nierozgotowanych pierożków do barszczu. Po prostu, dobrego, smacznego Bożonarodzeniowego świętowania.

 

Boże Narodzenie 2009 Poznań

Kocurkowata

 

16:54, kocurkowata
Link Komentarze (9) »
sobota, 19 grudnia 2009

Czy możliwe jest wchodzenie w jeszcze bliższą relację z osobą z którą jestem, tak mi się wydawało, już i tak blisko...? Niesamowite! Nie wiedziałam, że to jest dla mnie takie trudne. I zaskakujące też, bo ze zdumieniem zrozumiałam, że przy okazji przełamać muszę pewien schemat powielany przez lata, opory przed jeszcze większym zawłaszczeniem, przed ograniczeniem mi wolności tak przecież ukochanej, czyli zniesieniem barier, które sprawiają, że boję się, tak naprawdę, intymności, bliskości.

Wspólne śniadanie? U mnie? Kiedy? O szóstej rano? Nie ma mowy. Tak było. Kiedyś, gdy jeszcze synowie byli mali przytrafiały nam się takie przypadki, w weekendy, na wyjazdach. Ale i tak miało to miejsce wyłącznie wtedy, gdy mieszkaliśmy w Szczecinie. Kiedy "przeflancowaliśmy" się do Poznania, moja Mama wyznaczyła inne standardy, które, przyznam szczerze, skwapliwie podjęłam. W dni powszednie nie wiem, ale w weekendy wstawała rano pierwsza, szykowała sobie kanapki i herbatę, lekarstwa, i czmychała do swojego pokoju. Po czym zatrzaskiwała drzwi. Podjęłam ten schemat z ochotą. O. nie miał wyboru, a syn i tak odsypiał piątkowe wyjścia. Razem ( ale w trójkę ) jedliśmy tylko obiady i wyłącznie dlatego, że dbał o to O. Potem, jak już z czasem w pełni przystałam na ten ceremoniał, zadbałam o uroczystą oprawę, z wazonem z kwiatami na stole, z winem, ładnym obrusem. Zaczęło mi się to nawet podobać.  

Aż zostaliśmy sami. I znowu nadchodziły weekendowe ranki - czyli ja z kawą w swoim kącie, O. z kawą i papieroskiem w swoim. Całkiem dobry schemat. Zero opóźniającego działanie rytuału. Zaoszczędzona godzinka. Nie zmarnotrawiona. Spotykaliśmy się na obiedzie.

Aż do dzisiaj. Ósma rano. Jak zawsze pieczywo "pełne ziarno" smarowałam cienko Almette, nakładałam ser pleśniowy, ogórek kiszony, majonez light... Do kawy dolewałam śmietanki. Co tam kalorie!

- Zrobisz też dla mnie? - usłyszałam. Co?! Ręka mi zadrżała, przelałam śmietanę, ciekła na kredens...

- Proszę? - nie wierzyłam własnym uszom!

- Proszę cię żebyś i dla mnie zrobiła kanapkę.

- Przecież nigdy...

- Ale możemy zacząć - O. pocałował mnie w kark.

O matko! Siedliśmy razem obok siebie przy stole. Blisko. Odsuwałam się dyskretnie. Nie dla mnie ta suknia była szyta, coś mnie uwierało. Kanapki nie smakowały tak jak jedzone w samotności. Pomyślałam sobie wtedy, że takie śniadania grożą mi codziennie, wszak moje miejsce pracy niebawem będzie metr od części mieszkalnej. Od jadalni metr, od kuchni ze trzy ... I powiem, że się przestraszyłam, bo... No właśnie, bo co? Że to przedsmak starości? Że O. mnie zawłaszczy? Narzuci swój standard? I ja go przyjmę? Że już nic mnie nie czeka ponad te śniadania z O.? A może to dużo? Że skrócimy dystans?

Poza tym... Zaskoczenie! To pierwsze, wspólne od lat śniadanie wydało mi się dużo bardziej intymne niż seks! Czego sama nie wiem, czy Wam też życzyć...??? A może zazdrościć???

20:00, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
sobota, 12 grudnia 2009

Wychodziłam wczoraj z banku, przed drzwiami siedział żebrak w słusznym wieku, na głowie miał wielki filcowy kapelusz, a w ręce węzełek z bordowego szala. Na tle bankowych marmurów i wejścia pełnego przepychu wyglądał nawet malowniczo, nie był brudny, nie  śmierdział, ale mnie nie zachęcił jakoś, nawet się nie zawahałam. Boję się żebraków, pijaków i kloszardów. A może żal mi tych kilku drobnych złociszy? Kto to wie? Dałam kilka szybkich kroków i nagle..., (!) potknęłam się na nierównym chodniku! Utrzymałam równowagę, ale pomyślałam, że to musi być znak, wróciłam i dałam mu 10 zł. Łypnął na mnie tak jakoś krzywo i mruknął -"trzeba nogę skręcić, żeby przystanąć i zauważyć, że tu, obok żyje człowiek który potrzebuje pomocy?".

A przed chwilą miałam w zamiarze napisać notkę na blogu. Mam kilka tematów, ale ostatnio popadłam w stan godny absolwenta psychologii paschalnej, zamyślam się często i mało z tego wynika... I tym razem powiedziałam sobie, tak jak mówię od tygodnia - nie dzisiaj, nie, jutro napiszę. Jutro pod wieczór! Tak będzie najlepiej. Wylogowałam się z kompa, wzięłam kubek po herbacie i dałam kilka kroków do kuchni bo tam na mnie czekały dwa wcale niemałe śledziki a'la węgorz na ciemnym pieczywie. Mniam, mniam. Co za smak, on mnie wiódł, on mnie gnał. Ale! Na zakręcie poślizgnęłam się na płytce i .... znalazłam na podłodze! Nie słyszałam, żeby coś chrupnęło! Za to zabrzmiał głos O. - Chcesz, żeby PZU Życie przez twoją wypadkowość zbankrutowało?

- Spoks - nawet mnie rozbawił. - To znak, że muszę włączyć kompa:)!

Co się teraz stało, co też widać... Wblogowywuję się i wklejam pewien kawałek, który mi się zawsze bardzo, bardzo podobał. Może nie tylko mi...  

20:05, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
piątek, 04 grudnia 2009

Dziś u mnie nie powieje ekshibicjonizmem.

Czuć, że idą świeta, albo, że skończył się listopad bo ożywili się Wszyscy Moi Kochani Emigranci. Jako pierwsza ocknęła się z jesiennej melancholii jedna z koleżanek zza Odry (dwie pozostałe dają znaki życia rytmicznie, jeśli tak można powiedzieć), no cóż, dwóch kolegów stamtąd milczy - postarzeli się, czy co, albo ( oby nie ) ja? Potem przyszedł mail od rodzinki z Kanady ( kontrolny, ale i zapowiadający więcej słów rychło:)), inny Kanadyjczyk zaś - dobry kolega jest aktywny zawsze. Tylko zazdrościć. W końcu rozdzwoniły się telefony od Hamerykanów. Zapraszają bardzo (pewnie się skuszę) i przyjeżdżają, moja kochana Przyjaciółka jest już prawie w drodze, jeszcze wypad do Metropolitan Opery, zakupy, bo tam wszystko jest tanie i fruuu do Polski. A ja się jej nie mogę doczekać!

Czuć, że idą Święta, albo, że skończył się listopad bo ja już zaczynam pisać, jak co roku, długi list do zaniedbywanych Przyjaciół i Rodziny ( tej dalszej - po wspólnym herbie) - relację z wydarzeń mijającego roku. Myślę też coś (jak zwykle) dołączyć - kartkę świąteczną, czy może coś więcej... kiedyś były to rulony z niewielkimi obrazkami polskich miejsc, wierzby, ruczaje, chałupki z dymem z komina itp. - w oleju na płótnie. Innym razem była to płytka z fotorelacją z roku albo aniołki z masy solnej, które zniosły trudy wędrowania nad chmurami znakomicie. A w tym roku? Opłatek sam? Myślę ostro. Oj myślę... bo naprawdę czuć już, że idą Święta,... albo, że skończył się listopad...:)  

    

22:04, kocurkowata
Link Komentarze (10) »