O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
wtorek, 31 marca 2009

"George Town ( stolica ) wieczorem tętni życiem. Na plaży ulokowały się miejsca rozrywek  i dyskoteki, wszystkie w stylu jamajskim, zewsząd słychać pogodną muzykę reggae, a dziesiątki restauracji i barów wzdłuż głównej ulicy zawsze pełne są ludzi. To na Kajmanach jest jeden z najniższych wskaźników przestępczości, a ludzie bardzo pogodni i życzliwi. Nie ma możliwości, żeby komuś, kto tam zawitał, znudziła się 7 milowa plaża, gdzie piasek jest biały jak mleko, a niebo zawsze błękitne"

Tak, to jest rejon który na mnie akurat robi wrażenie.

Po pierwsze, dlatego, że jest rajem podatkowym, co czyni z niego atrakcję bardzo ważną. Dla mnie najważniejszą. Bo ja znowu przez cały rok trzymałam głowę w piasku, ze strachu przed kwotą podatku oczywiście, bo jak się zamknie oczy to przecież kwoty nie ma. No, naprawdę, nie ma! 

Ale wczoraj otworzyłam je nieśmiało, by teraz już na dobre przestraszyć się (w końcu!) wysymulowaną kwotą do dopłaty. Brrr, - " szewc bez ... " - ciekawe, że moim klientom powychodziły zwroty! Niby nie jestem krezusem, a nawet od czasu do czasu klepię biedę, wiadomo - na grzbiecie sporo dźwigam, oj dźwigam, i jeszcze na dodatek ta rozbudowa domu, którego przecież już nawet nie potrzebuję. Bo mi, tak naprawdę, potrzeba niewiele miejsca do pomieszkiwania, myślę, że nawet mogłabym korzystać z hoteli kapsułkowych:).

Za to do życia potrzebuję znacznie większej przestrzeni. Świat cały. Piękny, czasem niebezpieczny, nieznany, intrygujący, a jednocześnie absolutnie niemożliwy do poznania w stu procentach.

A kwota do zapłaty jak byk potężna, bardzo zadowalająca Skarb Państwa. Też jej nie mam;)

A po drugie, ileż to miesięcy przychodzi nam opłacać te paskarskie rachunki za ciepło i ciepłą wodę! Przez wiekszą część roku marznę, w domu nie jest ciepło ( czeka mnie jego ocieplenie ), a płacę i płacę, W tym roku jednak są to bardzo pokaźne kwoty. Nie wiadomo w co czmychnąć, gaz nie, wiadomo dlaczego, piec na drewno nie, bo za duże koszty instalacji, a drewno i tak w końcu podrożeje. Chyba, że szybko obsadzę moją działkę drzewami liścistymi, a potem zetnę:), po czym ponownie posadzę. Koks i węgiel od dawna kupuje się w astronomicznych cenach.

Nie ma w co uciekać.  

A tam, piękne plaże, zero rachunków za ogrzewanie i żadnych dopłat podatków. Ponadto atol, koralowce i mnóstwo egzotycznych ryb, niezachmurzone słońce..., niewielki, ożywczy wiatr od oceanu. Może rozważać ( na czas po spontanicznym seksie;)) tenże Archipelag, jako miejsce do delektowania się dojrzałością? 

Wielki Czwartek, piąta rano, Kajman Wielki?

18:57, kocurkowata
Link Komentarze (11) »
piątek, 27 marca 2009

Gare_71 w komentarzu do poprzedniego wpisu zmobilizował mnie do poszperania w zbiorach fotograficznych. I znalazłam kilka zdjęć poznańskich parków. Są tam ujęcia Parku Wilsona ( ponoć aż 6,6 ha), a także pobliskiego Ogrodu Botanicznego. Ale, żeby nie było, to nie są kolory tegorocznej poznańskiej wiosny ( jak to brzmi, prawda ?:)), ale tej sprzed dwóch lat.

Niniejszym pokazem żegnam się z wysłużoną Koniką:) i witam z wiosną. Wilgotną, deszczową, ale już dużo cieplejszą.

  

17:40, kocurkowata
Link Komentarze (15) »
sobota, 21 marca 2009

Z inspiracji Obiezyswiatki, ale i z wrodzonego życiowego rozsądku;) wyluzowałam.

Rzuciłam papierzyska w kąt, odnowiłam kartę do wypożyczalni filmów i zniknęłam na kilka dni z netu i towarzyskich salonów. Rano wprawdzie ( w pracy ) regularnie czytałam wpisy moich ulubieńców z zakładek, niektóre są, jak zwykle, znakomite, ale w komentowaniu ich mam wielkie opoźnienia. Nadrobię, jutro po południu:) 

Zaliczyłam, kolejno: okrzyczane " Pora umierać" i " Ladys". Po raz kolejny, z przykrością, muszę powiedzieć, a właściwie napisać, że polskie filmy są przereklamowane. "Pora umierać" znurzyła mnie kompletnie, po 30 minutach wyłączyłam dzieło, aczkolwiek Szaflarska jest znakomita. Ale poza tym nic. Ani do śmiechu, ani do refleksji, ani nic odkrywczego. Wydawało mi się, że może to zniechęcenie tylko mnie dotyczy, bo, na przykład, nie dorosłam. Ale popytałam wokół i usłyszałam to samo.

"Ladys" obejrzałam, spodziewałam się rozerwać, ale też mi się to raczej nie udało. Obejrzałam do końca, dwa razy się uśmiechnęłam. Olszówka mi się podobała.  

Potem przeleciałam " Życie na podsłuchu" - to film nagrodzony chyba w Berlinie, z dobrymi recenzjami, ale w trakcie oglądania okazało się, że jednak nie lubię enerdowskiej tematyki, ani nawet podsłuchów i każdej najdrobniejszej inwigilacji;). Nie obejrzałam do końca.

"Diabeł ubiera się u Prady" - tak, polecam, nie jest to wprawdzie ambitne dzieło kina, ale ma smaczek, tempo i kochaną, wspaniałą Merryl Streep. Poza tym wiele pięknych dziewczyn i trochę uwielbianego Paryża.  

A wczoraj popołudniu, jak zwykle w piątek, telefonicznie odliczyłam dwuszereg. Młodszy Kocurek nie podejmował rozmowy, czym się zmartwiłam, bo nie lubię jego cotygodniowych lotów "z" i "do". Starszy natomiast, okazało się, wypoczywa czynnie w Dolomitach. Będzie dzisiaj wracał przez Poznań. Zmartwiłam się, że nic o jego planach narciarskich nie wiedziałam, będę musiała znacznie wzmocnić controlling:). A może nawet inwigilacją się posłużę;)

Nieco później dostałam pocieszającą wieść od Młodszego - "Orzeł wylądował":). 

Ponieważ nadal działała inspiracja Obiezyswiatki i naturalnie, moja rozwaga, nie rzuciłam się w ( jak zwykle ) wir przygotowań na przyjęcie Starszego Kocurka. Powiedziałam sobie "jutro" i obejrzałam dwa kolejne filmy.

"Choć goni nas czas" - kocham Nicholsona, uwielbiam Freemana. Polecam bo warto wiedzieć, albo dopiero się dowiedzieć, że na życie nigdy nie jest za późno.

"Notatki o skandalu" - znakomite angielskie kino, fantastycznie pokazany jeszcze inny rodzaj samotności, dla mnie oglądanie tego filmu było ucztą. Bardzo polecam, naprawdę. 

A przede mną dwa filmy. " Wszystko gra" Woody Allena i długo oczekiwana, ponoć znakomita "Elegia" o unikającym bliskości emocjonalnej facecie. Myślę, że każdy z nas, w jakimś sensie, boi się absolutnej bliskości, fascynacji i innych emocji tego typu... 

I z tą nierozstrzygniętą wątpliwością znikam, oddalam się, zasiadam w kinie. Orzeł wylądował:)

14:19, kocurkowata
Link Komentarze (11) »
środa, 18 marca 2009

Szkolenie odbywało się w wielkiej sali nowoczesnego budynku w centrum miasta. Salę wypełniliśmy prawie w stu procentach, impreza była darmowa, ponadto podano bogaty serwis ciasteczkowy i katering. Napoje oczywiście też, butelki z wodą mineralną stały poustawiane w dwie regularne piramidy. Szkoda było je burzyć. Błyszczące termosy z kawą i herbatą cieszyły się większym powodzeniem, a soku pomarańczowego było tyle, że nawet do domu jedną buteleczkę przyniosłam:)). 

Oficjalnie, w torebce:) 

Facet, bardzo niskiego wzrostu i mizernego odżywienia:) suchym, prawniczym językiem przekazywał równie suche instrukcje. Od czasu do czasu ktoś rzucił jakąś wątpliwość, wtedy na moment wybudzaliśmy się, by po chwili ponownie zapaść w jakże miłe, wielominutowe odrętwienie.

Zajęłam się własnymi myślami, próbowałam podjąć ostateczną decyzję jaki kolor glazury kupię i czy w przedpokoju dam panele czy drewno. A może jeszcze zupełnie inny wariant powinnam rozważyć... Czym kominek obłożę, wiadomo, bardzo lubię kamień, ale jaki kolor? Musi pasować zarówno do mebli jak i do ścian. A jeśli kominek, to od razu trzeba by było poprowadzić instalację, płaszcz wodny i tym kominkiem ogrzewać cały dom. Zawsze jest to jakaś alternatywa i moja prywatna niezależność od Rosjan;).  

Na dworze wiosenne słońce operowało już dość mocno, w sali nie było duszno, ktoś wcześniej otworzył okno. Ożywcze powietrze to na razie dobro wolne, można się go nałykać do woli:). Z każdym nowym podmuchem wiatru aluminiowa żaluzja uderzała o drewnianą okiennicę. Wówczas na chwilę podnosiliśmy głowy. Miejsce przy tym hałaśliwym oknie zajmował facet w średnim wieku, typowy urzędnik z wyglądu, a krzesełko obok młoda, bardzo ładna dziewczyna, rozmawiali półszeptem, wyglądali na znajomych.

Prowadzący szkolenie, czyli wcześniej wymieniony Człowiek Niskiego Wzrostu i Bardzo Mizernego Odżywienia:)  monotonnym tonem czytał nadal to, co wyświetlało się w tyle za jego głową na ekranie, czyli to samo, co nam dano także na papierze. A my od czasu do czasu monitorowaliśmy kępkę  włosów, która to jedynie była widoczna zza jego laptopa.  I przerzucaliśmy kartki.

Tymczasem okno nadal wkurzało coraz intensywniejszymi trzaskami aluminiowej żaluzji. Nikt, absolutnie nikt się nie poruszył. Mnie kilka razy jakaś siła podnosiła z krzesła, z trudem powstrzymywałam się, żeby nie przejść przez całą salę i zamknąć w końcu to cholerne okno!  Tak bardzo przeszkadzało w nielegalnie błąkających mi po mózgu myślach.

Ale, właściwie dlaczego ja mam to robić?!

Zaczęłam się natrętnie przyglądać, siedzącemu w bezpośredniej bliskości okna i młodej dziewczyny, facetowi w średnim wieku i o urzędniczym wyglądzie. Żaluzja znowu trzasnęła, zauważyłam, że spojrzał w tamtym kierunku, zawahał się, ale w sumie na tym koniec. Nie poruszył się, potem zaczął coś notować na kartkach. Żaluzja znowu narobiła rabanu, prowadzący spojrzał na okno, ale dalej ciągnął beznamiętny wywód, facet koło okna znowu się zawahał, potem rozejrzał po sali. I nic. Szepnął coś do młodej, ładnej dziewczyny. Mnie już nosiło.

Żaluzja trzepotała prawie non stop. Ja też trzepotałam, przy czym nie "prawie". Wrodzone umiłowanie do rzucania się przed szereg kazało mi natychmiast wstać, przejść przez salę i zamknąć wreszcie to okno. Ale nie, nie mogę. Przypomniało mi się co mówił Coach.

Poczekaj. Popatrz, pomyśl i potem postanów.  

No więc, z trudem posiedziałam chwilę nieruchomo, pobębniłam palcami po stole. I nareszcie postanowiłam! Zebrałam swoje materiały, niewypity sok pomarańczowy schowałam do torebki, podobnie postąpiłam z resztą szparagałów. I wyszłam z sali. Urwałam się, dostałam czas w prezencie, dwie pełne słoneczne godziny:).

W domu zastałam poodsuwane meble i telewizory:), jakieś zwoje kabli kłębiły się na samym środku pokoju.

- Co robisz? - zapytałam.

- Rozdzielacz do anteny zamontowałem.

O. siedział rozparty na kanapie i palił papierosa.

- Miałeś tutaj nie palić, obiecałeś! A te klamoty to ja mam może sprzątać? - burknęłam.

Cisza.

- No, odpowiedz! Bo może mam też wbijać gwoździe i wylewać posadzki? 

- Tak.

- Jak to, tak?

- No, tak, bo Ty bardzo lubisz pracować.

 

19:27, kocurkowata
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 16 marca 2009

Zacznę od tego, że obudziłam się dzisiaj z potwornie rwącą prawą dłonią, pewnie dziwnie to brzmi:), musiałam ją nasmarować maścią dla sportowców, bo taką tylko w domu rano wygrzebałam, najpewniej przeterminowaną, bo nie przypominam sobie w jakich okolicznościach się w domu znalazła. W radio akurat leciała audycja o Ikonach Stylu. Śmiać mi się zachciało, bo ja akurat swoją kobiecą rękę zawijałam w dwie rolki bandaża elastycznego, zza którego wystawał jeden palec ( konkretnie wskazujący ) z czerwonym paznokciem. Z takim opatrunkiem pognałam do firmy, ta maść nawet trochę mi pomogła. Sportowcem czynnym nie jestem, a niedawno, gdy pochwaliłam się starszemu synowi, że chciałabym pojechać na tydzień nad morze i pobiegać tam przynajmniej z godzinkę dziennie, usłyszałam:  - Mamo, sorry, ale ja nie mogę sobie Ciebie, jako uprawiającej jakikolwiek sport, w ogóle wyobrazić!

Tymczasem, jak na swój przedział wiekowy, nawet jestem trochę usportowiona. Pływam, na przykład, dość szybko, niestety krótkie odcinki, jeżdżę na nartach, ale nie z góry, pedałuję na rowerze, przy czym teraz mam popsuty:). Biegam, jednak wyłącznie nad morzem:). Prawie jak Ikona Sportu Dojrzałych Zasiedziałych Top Managerek:).  

Pewnie, że do Syneczka się nie umywam, przerabiał piłkę nożną, robił kilkadziesiąt kilometrów dziennie na rowerze, żeglował, a teraz trenuje maraton. Ostatnio mnie przestraszył, bo szykuje się na Berlin (;)), czy wszyscy w Warszawie ( Ewy777 Syn, jak wyczytałam, też ) trwonią czas na jakieś biegi:)??? Legendarny Filippides dobiegł wprawdzie na metę w Marathonie, ale krzyknął  tylko "Zwycięstwo" ( nad Persami ) i padł martwy!

No więc, wg syna, nie jestem sportowcem, w żaden sposób nie może sobie mnie w tej roli wyobrazić, ale i tak nie jest tragicznie, bo mi także w głowie nie mogłoby się pomieścić, że moi rodzice uprawiali seks więcej niż dwa razy ( a nawet miałabym wątpliwość, czy w ogóle ) w swoim przeszło 40- letnim pożyciu.    

W firmie, okazało się, że niedysponowanych jest dużo więcej osób, wiosna w naszych organizmach czyni jednak duże spustoszenie. Około 11 miał nas odwiedzić ( pierwszy raz ) ewentualny partner niemiecki - wiadomo, kręci się teraz to towarzystwo, na kryzysie można się obłowić, niektóre organizacje kupić za bezcen. Przy czym nie nas, my swoją skórkę cenimy bardzo wysoko. Na wrogie przejęcia też mamy oko:). Zjechał wreszcie tenże Zachodni Kapitalistyczny Wyzyskiwacz wraz ze swoją świtą i tłumaczem:), firma zaraz zapachniała jakąś wodą, nie znam się, to nie będę zgadywać co to była za marka.  I kogo zastał? Naczelnego i trzech Top Managerów. Top Managerka nr 3;) notatki w swoim kajecie robiła zabandażowaną ( jak po amputacji ) ręką, Top Managerowi nr 2 wczoraj wypadł dysk, przyjechał o lasce, wyłącznie na to spotkanie, nie mógł się wcale ruszyć, ani nawet mówić, a na twarzy miał wypisane wszystko, co musiało uniemożliwić każdą transakcję, Top Manager nr 1 wrócił z nart ze Szwajcarii, wprawdzie opalony, ale z nogą w gipsie. Naczelnemu zaś, jako posiadaczowi rasowych wrzodów na żołądku, odbijało się cały czas i chyba miał nudności.

Wschodnioeuropejskie Ikony Zarządzania.  

Potem byłam u krawca, podotykał mnie, potrzymał za rękę, pocmokał. Ucieszył się, że jestem. A ja ponownie pokręciłam się w kółko. Wreszcie upiął na mnie sukno i odnalazł moją talię! Talię!!! Poprawił mi humor, och jak bardzo. Bo właśnie odpowiednie wcięcie w pasie i szpilki na wysokim obcasie na stopach czynią z kobiety Ikonę Stylu, Mody, Kobiecości, a nie krwistoczerwone szpony i pomadka ala Staniszkis. 

A teraz, jako ta Ikona Gospodarności, wpisuję się tutaj, a w garnku bulgocze zupa ( wg przepisu Zjedzmnie) z cykorii. I tym spożywczym akcentem kończę dzisiejszy wpis życząc miłego popołudnia, wieczora, a także nocy:) 

 

18:40, kocurkowata
Link Komentarze (14) »
środa, 11 marca 2009

Jeżeli choć jedna osoba uważa, że jesteś kreatywną blogowiczką, to być może tak jest. Wystarczy w to tylko uwierzyć ( cyt. Kocurkowata:)).

No i wczoraj stało się, Fantastyczna http://zjedzmnie.blox.pl/html postanowiła mnie nominować jako Kreativ Blogger Avard. A potem powtórzyła to http://ewa777.blox.pl/html. Bardzo dziękuję. Tym samym stałam się w jakimś stopniu Kreatywnym Dyrektorem Finansowym ( wszyscy pamiętamy co stało się z powodu przejaskrawionych in plus  sprawozdań finansowych Lehmann Brothers;)), to nie oznacza oczywiście, że z mojego powodu runie jedna ze średnich poznańskich firm. O nie, tak nie będzie na pewno, tam wszystko ( włącznie z moim grafitowym kostiumem:)) dokładnie zapinam na porządnie przyszyty guzik. A tutaj...? No właśnie, sami oceńcie, bo może i tutaj jestem jedynie pragmatyczną sztywniaczką.

A oto moi nominowani 2 x 7:):)
Oczywiście to nie wszyscy, których czytam i bardzo lubię, starałam się tak dobrać, żeby każdy reprezentował zupełnie inny typ prowadzenia bloga. Kocham poezję ( Cudowna Amelia), daję się wciągnąć w błyskotliwą burzę mózgów ( Piękny Intelekt Niki), namiętnie:) sprawdzam co się dzieje po Zmianie Pasa:), zaczytuję we wspominkach ( pisanych ze swadą ) przez Fusillę,  a także podziwiam cudownie ciepłą kobiecość Wildrose. Ponadto czekam z utęsknieniem na to co napisze Serdeczna i Magiczna Obiezy_swiatka:) oraz mam nadzieję nauczyć się gry w brydża przy pomocy niesamowitej fachowości bloga Utopijne ( również znakomitego w kwestii życiowych spostrzeżeń ).  Ewa777 urzekła mnie swoją skromnością, a  Zjedz_mnie bardzo lubię za wszechstronność. Jej jedzenie jest  naprawdę bardzo smaczne, a recenzje filmów i fotografie fantastyczne. Typowo po chłopsku i Dziennik Ju to inspirujące Kobiety z tekstami jakich szukam. Bardzo je lubię. Sladami Cesarzowej odkryłam niedawno, dzięki czemu zainteresowałam się tamtym Kierunkiem:). Drugirazodzera lubię czytać, a nawet bardzo, bo wyczuwam różne stany ducha Autorki. Poza tym liczę, że będzie niebawem sławna, a ja lubię wspinać się na ramiona Gigantów:).
Iksińską kochamy wszyscy, za całokształt, za to, że jest, za to, że dla nas pisze.:)   
I można by było tak wymieniać i wymieniać. Ale to przecież tylko zabawa:)
Zasady nominacji są takie:

• Po otrzymaniu nagrody umieszczamy na swoim blogu logo Kreativ Blogger oraz informujemy, kto przyznał nam wyróżnienie.

• Nominujemy 7 lub więcej blogów i podajemy link do każdego z nich.

• Informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzu na jego blogu.

     

21:02, kocurkowata
Link Komentarze (13) »
niedziela, 08 marca 2009

Ech, czasy to nam się pozmieniały, oj bardzo pozmieniały. Niebawem zapewne będziemy mogli kupić sobie w kiosku na dworcu ( zamiast gazety ) laptop. Do tego kanapkę i małą wodę mineralną.

Wyruszyłam do Warszawy, tak jak pisałam, w czwartek lekko po południu. Ulokowałam się w swoim wagonie, na swoim miejscu, facet, co ( jak się potem okazało) wracał z misji wojskowej ( niestety nie dowiedzieliśmy się z jakiej ), postawił moją małą, błękitną walizkę na półce, w przedziale był komplet. Za 102 złote ( tyle kosztuje przejazd IC z P-nia do Wa-wy) tłoczymy się obecnie w 6 osób w przedziale II klasy, a nie w 8 jak onegdaj. Kiedyś lubiłam podróżować wagonem bez przedziałów, wiadomo, tam czasem można było podejrzeć ciekawych ( dla mnie wszyscy tacy są ) ludzi, wydawało mi się, że jest więcej powietrza, poza tym tak po europejsku... itp. Ale niedawno przestało mi się to podobać, bo przy pełnym komplecie w wagonie przestała działać klimatyzacja, a był upał. 

Zatem, ulokowałam się, rozebrałam z płaszcza, wrzuciłam go na półkę...

No, a potem się zaczęło. 

Z torebki wyciągnęłam "Senność" Kuczoka i wodę mineralną niegazowaną, facet z misji telefon komórkowy i rogala marcińskiego, a pozostali pasażerowie, czyli dwie trzydziestoparolatki w grafitowych kostiumach i dwóch facetów po czterdziestce, w szarych garniturach, poukładali sobie na kolanach laptopy.

Cztery przenośne komputery na sześć osób! Wierzcie mi, z tą książką, chociaż to tytuł na tzw. topie, ale jednak w papierowej wersji, poczułam się bardzo nienowocześnie. I staro. Przystojniak obok mnie działał w excelu, kobieta nieco dalej używała komunikatora i worda, a pozostałych dwóch ( wyszło, że z jednej firmy ) przekazywało sobie dane na pendrajwach:). 

- Jest zdecydowana różnica, gdy się widzi kule na filmie, albo w grach komputerowych, niż w akcji wojennej... Tam naprawdę słychać świst, ale, zresztą, w centrum miasta każdy, nawet niewinny człowiek, też może dostać cegłą. Nie boję się ... Jeśli chodzi o śmierć to przecież nie ma reguły - facet z misji dążył do nawiązania rozmowy. Słowa swoje kierował do przystojniaka z siedzenia obok mnie. Przechylił się do przodu i natrętnie mu przyglądał. Spojrzenie jednak miał jakby nieobecne.

- Tak - uniosła na chwilę brwi kobieta w kostiumie.

- No, na pewno - podniósł na moment wzrok facet spod okna. 

Mój sąsiad klikał namiętnie, uśmiechnął się lekko, ale za chwilę znowu wrócił do tworzenia swoich tabel. 

Przestałam czytać. Zaczęłam myśleć, że oto zdarza się taka sytuacja, że na moich oczach, spośród wszystkich towarzyszy podróży, najbardziej rozmowny okazuje się być człowiek, którego na pewno krępuje tajemnica wojskowa. I, niewątpliwie, cnota powściągliwości w nieważnym gadulstwie.

Klikanie nie ustawało. 

- Widzieliście Państwo? Kilka przedziałów dalej siedzi Lepper ze swoją świtą. Opalony, jakby latem - nie rezygnował facet z misji wojskowej. - Nic gorzej nie wygląda bez urzędu.

He, he - przeleciało po przedziale. 

Klikanie nawet na moment nie ustało.

Tuż przed Warszawą Zachodnią wracałam z toalety, w jednym z przedziałów wymieniony wcześniej Premier oddawał się rozmowie. Rzeczywiście, wymuskany, zadbany, w błękitnej koszuli, garnitur granatowy. Bez komputera:). 

W moim przedziale laptopy zaczęły już znikać w szarych albo czarnych torbach, słychać było dźwięk zasuwania zamków. Z sąsiednich przedziałów także.

- Do zobaczenia, do widzenia, dziękuję za miłą podróż, dobrego weekendu - brzmiało po wagonie.

Pomyślałam wówczas - niebawem będzie można kupić przenośny komputer w kiosku na dworcu. Zamiast gazety. To pewne.

A ja tam lubię szelest przerzucanych papierowych stron.  I podróże lubię, bo nadal, bardzo, bardzo kształcą:)

  

21:24, kocurkowata
Link Komentarze (16) »
niedziela, 01 marca 2009

Moim życiem rządzi lęk. On, jak cienka szpila, wbija się w miejsce, które jest odpowiedzialne za rozsądek. Boję się. O przyszłość, o teraźniejszość, o finansowe bezpieczeństwo. Zwłaszcza. Bo obecnie jest tak, że wszędzie wmawiają nam, że zaraz wokół wszystko się rozpadnie, cały ten nowoczesny świat, puzzle z powiązań ekonomicznych. Jak prowizoryczna konstrukcja. Kraczą, straszą i demonizują. Ekonomiczni wizjonerzy po czasie. Ikony makroekonomii.  

A Ty potem to sprawdzasz. Przejdziesz się po mieście i widzisz marazm: w biurach turystycznych przeceny, w sklepach oferta wiosenna niezbyt szeroka. Budowy stanęły, mieszkania ponoć puste, nadal do wzięcia, mimo, że tanieją. Strach o przyszłość blokuje jakiekolwiek działanie, wszyscy czekamy. Nie podejmujemy żadnych zbędnych ruchów, chociaż nadal nam wciskają karty kredytowe, nie bierzemy ich, nadal oferują nam kredyty hipoteczne, nie bierzemy ich. Proponują wypady zagraniczne - też nas nie obchodzą, bo drogo, bo niewiadoma, zapłacimy, a nasze biuro padnie... Wstrzymujemy się. A strach, ta niesłychanie destrukcyjna siła, uniemożliwia działanie, utrudnia konsumpcję, blokuje rozwój. Bo lęk napędza kryzys.     

Bałam się zawsze, odkąd pamiętam. Najpierw, pewnego lata, że nie zobaczę już nigdy swojej ulubionej szkoły podstawowej, że juz więcej nie będę zwyciężać w zawodach sportowych. Bo będzie wojna. Izrael.

Po co, w takim razie, mama kupuje mi kredki...? Nie mogłam tego zrozumieć.

Potem była Czechosłowacja. Następny stres. Też żegnanie się ze światem. Z życiem w bananowej spódnicy i haftowanej bluzce.  

No i Afganistan, wtedy miałam już tyle lat, że potrafiłam docenić radości życia. Potwornie bałam się, że to wszystko się kończy, bałam się śmierci. Bomby atomowej. A właśnie rodzice kupili mi oryginalny haftowany kożuch na zimę... i urodził się mój maleńki synek...

Wtedy miałam sny polityczne. To zabawne,  ale pewnej nocy spotkałam się na wielkiej, zielonej łące z Helmutem Schmidtem. Było lato. Biegłam do niego w pięknych, jasnoróżowych czółenkach. Obcas wbijał mi się w wilgotne trawiaste podłoże. A ja biegłam...

Dzisiaj czytam te wszystkie teksty o wielkiej finansowej dziurze, ewentualnym bankructwie całych narodów. Straszą nas. Chórem. Może Naród wystraszony ma jakieś lepsze cechy?? 

I ja też boję się, że nie dam sobie rady w kryzysie. A mam tyle do zrobienia. Ograniczam się, jak każdy, czekam na to, co będzie, już nie staram się konsumować życia. A przynajmniej wydawać pieniędzy. Chociaż czasem nie mogę się oprzeć kaprysom, jak każda kobieta:) - wczoraj kupiłam wielkiego, drewnianego bociana. Postawię go nad oczkiem:).

Boję się i czekam jak każdy z nas. Napędzam kryzys... i marzę, że wszystko wróci do normy. Obiecuję, że wtedy już nie będę żyła tak jak kiedyś, docenię wartość pieniądza.

Z ziemii podniosę nawet maleńki grosik:).

 

A nocami śni mi się rwący strumień z bardzo czystą wodą...

 

21:05, kocurkowata
Link Komentarze (8) »