O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
poniedziałek, 28 marca 2011

A u mnie dzisiaj będzie wypadzikowo-weekendowo. Pisałam już, że ze mnie częściowo wiejska dzioucha? Pewnie pisałam. Ale i miejska pancia też ze mnie jest czasami. Na wsi, można by określić, że rodzinnej, i tak na dłuższą chwilkę (niż dwie godziny na kawę) byłam ostatnio naście lat temu. Ale teraz w końcu uległam zaproszeniu na kilka dni (aż), i co było robić? Dziećmi już się nie wykręcę, pracą w weekend to wstyd mydlić oczy, wnuki też nie płaczą, a chłop ciągle ten sam. Jakiś problem z psem zaistniał przez chwilę, ale w końcu i jego udało się ulokować.

Miałam więc kilka dni sielskich, aromatycznych, spożywczych, nieco monopolowych, a nawet sportowych i turystycznych. I co ważne, słonecznych.

Okazało się, że pole onegdaj dziadka właściwy spadkobierca  (kuzyn) całkiem dobrze obrabia. 

I chociaż wieś podpoznańska to ekstra wille i świetne dacze, to jednak widziałam płot znajomy z dzieciństwa. Z prawdziwymi sztachetami.

 

I kurki złotopiórki dreptały po jakimś podwórzu. Niewiele, ale w jednym z gospodarstw starego typu, były! Dwie.

Był też las mojego dziadka. Onegdaj, bo dzisiaj stanowi majątek kuzyna. Nawet o mało moi rodzice kiedyś nie zostali nim obdarowani, czyli dzisiaj byłabym właścicielką matecznika (im głębiej tym większy), gdzie mogłabym robić.... o, wiele rzeczy można by było tam robić...

 

Na przykład usiąść na mchu, i podumać. Albo przez niedopatrzenie na mrowisku, i nie podumać bynajmniej;))) 

Widziałam najprawdziwsze jelenie i nareszcie nie czułam się samotna;))!!! Czyli jeleni nie sieją!

Ale wszędzie dobrze, jednak we własnym domu najlepiej. W sumie, co się przewietrzyłam to moje. Było nawet bardzo miło i wesoło.

To tyle w skrócie, bo przecież nie napiszę, że spało mi się świetnie, że cisza ogłusza, a obcowanie z przyrodą (taką namacalną) sprawia, że nie szkodzi ani wino, ani tiramisu, czy sernik na czterech tabliczkach czekolady. A nawet mięsiwa i sałatki przeleciały sobie lekko, pozostał tylko przecudny smak! Którego wszystkim życzę!  

poniedziałek, 21 marca 2011

Moja Kochana Przyszła Synowa ( piszę tak miło bo ją lubię!) dostrzegła wczoraj adres mojego bloga. A stało się tak przez partactwo O., ale także jakieś czary mary komputerowe też brały w tym udział. Zwłaszcza podejrzany jest program Picasa. Otóż skopiowałam z pulpitu folder ze zdjęciami Kościoła, a wgrały się do jej komputera (O. użył Picasa?) także zdjęcia, które miałam w Picasie. A w tamtym folderze niektóre były z adresem bloga, bo je kiedyś publikowałam! Normalnie się zaczerwieniłam! Co mi pozostało?

- Proooooszę Cię, zapomnij ten adres!

- Na pewno nie będę tam wchodzić, bo jeszcze coś o sobie przeczytam. I będzie mi przykro!

Mało (albo wcale) piszę o przyszłych synowych, bo są fajne, bo generalnie lubię ludzi, bo gderać będę za jakieś dwadzieścia lat!;) Choć zdaje mi się, że chyba coś poczyniłam na temat byłej, na całe szczęście już nie panującej, ale to przecież jest doskonale zrozumiałe!;)

Dziewczyna (przyszła synowa, znająca sekretny adresik) ma rację! Nie warto podglądać, podsłuchiwać i podczytywać! Nie warto, bo życie jest za krótkie, by dopuszczać do siebie jedynie słuszne, ale mało obiektywne "prawdy" o sobie, tyle, że inaczej.

Kiedyś (muszę się do tego przyznać) zdarzyło mi się podsłuchiwać rozmowę(zaraz za drzwiami, czyli słyszalność była znakomita) mojej odwiecznej oponentki z drugą moją odwieczną oponentką! To było straszne! Nigdy już (ani wcześniej, ani później) nie usłyszałam tak okrutnych;) charakterystyk dotyczących mnie samej:)! Mocno to odchorowałam.   

Dzisiaj już wiem, że przecież najbardziej prawdziwa to ta opinia, którą my sami o sobie mamy! W każdym razie, ja jestem ze swojej bardzo zadowolona!;P

  

piątek, 11 marca 2011

Napiszę to samo co dałam przed chwilą na Facebooku! W związku z trzęsieniem ziemi, z tsunami, z Japonią, dokąd zawsze chciałam pojechać, z Hawajami...

Myśl Sorena Kierkegaarda, duńskiego prekursora egzystencjonalizmu wydaje mi się dzisiaj najbardziej odpowiednia do zacytowania!

"Możliwości są bardziej przerażające niż rzeczywistość"!

Jestem przerażona ogromem tragedii! Ktoś się jej spodziewał? Czy wolno, tak, bez zapowiedzi..., bez ostrzeżenia???!

 

wtorek, 08 marca 2011

Rano, w mojej wiodącej firmie usłyszałam:

- W imieniu Rady Zakładowej, Pierwszego Sekretarza POP i Dyrekcji składam Pani bezkwiatkowe życzenia z okazji Pani Święta - Właściciel firmy głośno śmiał się ze swojego dowcipu. Ja zresztą też.

I klap, w moje łapki wpadła biała, niewielka i bardzo chuda koperta. Zajrzałam doń zaraz, gdy opuściłam gościnne dla kobiet pielesze. Stówka!

Po południu w Kupcu Poznańskim w Wenezii, w moje łapki wpadła czarna duża torebka. Stała się moja, bo i jej przecież jestem warta! Poza tym była mi potrzebna. No i, wreszcie, jest Dzień Kobiet!

Kobiece łapki nadal nie były nasycone i musiały w nie powpadać jeszcze inne substytuty czegoś. Głębszych uczuć? I dlatego oczywiście, że nadal byłam tego warta! Beżowy cień od Estee Lauder i sznurek szklanych, mieniących się od fioletu do błękitu szkiełek i kolczyki do kompletu z Apartu zasiliły szkatułę z kobiecymi skarbami. Będą znakomicie uzupełniać fioletowy komplet, który szykuję na ślub.

W domu zastałam samotną, bladzieńką ze wstydu różę (słownie: jedną) i wino na stole. Onegdaj sama je kupiłam. Poza tym słodkości.

Ubrałam się ładnie i czytam mejle z życzeniami ( jeden jest tylko nie od rodziny!!!! - wrrrr), mam powód, by długo pocieszać się torcikiem;) 

Szałowego wieczoru życzę, a jeśli na takowy nie ma szans, to chociaż smacznego!!! 

Dla mamy, pani, dla dziewczynek,
w domu i w szkole, na wycieczce,
każdego dnia dobry uczynek -
to jest od chłopców drobny upomine
k
:))

piątek, 04 marca 2011

Dzisiaj miałam dzień urzędowy, najpierw odwiedziłam dwa urzędy skarbowe, potem Sąd. Wypis z księgi wieczystej zawsze dają od ręki, ale nie dzisiaj, niestety, popsuł się ogólnopolski system rejestrowy. I klops. Zadzwonię w poniedziałek, dowiem się, nie jest mi to pilnie potrzebne. Potem na rynku kupiłam kwiaty, wiosną najbardziej  lubię tulipany. Wpuściłam wiosnę pod swój dach, kwiaty postawiłam w wazonach i doniczkach. Kilka dni temu zakwitł amarylis, zastanawiam się tylko dlaczego jeden, dwa inne "poszły" w liście, a zawiązki kwiatka nie widać. Mniejsza z tym. Jest kolorowo. Zaraz zrobiło mi się nieco weselej! Kwiaty cieszą oko moje i psie.

Tak sobie myślę, że w większości blogów, które czytam (tak, tak, robię to systematycznie w czytniku, mimo, że sama mało ostatnio piszę i prawie wcale nie komentuję) zawsze wyłowię coś dla siebie. Myśl nową, jakiś nastrój, ciekawą obserwację, czy spostrzeżenie. Nieraz zachwyci mnie relacja ze zwyczajności. Z dnia codziennego. Nieśpieszna, jak ten dzień... Zazdroszczę takiej umiejętności.  

Ja chyba nie potrafię się cieszyć z drobiazgów. Nie jestem zadowolna, gdy dzień "turla" się powoli, gdy nie mam się czym ekscytować, gdy martwię się, że może już nic ciekawego mnie nie spotka. I gdy ze zdumieniem konstatuję, że wielu moich znajomych spasowało, zwyczajnie, "osiadło" w swoich domach. Jakby już nie miało się nic wydarzyć. Biorę udział w różnych inicjatywach społecznych, polokowałam się w  wirtualnych społecznościach, klubach, na blogowisku - dlaczego? Bo nie nauczyłam się czerpać radości z samotności? Bo samotność mylę z osamotnieniem?   

Coś mi się zdaje, że w moim blogowaniu ostatnio nie ma nic do wyłowienia, wszystkie moje najlepsze myśli zawarłam w książce, którą skończyłam wreszcie pisać, ale jeszcze czytam. Czuję się rozebrana z intelektu, wyjałowiona. Może to wrażenie potęguje oczekiwanie na wiosnę, jakieś takie przycupnięcie na chwilę...?

To skończę na dzisiaj, może zdjęcia kwiatków wkleję..., może posłucham muzyki. Albo pójdę poszukać niezwykłości w zwyczajności...

Miłego weekendu:)    

wtorek, 01 marca 2011

Po ubiegłotygodniowych wizytach w poznańskim grodzie kilku moich znajomych i na mnie przyszedł czas, żeby kogoś zrewizytowac:). Padło na syneczka starszego i warszawskich znajomych. Syneczek, jak zawsze staje na wysokości zadania (ja też, bo szarą kieckę do teatru już dawno miałam w szafie:)) i zawsze mam bardzo urozmaicone atrakcje.

Wyjechaliśmy w bardzo dobrych nastrojach, nawet zima za oknami nie mogła ich popsuć. Przez okno pstrykałam zdjęcia mimo, że niedawno przyrzekałam nie zrobić już żadnej fotografii z białym, jako przeważającym kolorem.   

 

 

Droga zleciała prędko, a wieczorem aż do później nocy przy hinduskim jedzeniu i portugalskim porto:)) graliśmy w grę planszową opartą o pytania i kłopotliwe:), bo trudne odpowiedzi - i było super. Zwłaszcza, że moja para od razu wyszła na prowadzenie.

Zaś następnego dnia zaliczone musiało być Centrum Mokotów:), obiad ( tym razem polski ) ze znajomymi, a wieczorem Teatr Żebrowskiego. I tutaj się zatrzymam. "Fredo dla dorosłych" leci w różnych teatrach (byłam wcześniej w poznańskim Nowym), ale nie zawsze zachwyca gra aktorów. A tutaj! Żebrowski - niezbyt, jakiś taki sztywny, jak w każdej roli, moja uwaga się na nim nie skupiła. Na drugiej parze mniej znanych aktorów też nie za bardzo. Chociaż taki młody Konrad Darocha jako Alfred był dobry. Ale Jola Fraszyńska! Ona jest boska. Boska do potęgi. Każda minka, poza, gest - to wszystko było mistrzostwem nad mistrzostwami.  

Późnym wieczorem, pełni zachwytu jej grą, odpoczywaliśmy miło rozmawiając, już w większym gronie. Tym razem popijaliśmy jakieś izraelskie winka - i tak zrobiła się noc. Krótka, bo rano czekała nas wycieczka do Centrum Kopernika, gdzie spędziliśmy kilka godzin. Każdy gdzie indziej:)    

Ja skupiłam się na dziejach odtwarzania dżwięków.

I na podziwianiu efektów świetlnych... 

Potem na instrumentach muzycznych, które nawet wydawały dźwięki.

Chwilę pograłam na harfie...

W końcu znalazłam pewnego metalowego stwora, który przewracał oczami na mój widok i po naciśnięciu przeze mnie dwóch guziczków:)) napisał dla mnie wiersz. Wprawdzie nie był to erotyk, tylko romantyczna ballada, ale nigdy nikt w tak krótkim czasie nie zrobił tego dla mnie bez gderania. I cudownie przewracając oczami;)))

Na końcu do obejrzenia został jeszcze spektakl robotyczny. Potem spacer Nowym Światem, pizza w jakiejś knajpce, buzi buzi i come back to Poznań.

Gdzie przyjdzie mi i nam wszystkim niespokojnie wypatrywać wiosny...