O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
sobota, 25 kwietnia 2009

Był sobotni poranek, niskie słońce ogrzewało jej twarz. Przeciągnęła się, nareszcie była wyspana, pomimo, że do drugiej w nocy życie zadokumentowało ją, ograniczyło segregatorami i prawem. Zabroniło patrzeć na cudowne filiżanki z delikatnej porcelany i płótna otwierające świat egzotycznych wąskich uliczek. Albo poczuć urok zaklęty w dachach. Życie wyraziło jedynie zgodę na nocną muzykę.   

Jak zawsze, wstała pierwsza, pognała do łazienki, odsłoniła roletkę, ucieszyła się widokiem kwitnącej jabłoni, wzięła prysznic.

- Jeooozzzyyytaaaszzkkkk!!!! - rozległo się zza drzwi. Wyłączyła wodę. Zastanowiła się.

Powtórz, bo nie zrozumiałam. Mówiłeś, że nie jestem Zytą, czy, że mój ojciec był Żydem?!

- Pfff, żartujesz chyba! Mówię przecież wyraźnie. Pies się zrzygał!!!

Odkręciła wodę, sięgnęła po żel, zaczęła się śmiać. Tego rana potrzebowała zwyczajnych dialogów na cztery ludzkie nogi i cztery łapy psie...

Miłego popołudnia:))

 

11:36, kocurkowata
Link Komentarze (16) »
czwartek, 23 kwietnia 2009

A u mnie dzisiaj będzie inaczej, bo jest ku temu okazja i trochę konieczność. Konieczność, a może bardziej sposobność ( lubię zmiany kierunków jazdy), bo jestem zapitowana, nie dam rady skleić nic kreatywnego i "mojego", nie ma takiej możliwości. Ubolewam bardzo.

A okazja dlatego, że dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich i bardzo chcę  zacytować mojego Ulubionego Pisarza - jest nim oczywiście Wiesław Myśliwski.

Poniższy fragment pochodzi z " Traktatu o łuskaniu fasoli".

" Niech pan tak zagłębi się, niech pan spróbuje jakby tą pierwszą myślą, o ile to możliwe, tą nie skażoną jeszcze niczym, dotknąć świata. Przyzna pan wówczas, że to, co opowiedziane, nie odwrotnie, ustanawia to, jak było, jest czy będzie, nadaje temu wymiar, skazuje na nicość lub na zmartwychwstanie. I tylko to, co opowiedziane, jest jedyną możliwą wiecznością. Żyjemy w tym co opowiedziane. Dlatego coraz ciężej żyć. I może tylko sny stanowią o nas. Może jeszcze tylko sny są nasze"

A my tu gadu gadu... zaś o wyraziste i mądre sny, w dobie chemii na wszystko, coraz trudniej ...

18:44, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
czwartek, 16 kwietnia 2009

Uczucie rozczarowania towarzyszy mi od zawsze. Doskonale pamiętam, że kiedyś nie pojechałam na przyobiecaną kolonię, innym razem na obóz,  potem na studencki wypad. Kiedyś, jako dziecko, marzyłam o czerwonej sukience, potem o rowerze, czy łyżwach. Ale dostałam substytut - tak sobie wytłumaczyłam - błękitny sweterek w wyciskane wzory i nowiutkie narty. Oswoiłam swoje marzenie. Przebudowałam.

Potem rozczarowywałam się facetami, ciężko bywało, bolało, co tam bolało, duszę mi rozrywało, ale w końcu znajdowałam antidotum. Pracę najczęściej i innne zajęcia odciągające uwagę:).

Innym razem miałam nadzieję na awans. Ślinka mi ciekła na tę posadkę bardzo, była znakomicie płatna i prestiżowa, ale... był ktoś lepszy, nie znosiłam tej baby, patrzeć na nią nawet nie mogłam, bardzo długo się z tą sytuacją godziłam. Chyba najdłużej. Potem zmieniłam pracę. 

Swoje rozczarowania zawsze bardzo skrzętnie chowałam, chyba nikt mnie nigdy by o takie niegodne stany nie posądził. Bardzo trudno przecież jest przyznać się do własnej słabości, dzisiaj najlepiej być silnym. I do tego facetem:). Jestem pewna, że wielu z nas tak uważa.  

Od niedawna dopiero myślę, że jednak czasem dobrze jest swoje rozczarowanie wyjawić. Pokazać ludzką twarz. 

Tylko, czy zawsze...?   

Oto fragment pewnej rozmowy. 

- Ty przelewałaś z ojca konta pieniądze na konto Izy?

- Tak.

- Ile  przelałaś?

- Całość, 1600 euro.

- Jak to całość! Miało być 2000 euro.

- O co ci chodzi.

- Jak to, o co? Jak mogliście obydwoje zrobić taką przykrość Izie. Ojciec powiedział, że ofiarowuje jej dwa tysiące,  a ty w sumie przelałaś tylko 1600. Jak tak można. Obiecać, a potem nie dać.  Dziewczyna się rozczarowała. Płakała bardzo, na zajęcia nawet nie poszła. Powiedziała, że do dziadka już na pewno nie pojedzie... chyba, że jej to jakoś zrekompensuje. Mam nadzieję,  że wie jak okrutnie z nią postąpił...

Wystąpili:

Dziadek - 90  lat - profesor biologii w stanie spoczynku.

Ojciec - 50 lat - lekarz ortopeda. Wzięty.

Iza - studentka AWF.

10:44, kocurkowata
Link Komentarze (11) »
czwartek, 02 kwietnia 2009

Usiadłam przy biurku, niecałe trzydzieści minut temu, zauważyłam, że świat wokół mnie znowu ucichł. Niewielu z nas porusza się po mieście, dzisiaj raczej gromadzimy się przy telewizorach i w kościołach, czy na koncertach. Ku świętej pamięci Naszego Wielkiego i Kochanego Papieża.

I ja powróciłam myślami do tamtych dni.

Bardzo dobrze ( jakby to było wczoraj ) pamiętam sobotni, ciepły w sumie, bezwietrzny wieczór. Wieczór bardzo religijny, w tak bardzo zmieniający nas duchowo, sposób. Wstrzymywaliśmy oddech, pocieszaliśmy się nawzajem, wspomagaliśmy, a jednak mieliśmy nadzieję że nie skończy się Ten Świat. Z NIM.

Po dwudziestej wróciłam z Kościoła spłakana i wzruszona, z muzyką, którą On tak bardzo lubił, w pamięci, by zaraz prawie dowiedzieć się, że nadszedł kres. Że nie ma Go już wśród żywych. Że umarł Nasz Świat.

Wokół ucichło, świat zamilkł. Pogasły światła. Zapłonęły wszystkie świece. Mieliśmy nadzieję, że lepsi jesteśmy na stałe. Zjednoczyliśmy się.

Następnego dnia, a była to niedziela, rannym pociągiem ( po nieprzespanej nocy) jechałam do Warszawy, podróżowało niewielu pasażerów, w wagonie otwartym obce sobie osoby wspominały Go, wszyscy płakaliśmy. A potem, już o zmierzchu, bardzo zatłoczonym samolotem, leciałam, wraz z synem, do Londynu. Póżnym wieczorem przywitała nas rozświetlona stolica nad Tamizą. W kolejce Heathrow Ekspress, którą to przemieszczaliśmy się z lotniska do dzielnicy Westminster, nadawano film o Papieżu, Naszym tylko Góralu. Ukochanym. Biała sutanna, popielate gołębie, wędrówka po górach, klejące się do niego dzieci, piękny uśmiech... dźwięki Barki, to wszystko razem wzruszyło Syna i mnie do głębi. Ale i tym razem pasażerów kolejki, w tym Hindusów, Anglików, Muzułmanów różnych narodowości, Żydów i może jeszcze pozostałych wyznawców innych wiar. Zwolenników całkiem odmiennych idei. 

" Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę" - te Jego słowa zawsze pamiętam.  Czy się nimi kieruję, to inna sprawa. Staram się.   

20:04, kocurkowata
Link Komentarze (7) »