O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
piątek, 23 kwietnia 2010

Zachciało mi się poeksperymentować! A raczej pobawić w bezmózgowca. W końcu mamy przesilenie wiosenne. Każdy ma podobne momenty, ostatnio takowe mogłam zaobserwować u pewnego Pana. Wczoraj mu o finansach takie tam serwowałam nieśmiało, bo chciał. Że aktywa to z grubsza to co firma posiada, a z pasyw wyczytać możemy za co owe aktywa ma. Czy za własne pieniądze czy za cudze. Że rozdmuchane środki trwałe świadczą o unieruchomieniu firmy, że jeśli w bilansie zobowiązania są dużo wyższe niż kapitał własny, to niedobrze. Chyba, że wierzyciele są wspaniałomyślni i odpuszczą...;) I tak się produkowałam i produkowałam..., cisza zaległa, ja patrzę, a Rozmówca smacznie śpi! 

O czym to ja..., aha, o tym, że korzystając z chwilowej ( mam nadzieję) niechęci do zawodowego uświadamiania laików w kwestiach zasadniczych, postanowiłam się dzisiaj pobawić. Jak dziecko:) Najpierw aparatem, a że ogrodzie coś już powschodziło, było gdzie pstrykać, raczej bez ładu i składu. Mój ogród nie jest obecnie modelowy, na trawniku i nie tylko tam panoszy się gruz i drewno ze starych drzew owocowych. Z tymi drewnianymi pieńkami to nawet dom malowniczo wygląda, pomyślałam, że koniecznie muszę znaleźć kogoś by zbudował w końcu drewutnię, potem ze trzy kubiki drewna dokupić, w końcu kominkiem można się w razie dużych mrozów ratować. Najwyższy czas myśleć o zimie;), jak uciec od kosztów ogrzewania wymuszanych przez krwiopijcze molochy - za styczeń za samo ogrzewanie musiałam zapłacić 1500zł i wcale ciepło nie było. Ale wracając do tematu - jedynie funkcja makro mogła ukazać prawdziwe kolory i urodę mojego ogródka z maleńkimi w końcu kwiatkami.   

Kolaży nigdy nie robiłam. Co to dla mnie?! Pesteczka, zwłaszcza, że zamiast. Zarozumiała jestem. Lubię takie tam różne "zamiast". Ale co to? To nie jest tak jak myślałam! Niejaka pesteczka wymagała sporo koncentracji i myślenia! Spociłam się jak po burrito! To poklikałam trochę w wordzie, tak, wielkimi krokami nadchodzi czas na moje powieści. Wiem, że batalię o ich wydanie muszę w końcu zacząć, dopisałam trochę w międzyczasie, ale nie jestem zadowolona. Jestem specjalistką od niedosytu. Jednak znajomi i wynajęci czytacze poloniści wiercą mi dziurę w brzuchu żebym działała. Twierdzą, że to co piszę wciąga i ma klimat! Zobaczymy... 

A potem przypomniałam sobie, że w poniedziałek jestem umówiona z nową, poleconą mi krawcową. Nie zamiast Krawca-Mistrza o którym pisałam kiedyś, On jest Artystą Krawiectwa Ciężkiego. A Ona powiewne letnie sukienki i spódniczki ma mi uszyć, kolorowe jak zapowiedź lata! Mam nadzieję, że wzorem poprzedniej  Nibykrawcowej nie będzie mi dowodzić, jak coś jej się nie uda, że mam piersi źle osadzone!:)Wyciągnęłam z szafy trzy tkaniny na pierwszy rzut. Skąd mi się takie upodobanie do deseni i ostrych kolorów w tym sezonie wzięło? Nie wiem, ale już cieszę się, że kupiłam "krzyczące" żorżety jedwabne, czy biało turkusową satynę bawełnianą, idealnie dopasowaną do turkusowych sandałów na koturnie.      

I w ten oto sposób stąpnęłam dzisiaj na jałowe pole, czyli bezkarnie zabijałam czas. W nadziei żeby on nie zabił mnie...?:))

Tagi: dylematy
19:58, kocurkowata
Link Komentarze (5) »
sobota, 17 kwietnia 2010

Zastanawiam się, co by było dla mnie najlepsze. Dwa pokoje biurowe, a raczej stan ich budowlanego zaawansowania, daje w zasadzie jakąś perspektywę finału. To wersja optymistki. Łazieneczka też wyszła całkiem, całkiem, jest nawet prysznic, gdyby klient się spocił przy płaceniu rachunku...

Pokoje nie są dokończone, bo nie ma jeszcze listew, regału z ręcznie formowanych cegieł klinkierowych, nie są podłączone grzejniki a z podłog wystają plastikowe rurki, jeszcze poszukam stolarza, który zrobi mi belkę na suficie i blat nad półścianką, no i niewielki aneks kuchenny. Potem muszę kupić lampy, skałkę zagruntować, a później wreszcie zamówię dwa hokery, żeby nad dobrym jedzonkiem, albo znakomitym winem, oczywiście czerwonym, wieść po pracy dysputy w parze. Czasem długo w noc. Funkcje biura przenikają się z domowymi. Za chwilę zamiast fotela pod oknem będzie stało biurko, a na ścianach pojawi się kilka obrazów.

 

Drugi pokój, w zamyśle dla ewentualnych współpracowników, niebawem też będzie gotowy. Generalnie ściany wszystkie są postawione, wyszlifowane nawet, ale w jednej partacze zrobili otwór drzwiowy ( drzwi wraz z ościeżnicą już mam ) za mały. I znowu czeka mnie kurz i pył, na które okazuje się jestem uczulona i kaszlę od kilku miesięcy. Na całe szczęście rentgen wykazuje brak zmian.  

Pozostaje do wykonania wejście z frontu. No i schody, tutaj też powstał problem bo standardowe nie zmieszczą się do linii płotu, więc muszę główkować jak je usytuować, cokolwiek wymyślimy, i tak nie będzie zgodne z projektem. Architektowi onegdaj mnożyły się metry, a urząd przyjął jego bazgroły. I ja też. Znowu będę myśleć, a nie pisać - czyli umykać swemu prawdziwemu powołaniu...:)Kilka dni temu kierownik budowy przypomniał mi, że mam względem niego jakieś zobowiązanie z przeszłości. Jakie kurczę zobowiązanie, skoro przez trzy lata nic nie robił, ani nic nie mówił! Ponadto nawet nie dokonał zaległych wpisów w księdze budowy. Cóż za pamięć! Znakomita. Oni wszyscy stawiają mnie zawsze do pionu! Zawsze. Jest coś takiego w mojej osobowości, że w każdej sytuacji zrobią ze mnie zobowiązaną. Nawet gdy jestem darczyńcą! Ale dogadać się jakoś muszę. Tak sobie myślę, że kiedyś każde, nawet bzdetowate negocjacje mnie przerażały, wolałam płacić i płakać! Albo lepiej - płakać, płacić i płakać nadal. Lata radzenia sobie w zasadzie samej plus od jakiegoś czasu Coach - ojciec mojego ewentualnego sukcesu, zrobiły swoje. Wcale mnie to nie cieszy, nie chcę być cyborgiem! Chcę czuć, podlegać emocjom, nie wstydzić się słabości, niedoskonałości, łez, czasem szczycić się odmiennymi od powszechnych poglądami, nawet niechby głupimi, bronić swoich racji, zdjąć wreszcie absolutnie niekobiecą kufajkę. Żyć, po prostu!

No i dla tego pozoru znowu zastanawiam się co by było dla mnie najlepsze. Teraz. Czy warto ze swojego życia uczynić jeden wielki plac budowlany? Mieć pomysły, tworzyć, działać, coś ciągle wymyślać. Żeby coś się działo, żeby powstawało. Przecież robię to dla siebie, dla swojej przyjemności. 

A może rzucić wszystko, wsiąść w samolot i polecieć na koncert do Melbourne? Albo do Tanglewood w stanie Massachusetts. Konsumować. Napaść się wszystkim co daje świat. Nażreć atrakcjami, żeby obrzydło. Czy może inaczej - w ten sposób uciec...

Myślę, że raczej byłby to unik, bo gdy przypomnę sobie co mam do zbudowania potem, z mety cierpnie mi skóra!

Tagi: dylematy
18:41, kocurkowata
Link Komentarze (14) »
środa, 14 kwietnia 2010

Wychowujemy dzieci dla świata, potem oni swoje, a nasze wnuki, sami też nie trwamy wyłącznie dla siebie... Jednak tylko nieliczni mogą umrzeć jak Bohaterowie, podczas szczytnej misji, z przesłaniem, dla nas, dla innych, dla idei, ducha... Niestety, nie wszyscy z nas, ułomnych tylko ludzi, mają tę zdolność, żeby to dostrzec. Dzisiaj bardzo nad tym ubolewam.

Ta Prawdziwa Polska od soboty jest pogrążona w żałobie, płacze najbardziej szczerymi łzami.   

 

Tagi: Polska
19:23, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
sobota, 10 kwietnia 2010

- Mamo, włącz telewizor - usłyszałam w słuchawce, kiedy rano z kawą w kubku zasiadłam przed komputerem i próbowałam zrozumieć dziwny komunikat na gazecie. Że samolot, że Smoleńsk, że co? Polski samolot? Pusty leciał?

- Mamo, taka tragedia! W jednej chwili zrozumiałam, stało się coś strasznego, coś co nie powinno się nigdy wydarzyć. A potem dochodziły coraz gorsze wieści, polska flaga z kirem zawisła nad oknem. Nie tylko nad naszym, łopoczą w wielu miejscach, razem z sąsiadami usiedliśmy przed telewizorem, wzruszeni, w żałobie. Jak po zamachu 11 września, jak po śmierci Papieża... Łzy lecą nam z oczu, nikt ich nawet nie wyciera, zaczął padać deszcz...  

Wielcy tego Świata, Patrioci odchodzą za wcześnie. Doceniajmy Ich. Cześć Ich pamięci!  

20:18, kocurkowata
Link Komentarze (3) »
środa, 07 kwietnia 2010

 

 

 

 

... i zupełnie nie wiem kiedy wróci...;))- trochę potrwa to moje poszukiwanie płaszczyzn odniesienia. Na pewno! Dla wszystkich blogowych Przyjaciół pozostawiam cudowną piosenkę i niedawno sfotografowane piękności wiosny z mojego ogródka:) 

 

19:26, kocurkowata
Link Komentarze (3) »
sobota, 03 kwietnia 2010

W sobotę gospodarze pojadą do pobliskiego kościółka, konno, w towarzystwie gości święcić pokarmy. Nie będą to małe koszyczki, ale wielkie kosze pełne jedzenia, które potem, podczas świąt będziemy spożywać. Wszyscy  będziemy uczestniczyć w przygotowaniu niedzielnego śniadania, a czego tam nie będzie, żur z szynką, bekonem, białą kiełbasą i jajkami, faszerowane jajka, szynka pieczona w koszulce z ciasta, pasztety z mięsiw różnych i mnóstwo zieleniny. Czyli wszystko czym nie rozpieściła nas zima. Potem zaś małe i duże dzieci wybiorą się na wyprawę do „zajączkowego drzewa” w poszukiwaniu ukrytych niespodzianek. A w lany poniedziałek czeka nas wycieczka wozami do pobliskiego kościółka oraz ognisko z grzańcem.

To nie jest mój "plan gry", to jedynie tęsknota, taka do spełnienia, może za rok..., bo po tej codziennej gonitwie, generalnie swemu zwyczajnemu przecież życiu mam potrzebę nadać nieco mistyki, nakarmić swego ducha, złapać inny oddech.

 

Kochani, życzę Wam i sobie oby nasze zajączki wesołe były, a jajeczka zbytnio nie zaszkodziły! Tak na marginesie, uwielbiam łączyć je ze wszystkim "majonezowym":) Mnóstwo wiosennej, ożywczej czułości dodaję, jak zawsze!

 

 

10:51, kocurkowata
Link Komentarze (3) »