O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
czwartek, 21 kwietnia 2011

Święta jak to święta. Jeśli jest się w miarę młodym, spędza się je z dziećmi i rodzicami, czasem z rodzeństwem. Czyli licznie. Potem przychodzi taki okres, kiedy nasze dzieci usamodzielniają się, często są daleko, albo dzielą swoje towarzystwo na rodzinę swoją i żony, czy męża.  A nasi Rodzice odchodzą. Przychodzi czas świątecznego skupienia, odpoczynku, relaksu.

Ja tak mam w tym roku. Śniadanie zjemy z synem, a potem będziemy z dwóch przeciwległych miejsc przy długim stole raczyć się grzecznościami:

- Podać ci, drogi O. jajeczko z pastą łososiową, czy wolisz z chrzanową?

- Poproszę to i tamto. A może skosztujesz nieco żurku, droga Kocurkowata? Chętnie podam!

Kochani, znikam wieszać firanki, robić listę drobnych zakupów i pitrasić! Ma być mało jedzenia, ale urozmaiconego! Serdeczności! Wasza Kocurkowata 

wtorek, 19 kwietnia 2011

W moim domu kurze z książek wyciera się dwa razy:) w roku. Wczoraj ze zdumieniem odkryłam, że mam bardzo szerokie nieskonsumowane jeszcze zainteresowania. 

Na czym najwięcej kurzu się osadziło? Na pewno nie na beletrystyce. A na czym w takim razie? Wymienię.

"W co grają ludzie" - tę książkę mam od kilku lat, bo w tamtym czasie chciałam wiedzieć sporo na temat relacji międzyludzkich, manipulacji itp. Myślę, że gdybym się jeszcze raz decydowała na zawód - byłaby to psychologia. A pieniądze? - najwyżej dostudiowałabym drugi kierunek:)

Kilka książek fotograficzych, typu "Sekrety mistrza fotografii cyfrowej" - zawsze chciałam robić bardzo dobre zdjęcia. Ale co z tego, skoro mam problem nawet by ogarnąć swój aparat fotograficzny. Okulary muszę zakładać... Masakra. Fotografie robię w zasadzie intuicyjnie.  

"Jak napisać scenariusz" - oooo, to by było ekscytujące zajęcie... Najlepiej, gdyby to był materiał na długaśny serial... Ale nie napisałam w tym trybie żadnej scenki. Uppps.

Kilka książek kucharskich, olbrzymów " Wykwintna kuchnia" ma z 500 stron, "Wielka księga kuchni europejskiej" (496 stron)  - bo chciałabym dobre żarełko pitrasić. Ale ciągle jestem na diecie, przy czym niektóre odchudzające przeradzają się w zwiększające wagę, no i znowu muszę odchudzające powtarzać. I tak w kółko.  

Kilka książek filozoficznych, ale jedna jest szczególnie cenna bo sama wpadłam na pomysł by ją sobie kupić:) - " Żywoty i poglądy słynnych filozofów" - bo przecież nie mogę i w tym temacie odbiegać od średniej:)

Wiele regałów książek turystycznych i przewodników, tego jest naprawdę sporo, dużo się nawycierałam - bo, kurczę, chciałabym wyjeżdżać! Udaje mi się, owszem, w przypadku większości regionów, palcem po mapie.  

Kilkanaście książek na temat budowy, projektowania, dachów, rynien, stolarki - czego tam nie ma? Nawet o fundamentach i izolacji. Po co mi one? Żeby zdecydować się na jakiś dach nie potrzeba być dachowcem, żeby wybrać z czego mają byc mury, nie trzeba być murarzem!

O ogrodach powinnam wiedzieć wszystko. Gdybym przeczytała coś z tego, co tkwi na półce. Przeczytałam, owszem, ale nie wszystko. Poza tym rośliny, które kiedyś kupiłam porosły, nie ma miejsca na nowości, co najwyżej kwiatki w doniczkach posadzę. A do tego wystarczy ziemia, sadzonka i gumowe rękawice:)

Kilkanaście książek i aktów prawnych plus możliwości korzystania z portali z zakresu podatków. To jest ok, w końcu ta akurat wiedza jakoś procentuje. Ale jej nadmiar na pewno szkodzi i obciąża. To już wiem. Zabija spontaniczność i kreatywność:) 

Czy to moje rozległe zainteresowania, czy słomiany ogień raczej? Ech, powinnam chyba się zawstydzić... Albo i nie, bo niewątpliwie wspieram kulejący rodzimy rynek wydawniczy:)

Niech żyje czytelnictwo!

 

 

czwartek, 14 kwietnia 2011

O. wygospodarował sobie w życiu dużo więcej wolnego czasu niż ja, w związku z czym bywa delegowany:) do tzw. urzędów, w sprawach formalnych. Czyli, żeby na przykład złożyć wniosek. To prosta czynność...

Żeby było jasne, O. to facet, o którego kobiety lubią się troszczyć. Każdym, kto sprawia wrażenie "bidaka" lubią. Ja nie, bo  okolicznościowa minka O. biednego i strapionego mnie nie zwiedzie na pewno, a wręcz rozjuszy. Troszczę się, ale w inny sposób. O. ma luz, ja jestem zasadnicza;). O. ma wiedzę o metafizyce (jak chce), ja tylko wyobraźnię. O. pisał znakomicie i pisać może (ale mu się nie chce) poezję, ja piszę, choć pewnie nie powinam, prozę. O ma czas, jest miły (jak chce), ja zołza. O. zawsze ma zwyczajne, ludzkie szczęście, ja wszystko muszę okupić pracą. Tak jest zawsze, za wyjątkiem spraw w urzędach.

Otóż w jednym z nich, a było to późną jesienią złożyłam za pośrednictwem O. pewien wniosek. 

- Tam pracują sami idioci! - usłyszałam po powrocie.

Przyszła długa zima, zapadłam w długi zimowy sen. Super. Minęły długie miesiące, aż przyszła wiosna radosna, nastąpiło przebudzenie. Telefon, urząd, pytanie, kluczenie, moje naciskanie, termin. Decyzja.

Po urzędowe postanowienia zawsze jeżdżę ja. Niestety. O. zawsze ma szereg zastrzeżeń, stara się stworzyć umowę, której nikt na pewno nigdy nie podpisze. W urzędach próbuje dać wykład na temat  prawidłowości i misji na państwowych posadach. Stara się wdrażać własne wnioski prowadzące do genialnych wręcz usprawnień. To mnoży trudności.

Tym razem było rutynowo. Urząd, młody męski urzędnik (pfff, ja onegdaj urzędniczka, mogłabym go nauczyć prawidłowego urzędowania, ale po co...?), chwileczkę podam decyzję, moja nawet gruba już teczka (!), kilka dokumentów w foliowych koszulkach, w tym wniosek z późnej jesieni.

A na obwolucie MOJEJ teczki wielka żółta naklejka, na której napisano odręcznie wielkimi, urzędniczymi literami:)

"UWAGA! BARDZO TRUDNY KLIENT"!   

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Dziś swoje przydługie i zawiłe myśli skryję za cytatem mojego ulubionego mędrca.

"Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy" - Albert Einstein.

Dodam, że oczywiście całe swoje życie staram się o tym pamiętać. Nawet zdarza mi się tę myśl aktywować, dla higieny umysłu mego, gdy mam do zgłębienia jakiś trudny i wymagający zapamiętania paragraf, albo zawiłą drogę rozstrzygania czegoś tam;)

Jednak ciągle mam nadzieję, że może coś wreszcie odkryję...! A wtedy...

 

sobota, 09 kwietnia 2011

No i wygrzebałam się wczoraj z pieleszy, to znaczy pierwszy raz od tygodnia wyszłam z domu, po to by się dowiedzieć, że katar który wpufał i wsapał mi do nosa O. wcale nie maleje, a wręcz przeciwnie, przechodzi w zapalenie zatok, dodatkowo wzmagane przez wichurę. Jednak teraz już na pewno nie będę mogła zostać w domu!

Wracałam zatem w nastroju podłym, a że jestem i chora i jednocześnie na diecie (minus pięć w miesiąc:)), postanowiłam w sklepikach koło domu kupić sobie kilka rarytasów.

Najpierw w mięsnym, plaster indyka do ugotowania:), mniam, mniam. Wchodzę i widzę piękny płat. Różowiutki, widać, że znakomitej jakości... Palcem wskazuję, ślinka mi się już gromadzi, otwieram usta i w tym momencie zza lady słyszę:

- Mąż już był!

Czyli, że nie mam nic kupować! Czyli, że mąż kupił dla mnie indyka do ugotowania? Nie, nie kupił, ale duży plaster wołowiny dla pani wziął. Dla pani! - tak powiedziała. Najlepszy ze wszystkich co mieliśmy!

Wyszłam z indykiem, a co? Jestem ciężko:) chora, mam apetyt, jestem na tej obrzydliwej diecie, po południu muszę jeszcze zrobić wiele służowych rzeczy. Nikt tego za mnie oczywiście nie wykona:) Należy mi się!

W kolejnym sklepie, tym razem ogólospożywczym, zaraz obok, wpadł mi w oko naramowicki twarożek grani. Kwaśny odpowiednio, dość zbity, mało w nim białej cieczy. Dodam ogórka... Dołożyłam dwa jogurty ze zbożem. Cieszę się. Idę do kasy i słyszę:

- Ależ, proszę pani! Mąż już był!

O nie. Tak nie będzie. Odezwał się we mnie duch walki o swoje prawa. Czyli, że mogę wejść do sklepu, kupić co mi się podoba, zapłacić. Nie usłyszeć żadnego komentarza i wyjść!

Do warzywniaka miałam nie wchodzić, ale skoro jestem "persona non grata"? Przekora zawsze mnie gubiła. Poza tym rzodkiewki mi się zachciało i dużo zielonej pietruszki. Weszłam z pewnym lękiem. Sprzedawczyni jeszcze nie znałam, niewątpliwie była nowa. Ucieszyłam się, z ulgą zamknęłam drzwi od trzęsącego się z powodu wiatru blaszaka. I co usłyszałam?!      

 

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

No cóż. Grypa kładzie do łóżka nawet twardzielki. Ostatnio na podobne choróbsko zaniemogłam dwanaście lat temu, w lutym. Pamiętam dokładnie, bo wtedy rzuciłam palenie, dziwnie łatwo zresztą, przy pomocy choroby i niebios, a nałogowcem byłam strasznym.

A teraz co, albo w kogo rzucę?;)

Zmykam, zostawiam Was z drewnianą kukłą z mojego ogrodu, może coś zagra...

Do następnego, jak dożyję..., a jeśli nie, to szukajcie mnie na Facebooku (bo jak pisze pharlap, tam być może nasze życie trwać będzie) albo na Naszej Klasie czy innych portalach społecznościowych...

Może ktoś pomyśli o włączeniu haseł do masy spadkowej?