O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
niedziela, 24 maja 2009

Spotkałam Go w lesie. W ośrodku rehabilitacyjnym dla osób niepełnosprawnych zamknęłam się na całe dwa tygodnie. Było to wczesną wiosną. Uciekłam tam od ludzi, od zgiełku, od codzienności, od Matki, od Obecnego. Większość pokoi była pusta, jak to przed sezonem, a właściwie na kondygnacji mieszkałam sama. Nawet trochę się bałam, bo był to parter, otwierało się wielkie szklane drzwi i schodziło do jeziora. Pustka. Ostatnie podrygi zimy, resztki śniegu, zapowiedź wiosny - jakoś mnie to wyciszało. Jednakże, było to typowe odosobnienie. Wzięłam ze soba laptop, pciampcię:), kilka książek, strój treningowy i kostium na basen. Całe dnie snułam się w dresie, rano poddawałam zabiegom i dwa razy dziennie przebierałam w kostium kąpielowy by popływać. Na basenie byłam zwykle sama.  

No i były posiłki, starsza Pani przy moim stoliku nieustannie strofowała męża, snuła opowieść o swoich koneksjach, pobytach to tu to tam, o chorobach... To ostatnie było na wyrost. Nie mieliśmy na co narzekać, nic nam nie było, w przeciwieństwie do pozostałych kuracjuszy. Dzieci po porażeniach mózgowych, albo ociężałe umysłowo, na wózkach inwalidzkich, bez rączek - to byli nasi pokrzywdzeni przez los współtowarzysze. Natomiast dorośli po udarach, wylewach próbująć przełamać niepełnosprawność wznosili dar do niebios za życie.

Pewnego dnia za drzwiami do mojego pokoju słychać było zgiełk, stukoty i ożywione rozmowy, tak jakby się ktoś wprowadzał, ale nie chciało mi się nigdzie wytykać nosa. Tego dnia dałam sobie mocno w kość, przeszło dwadzieścia kilometrów na rowerze wprawdzie podniosło mi ego, ale osłabiło ciało. Szybko padłam. Zasnęłam w ubraniach.

Następnego dnia, na moim stoliku w restauracji stały cztery nakrycia. Starsza Pani kończyła już jeść, poganiała męża. Strofowała. Właściwie już wstawali. I wtedy pojawił się tuż za ich plecami, stanął tak nieporadnie. On. Zniekształcony paraliżem dziecięcym, niepełnosprawnością sprzed czterdziestu lat. Uśmiechnął się.

- Dzieeeń Dooooobry - powiedział i usiadł przy czwartym nakryciu. Wziął pajdę chleba i zaczął jeść. Bardzo głośno mlaskał.

- To miejsce jest zajęte, tam niech siada! - Moja Pani miała minę jakby wypiła sok z cytryny. Stała nad Nim jak kat. Jej mąż tymczasem klapnął ponownie przy stoliku. Skulił się. Niepewnie zerkał na żonę.

- Wiecie Państwo, musiałabym tutaj przywieźć moją mamę, być może zrozumiałaby, że właściwie nie ma żadnego powodu cierpieć. Tutaj ludzie przezwyciężają wszystko co się przeciwko nim sprzysięgło. Walczą a nie ubolewają. - Próbowałam ratować sytuację, ale Starsza Dama z mojego stolika już prowadziła kierowniczkę sali. 

- Ależ ten pan będzie siedział przy stoliku z Państwem. To już postanowione! - Decyzja Kierowniczki była krótka i oschła. Ale do Niego zwracała się bardzo serdecznie, z wielką zażyłością. - Wszyscy cieszymy się, że dobrze się pan ma. Witamy w domu - poczułam, że kamień spada mi z serca.

Starsza kobieta coś mamrocząc pod nosem ciągnęła męża za rękaw. Wychodzili z sali.

Mój niespodziewany towarzysz jadł w najlepsze, mlaskał, siorbał, próbował nalać sobie kawę, rozlał, uśmiechnął się. Wzięłam pajdę chleba, posmarowałam masłem, przysunęłam mu talerz z wędliną, nalałam kawę do kubka. I trochę do swojego też, nie chciało mi się jeszcze wychodzić. 

- Wieee pani, słyszaaaałem co pani mówiła o swojej maaaaatce. Nooo taaaak. A jaaa swoooojej wszystko zawdzięczaaaam. - Mówił z wielkim trudem. A potem długo jeszcze wydzierał z siebie fascynującą opowieść o kobiecie, która musiała, a było to przed wielu laty, poruszyć niebo i ziemię, żeby jej niepełnosprawny syn mógł mieć choćby namiastkę normalności. A ja tej opowieści słuchałam z wypiekami na twarzy. W restauracji już dawno zostaliśmy sami.

- Dooooktoooorat dzięki niej zrobiłem - zamyślił się. - Rok teeeemu umarła... ale teraz moooja kolej. Teeeraz ja dla niej się trudzę. - Zaśmiał się. Rozparł na krzesełku swoje wątłe, zniekształcone ciało. Pokrzywionymi dłońmi w powietrzu zrobił ruch jakby pisał na klawiaturze. - Piszę ksioooążkę o niej. 

Zaczęłam się śmiać, cieszyć, spadło ze mnie całe napięcie jakie ogarnia mnie zwykle w stanach niepewności. Natchnął mnie wielkim optymizmem. Patrzyliśmy na siebie jak para wieloletnich przyjaciół.

- I wieeee pani cooo? Napisałem już przeszłooo dziewięćdziesiąt stron, a to naaaawet nie jest jeszcze całe jeeej dzieciństwo. - Parsknęliśmy śmiechem. Zdawało mi się, że dużo lepiej mówił. Płynniej. Przełamał jakąś barierę. Ja zresztą też. Śmiał się na głos, a ja z nim.

Jego też bardzo chciałabym zaprosić na kawę w ślicznej filiżance. Pod jabłonką, obok mojej Cioci:). 

   

 

21:44, kocurkowata
Link Komentarze (18) »
wtorek, 19 maja 2009

Moje życie to stojąca na piecu zupa wieloowocowa. Przy czym niektóre owoce bulgoczą ( na przykład jagodowe ) w niej całkiem już rozgotowane, inne zaś ( zimowe jabłka ) jeszcze nie złapały wystarczającego żaru. A ja mam problem, czy strawę już wyłączyć i odstawić z pieca, czy gotować nadal. W rzeczywistości nie lubię takiego jadła, preferuję konkretne, jedno, najwyżej dwusmakowe dania. I takie zazwyczaj wybieram. Wiem, że w życiu powinnam zdecydować podobnie.

Coach i inni ( wtajemniczeni znajomi ) doradzają mi, żebym skupiła się na co najwyżej dwóch celach, a nie jak do tej pory ( żeby uatrakcyjnić smak ) na wielu mniejszego i większego kalibru. W konsekwencji jedna sfera mi się rozgotowuje i powinnam zdjąć gar z ognia, na co nie mam czasu, bo wiadomo, inne, pomniejsze cele mam w toku, przy czym one i tak nie mają szans na satysfakcjonujące dojście do finału. Z braku czasu, to jasne.

Twórca mojego przyszłego sukcesu ( Coach z kotem w tle:)) określił stan mojego "utkwienia" nawet dużo dosadniej - że wokół siebie mam totalny śmietnik, On rzadko takowy widuje, a ja tymczasem siedzę w najlepsze, z nogą na nodze, i lakieruję paznokcie na czerwono.

I za dwa tygodnie chce ode mnie usłyszeć, co sprzątnęłam. Więc się zabieram.

Będzie to wyglądało tak, że przez najbliższe trzy, cztery tygodnie będę mniej obecna w necie, co nie znaczy absolutnie, że moje tutaj pobyty to ów śmietnik. Tak nie jest. Skupię się na kwestiach budowlanych i remontowych, ci wszyscy nibyfachowcy wymagają żelaznej konsekwencji i nadzoru. Spuścisz na chwilę wzrok i nie masz ani fachowca, ani roboty wykonanej, nie posiadasz już też nawet kasy. Czyli uruchomię swój pragmatyzm i zwykłe procedury zarządcze. Dam radę:). 

Poza tym muszę powrócić do mojego pisarstwa w nieco dłuższej ( niż tutaj ) formie. Mam rozbabraną powieść, bardzo niewiele mi pozostało do wygładzenia, a szkoda by było, bo to dobry materiał. To trzecia z kolei. Myślę, że każdy z nas blogowiczów ma podobne plany, za sobą podobną historię, czy tworzy z sukcesem nadal i obecnie. Ale żeby nie było, że jestem Kalicińska, czy Nurowska. Nie jestem. Ot, po prostu, kilka lat temu poczułam "pewną wolę", chociaż pisać lubiłam zawsze, i popełniłam dwie powieści. Pierwszą zepsułam na wszystkie możliwe sposoby, ale drugą były zainteresowane dwa wydawnictwa. Po czym zamilkły ogłuszone wizją kryzysu. Ale nic to, przyjdzie na nią czas, to nie jest zła powieść, wydają i sprzedają się dużo gorsze. 

Wiem, że nadchodzi czas, żeby dokończyć trzecią, co mam zamiar w najbliższym czasie czynić. Niestety, kosztem bloga, będę Was czytać w czytniku, trochę komentować, ale pisać dużo mniej i rzadziej:(

I, żeby już tak owocowo było do końca wpisu, daję następne obrazki z turystyki ogrodowej. Z łatwością dostrzec można, że surowiec na morelówkę rośnie i dojrzewa w obfitości, wydaje się, że placki agrestowe i czereśniowe to też pewniki, z winogrona i porzeczki na pewno dostaniemy wina dzban, może nawet dwa..., a maleńka gruszka da owoc do syropu, a potem do mięsa.

A jeśli nie tak, to zawsze można zrobić zupę wieloowocową:)         

17:57, kocurkowata
Link Komentarze (16) »
sobota, 16 maja 2009

Jakoś tak się dzieje, że bardzo często piszę o facetach. Bo, kurczę, ale oni mnie nadal zastanawiają! Dzisiaj przyszło mi na myśl, że często spotykam męskich odkrywców prawd oczywistych.

- Wie pani, nad naszym polskim morzem leży taka miejscowość, Łeba się nazywa. I wie pani, tam są wydmy, nie uwierzy pani, że one się ruszają! Nawet o kilka metrów w ciągu roku. Pięknie tam jest, bardzo pięknie, powinna to pani zobaczyć - tak zachwalał mi niedawno tę egzotyczną;) miejscowość pewien pan w średnim wieku.

Albo drugi przykład - mój średnio wykształcony sąsiad oświecał mnie swoją wiedzą astronomiczną. 

- Wiesz co? Księżyc krąży wokół ziemi i następuje to raz na dzień, tak to jest sprytnie pomyślane. Jak jest najdalej od nas, wtedy jest południe, jak blisko, mamy noc. Te obroty w ogóle są zaj.....te, bo jeśli tak zap.....la to może kiedyś wyrżnąć w ziemię i nic z tego burdelu nie będzie. Ale w Polskę nie trafi, Polska będzie od morza do morza!

A kiedyś teść ( nieżyjący już, niestety) podczas wspólnej podróży prawie pustym pociągiem, gdzieś za Krzyżem Wlkp. rozpoczął wykład :

- Ale las, Kocurkowata, patrz, ale las! A w lesie rosną grzyby. Podgrzybki, prawdziwki, borowiki.... - ciągnął niezraniony moim milczeniem. - Tak, można by było tutaj przyjechać! I ruszyć w ten gąszcz! Na grzyby! - I na ryby - dobiegło z końca wagonu. A teść wydał westchnienie, którego nijak nie mogłam rozszyfrować i ciągnął dalej donośnym głosem. - Wiesz Kocurkowata, grzyby mamy różnorakie, ale podgrzybki są najpopularniejsze, borowika trudno znaleźć, podobnie prawdziwka. Grzyby można znakomicie przechowywać, uwierz.  Najlepiej suszyć. 

Dzisiaj z kolei usłyszałam sporo na temat sypkości piasku, ewentualnie niesypkości, wiązaniu się cementu, ewentualnie niewiązaniu, że dzięki wodzie to następuje... Ponoć;)

- Teraz rozumiesz, prawda?

- Nie.

- Dlaczego, nie?

- Bo, nie.

To wklejam kilka obrazków, gdzie widać kropelki cieczy, padającej dzisiaj obficie z mojego nieba, a która to cement wiąże. Ponoć;)

18:39, kocurkowata
Link Komentarze (18) »
środa, 13 maja 2009

Moi Kochani, nie pisałam. Nie czytałam i nie komentowałam.

Bo co ranek wieźli mnie, zamykali w rozdzwonionym pokoju, gdzie niezmiennie ( bardzo spokojnym głosem, bez śladu emocji ) zapewniałam wierzycieli o wypłacalności Kocurpola. Ta wypłacalność jest, to oczywiste, ale się nieco zatacza i daje niewygodne turbulencje. Na razie nikt nie zwymiotował:). Dzisiaj tylko jeden tuptający wierzyciel mnie podsumował:

- Pani to na pewno po psychologii jest, głupka ze mnie zrobiła, upupiła, ale poczekam, niech będzie.

To był komplement, zaś kolega, dyrektor handlowy w innej firmie, gdy mu opowiedziałam co i jak mówię namolnym molestantom finansowym krzyknął:

- Jak ja nie znoszę takich bab! Byś musiała na mnie trafić! 

A potem odwozili mnie do domu, dzisiaj nawet Prezes - rekonwalescent. Zeskanowali biedaka całego i orzekli - genetyka. To opowiadał mi w aucie, a korki na mieście były, to dużo mówił, że swoją żonę bardzo kocha i boi się zarazem. Jak cholera. To uczy ją teraz jak się przelewy robi, komu trzeba płacić co miesiąc, gdzie zadzwonić w razie awarii urządzeń, jak włączyć i wyłączyć w domu system alarmowy, i innych takich duperelnych, a jednak życiowych spraw, do których jej nigdy nie dopuszczał. Bo chronił. Bo oszczędzał. Samochód ostatnio nawet zmienili, wiadomo, z automatyczną skrzynią biegu prędzej potem da sobie radę. Może za niedługo zacznie jeździć, ma prawo jazdy, do tej pory nie było takiej potrzeby, ale potem... dom stoi kawałek od miasta, żona stamtąd daleko ma do pracy, samochodem się poruszając miałaby łatwiej... potem. Teraz nie, teraz to on ją podwozi. Ale gdyby umarł... 

Bo w weekend odwiedzali mnie różni znajomi, a O. tylko dolewał wino do dzbanów, w piekarniku nieustannie smażyły się szaszłyki, sałatki greckie stały w misach, piekłam jabłeczniki. Znajomi do tego stopnia nas zajęli, że wypiliśmy znakomite wino hiszpańskie, absolutnie bez celebry, czyli zapominając, że normalnie ( na szczęście był to prezent:)) kosztuje ze 300zł.  I koniecznie należało go nie sprofanować i wypić z namaszczeniem. Z zamlaskaniem stosownym.

Nie pisałam, bo odwiedzały mnie moje Kocury, zajmowały sobą, wiatr w domu robiły, ja ich bardzo kocham itd, ale fajni też są w wirtualu;). A tak, wpadną, wypadną, nabiegam się, a i tak mało co ( o najciekawszych dla mnie ich;) sprawach prywatnych i zawodowych) z nich wyciągnę. I znowu nic nie wiem! Na kolanach mi nie posiedzą. Wczoraj pozwoliłam dziewczynie młodszego Kocura na moim stacjonarnym komputerze dokonać jakiejś bankowej transakcji, wyszłam z pokoju, potem ona zawołała młodszego Kocura, a potem młody Kocur mnie. Jakieś dziwne miny mieli:) Uśmieszki na twarzach, podejrzliwość...

- Mamo, kto to jest ten Tolek, co ci buziaczki na GG przesyła?

- Nie znam żadnego Tolka - poszłam w zaparte.

- Ciekawe, to zobacz.

- No i co?! Przesyła, znaczy, że kocha! Spadajcie z mojego komputera! 

Dzisiaj jest pierwszy, od tygodnia, wieczór, kiedy nareszcie mogę się nacieszyć swoją obecnością:)

 

  

21:05, kocurkowata
Link Komentarze (12) »
niedziela, 10 maja 2009

- Te, których nie oglądasz możesz mi dać. Też czasem, z chęcią, bym na coś rzucił okiem. 

Ojej, pokrzywdzony się znalazł! Obecny patrzył, jak przeglądam filmy. Rzeczywiście, szukałam takiego, który by mi pozwolił zabić czas wczesnoniedzielny.

- Ano - podchwyciłam dialog.

- Dużo tego, a skąd masz? - drążył skałę;))

- Od Ani - rzuciłam od niechcenia, nie podnosząc wzroku.

- A co to za Ania?

- Ania to Ania - wzruszyłam ramionami. Nie znosiłam tłumaczyć kto, z kim, od kogo, i dlaczego. Uważam, że żaden facet nie jest w stanie zrozumieć personalnych umiejscowień. To po co gadać?

- Bo myślałem, że od Magdy - powtórzył mój ruch ramionami sprzed chwili.

- Od jakiej Magdy??? - zapytałam ożywiona. Spojrzałam na niego pytająco. Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek znali osobę o tym imieniu!

- Magda to Magda - usłyszałam. 

 

Znikam, bo zaprosiłam znajomych na grilla, a pada, to piekę szaszłyki w piekarniku i coś zapach zaczyna mi spaleniznę przypominać:)   

14:48, kocurkowata
Link Komentarze (14) »
czwartek, 07 maja 2009

Niedawno, przy okazji wpisu pt. "Ikona tu, Ikona tam" pisałam o dyscyplinie zdrowotnej w mojej firmie, a raczej o braku takowej. Dzisiaj napiszę tak: ułomne, niewielkie, raczkujące od dwudziestu lat nieustająco przedsięwzięcie, które znosi trud zatrudniania mnie przez prawie 8 lat ( uwaga! pracę należy zmieniać co trzy lata przynajmniej) bieży sobie teraz siłą inercji, bo oby nie grawitacji. A przynajmniej w sferze finansów. Pogrom. Niestety, w takiej sytuacji musiałam pofatygować się. A w domu jest cudnie, w domu jest spokojnie, w domu można się rozmemłać, zamyślić, snuć dnie całe w bojówkach na sobie... fotki poklikać, nogę na stole potrzymać, nawet ból czuć też jest lepiej. Dzisiaj dostrzegłam jak bardzo ta presja w firmie mnie obciąża.

Wkuśtykałam do pokoju i z mety spojrzałam w oko cyklonu. Na biurku leżała góra pism wzywających nas do zapłaty, z czego większość molestantów uważa, że nam pomogła:), obok kupka naszych wezwań, nieodebranych niestety, czyli absolutnie niepewnie rokujących co do zapłaty w ogóle. Poza tym dostałam długą listę tych co pożądali choćby mnie, bo lepiej, żeby naczelnego, ze mną już nie chcieliby... raczej. A samochody muszą jeździć, maszyny przetwarzać i wytwarzać, ludzie jeść, zusy, urzędy i banki się napaść.

No i rozdzwoniły się telefony.

Co wy sobie wyobrażacie, do ch....y, wezwanie do zapłaty wam wyślę! Tak jakbyśmy sie tego akurat bali:) Zapłacimy państwu w przyszłym tygodniu, wtorek, środa nie wcześniej. Dwa miesiące jak nie płacicie. Wtorek, środa, nie wcześniej.

Dzień dobry, czy przejrzała pani naszą ofertę wykupu wierzytelności? Tak, mam w domu komplet, wróćmy do tematu po niedzieli, będzie jakaś decyzja. Proszę pamiętać, że my płacimy od razu 90% z każdej udokumentowanej wierzytelności. Tak, w przyszłym tygodniu, jakieś długi na sprzedaż mamy.

K...a, z kim tam u was można poważnie porozmawiać, kto zajmuje się płatnościami? Ja. Pani? Ja. K...a, przepraszam, ale wk......y jestem. Ok, niech pan prześle propozycję układu, dzisiaj pięć tysięcy, pozostałe pogadamy. Jakiego układu? K...a. To ile dzisiaj? Pięć. Dziesięć. Nie ma tyle, pięć. K...a, ale eliksirem i niech pani sama zaproponuje jak resztę. K...a.  Ok.      

Witam, Krajowy Rejestr Długów się kłania, czy na przyszły tydzień moglibyśmy zaplanować nasze spotkanie? Taaak??? No, mówiła pani, że mam się przypominać, chodzi o wierzytelności. Taaak, a proszę mi przypomnieć, czyje? Nie, nas interesują wasze, te kłopotliwe. Nieściągalne należności waszych odbiorców. Aha, no ok. Hmmm, wie pan, bądźmy w kontakcie, przyszły tydzień? To może we wtorek o dziewiątej rano, u was? Nie, nie, proszę najpierw zatelefonować. 

Polkomtel, czy pani jest odpowiedzialna za płatności w firmie. Tak. Faktura 900056739289865 z 5 kwietnia na kwotę 2122,33 zł widnieje w naszym systemie jako niezapłacona. Czy możemy ustalić zapłatę? We wtorek, w przyszłym tygodniu, tak dla nas byłoby najlepiej. Muszę panią uprzedzić o możliwości blokady połączeń wychodzących. Jeśli zapłacimy? Chcąc uniknąć dodatkowych opłat za ponowne włączenie powinniście państwo zapłacić najdalej do piątku. Ależ to tylko dwa robocze dni różnicy, proszę jednak poczekać do wtorku. Nasze procedury nie zakładają  takiej możliwości. Z kim rozmawiałam? Kocurkowata. Jak? Ko-cur-ko-wa-ta.     

Co słychać dyrektor Kocurkowata? A nic, w przyszłym tygodniu coś panu podeślę. Przeżyjemy, ale, co poza tym? No cóż... jeszcze słychać śpiew i rżenie koni... No właśnie, to chciałem usłyszeć, czyli ze zdrowiem nie najgorzej. Cieszę się bardzo, miło mi. Mi też....      

A to co w tym telewizorku nadaję, nie jest na sprzedaż, to kostka pod pergolę, w niewielkim stopniu ubrana, niestety. Do tzw. fachowców też trzeba mieć wielką cierpliwość:(

 

 

17:59, kocurkowata
Link Komentarze (13) »
sobota, 02 maja 2009

No właśnie, Zakopane i całe Tatry są piękne, tyle, że mnie tam nie ma! I nie ma też trzech setek przedpłaty za wypad! Ale nie będę narzekać, od narzekania są malkontenci i gderacze, a ja staram się optymizmem obsiewać świat, czyli szybko znalazłam mnóstwo ciekawych zajęć w okolicy swojego biurka i łóżka, bardzo, naprawdę bardzo kreatywnych. Zaskakująco. Na przykład, uporządkowałam rachunki domowe, cała sterta znalazła się w segregatorku, potem przejrzałam i wyrzuciłam (nareszcie!) katalogi firm wysyłkowych, uffff, nawet tysiące zdjęć na płytki zgrałam, poza tym wyczyściłam kompa. Od razu szybciej śmiga. A dzisiaj przeniosłam niektóre programy do laptopa, bo w Wielkiejpolsce buchnęło latem;), a wiadomo, pergola w ogrodzie czeka na mnie, jest już prawie kanikuła, ptaki śpiewają, sroki na mojej sośnie gniazdo budują, kury gdaczą i pieją koguty, a że przy okazji mam trochę pracy.., wśród sosen mniej boli. Poza tym nie zapiaszczę sobie stóp bo kostka granitowa ( bardzo jasne barwy) została zakupiona parę dni temu i jest prawie w układaniu;) Ćwiczę cierpliwość. Kto to powiedział, że wyłącznie pokora dwie matki ssie?! A cierpliwość?  Poczekanie? 

Chcę się przecież cieszyć! Bardzo. No właśnie. W chwilach wytchnienia obejrzałam dwa filmy - polecam "Uwikłanych", nie polecam "To nie tak jak myślisz kotku", nie wiem, ale zupełnie nie dorosłam do polskich komedii z lat 2008-2009. A naprawdę mam poczucie humoru i to spore. Tak to już jest, że oglądamy i oglądać będziemy to co ktoś od kogoś kupił, bo nazwisko, bo znana spółka autorska, itp. a nie zawsze jest to "coś" najlepiej napisane. Bo najbardziej ekscytujące  scenariusze leżą na pewno w przysłowiowych szufladach nieznanych twórców. Mam taką nadzieję. A nadzieja jest najważniejsza.  

Przerzuciłam też zaległe "Bluszcze" i nawet sporo przeczytałam;). Zastanawiam się nad pisarstwem Kalicińskiej, ja wiem, co innego powieść, tam ważna jest historia, jakiś klimat, musimy uaktywnić zmysły, język ( byle bez chrobotów) nie zawsze jest najistotniejszy. Ale w opowiadaniu opublikowanym w czasopiśmie "niby literackim" chciałabym jednak zetknąć się z elegancką i dobrą prozą. Z drugiej strony, wyczuwam, że to co i jak pisze jest "jakoś tam" szczere..., myślę, że prywatnie to "bardzo fajna kobitka". Ja bym się z nią zakumplowała. Ale czy sama szczerość i walory charakteru mają wystarczyć...? Nie wiem. 

Generalnie, chciałabym, obcując ze sztuką, a przecież nie jestem szczególnie wybredna, i nie dotyczy to tylko prozy, by coś w moich zmysłach pozostało dłużej, zdanie jakieś, mądrość, dylemat, pewien zachwyt, tęsknota za czymś, czy choćby miłe wspomnienie, zwykła przyjemność. I jeśli "za sprawą" mogłabym poczuć swojego ducha, tego zagubionego, tam w środku... byłoby znakomicie.

Czyli reasumując, w piękne majowe dni taplam się w lenistwie, macaniu tak zwanym, niewiele się poruszam, wysoko nogę zazwyczaj trzymam;), przetransportowywuję się przy użyciu kuli, niestety. I najważniejsze, już ponad dwa dni delektuję się zaskakującą wygodą, jaką daje noszenie płóciennych bojówkowych spodni, trykotowej panterki z kapturem, bawełnianych skarpet i sandałów na rzepy. 

- Gorszych ubrań nie miałaś?

- Nie.

Sukces tego dialogu wynikł z zaniechania. Jestem zadowolona. Jest dobrze. Będzie dobrze. W ogóle, wszyscy będziemy zadowoleni, dzieci nam dorosną, też będą zadowolone, pojawią się wnuki, oczywiście zadowolone, winogrono dojrzeje, zbiory będą spore, wino złapie bukiet a nalewka moc, czas spowolni swój bieg, dla niektórych, prawdopodobnie młodszych, oczywiście na ich życzenie, przyśpieszy, wybierzemy wreszcie jedynie słuszne wysokie ciało prezydencko - premierowskie, czyli nie będziemy już mieli na co narzekać, potem bardzo szybko umocnimy złotówkę i będziemy żyli w dobrobycie długo i szczęśliwie ...;) Czego wszystkim bardzo życzę. No:).

I przy okazji wklejam udokumentowane okolice mojego biurka...;). Wczasowisko.  

20:02, kocurkowata
Link Komentarze (10) »