O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
wtorek, 24 maja 2011

"Jestem atrakcyjna. Moje ciało jest atrakcyjne. Nie mam już wprawdzie wyraźnie zanaczonej talii, ale mam dom:). Moje ciało ma dom!" - to zlepek przypadkowych i jednocześnie przykładowych słów, z których coś o mnie można wywnioskować. Albo i nie:).

Piszę swojego bloga już kilka lat ale nadal mam dylematy. Po co? Dla kogo? Jak? Czy? 

Najwięcej moich wątpliwości budzi pytanie "jak?". Dusza rwałaby mi się do całkowitej szczerości w blogowaniu, do ekshibicjonizmu, bo pisząc o sobie jednak od czegoś uciekamy, ale trudno tak na forum publicznym czyścić zakamarki własnej duszy. To wymaga anonimowości.  

Jeśli popełniasz, a zwłaszcza prezentujesz jakieś myśli, stosujesz kod. Gdy jest niewłaściwy, Twoje myśli na pewno zostaną źle odczytane. Pisząc lub mówiąc zawsze używasz kodu. Jeśli ktoś go zna, odbierze Ciebie na pewno precyzyjnie:), pod warunkiem, że jest Tobie przychylny. Jeśli zaś użyjesz błędnego, na przykład posłużysz się skrótem myślowym, nie licz, że odczytają Ciebie tak jak Ty chciałabyś. Wyłowią tylko te słowa, te grupy słów, które pasują do czegoś. Do innej, czasem, a raczej często, obcej Tobie ścieżki wnioskowania. I per saldo do nietrafnych, czy bardziej, do nieprawdziwych odczytów i wniosków.    

Pisz dla tych co znają kod! Wystarczy.

Będę pisać, to moje któreś z kolei powołanie:), tutaj jeszcze trochę pobędę, i w ogóle nadal popiszę swoje historie...też, ale teraz na jakiś czas z blogowej przestrzeni znikam.

Biorę plecak swój i gitarę...:) Kochani - do przeczytania! 

 

niedziela, 22 maja 2011

Końcówka kwietnia i kawałek maja był dla mnie czasem doznań bardzo religijnych.

Kiedy w poprzednią niedzielę w Warszawie na Powiślu uczestniczyłam w ceremonii Komunii Św., myślałam jak wiele się w tym zakresie zmieniło. Kiedyś, za moich czasów, kościół był pełen dzieci, rodzice stali, nie mówiąc o gościach. Podobnie było jak szedł do Komunii starszy syn, młodszy też urodził się w wyżu demograficznym. I co najgorsze, msze komunijne zawsze wtedy odbywały sie bardzo wcześnie rano. To były bardzo nieciekawe dni dla matek. Bo nie dość, że komunijna opcja restauracyjna dopiero raczkowała, to jeszcze dzieci musiały iść do kościoła powtórnie, po południu. Oczywiście wymagało to przyjęcia gości z pełnym serwisem - czyli z całodziennym wyżywieniem i bardzo często z noclegami. Dwoma:) 

Teraz zapanowały czasy przyjemniejsze. Komunia odbywała się o 13.00, czyli wszyscy goście, nawet z najbardziej oddalonego Świnoujścia, czy Helu mogli dojechać tego samego dnia, i po obiedzie spokojnie wrócić do domu. Dzieci zajęły tylko trzy rzędy, rodzice siedzieli w ławkach, a także goście. Kościół jest wreszcie frontem do wiernych? Dobrze by było.

Prezenty komunijne bywają różne, czasem nie wiadomo co ofiarować. Takie czasy. Niektórzy mają dobrobyt, który bardzo często zabija marzenia. Jakże często dzieci nie mają o czym marzyć. Wszystko jest w zasięgu ręki. Brrr. A inne tymczasem nie mają nic, na popegeerowskich wsiach w takim zachodniopomorskim na przykład.

Przypomniały mi się czasy, gdy usypiały mnie piękne myśli o tym co chciałabym mieć. Nadzieja, że do tego dojdzie. Zawsze chciałam się ubrać w czerwoną aksamitną sukienkę i czarne lakierki. Wyobrażałam sobie jaka jestem śliczna. Miękki aksamit podniósły urodę każdej dziewczynki.

Z okazji komunii świętej dostałam różne prezenty. Pewnie zegarek, myślę, że rower, i na pewno jakieś pieniądze. Ale najważniejszym prezentem dla mnie był kupon żółtej, wytłacznej tkaniny, którą przysłała mi ciotka z Ameryki, a z której potem moja mama uszyła mi śliczną letnią sukienkę. Ta suknia pachniała innym światem. Dalekim, wymarzonym.

Nic się we mnie od tamtych czasów nie zmieniło, nadal marzę o dalekim świecie, może kiedyś dolecę do amerykańskiego lądu. Na razie musi mi wystarczyć amerykańska torebka, zakupiona w Las Vegas, prezent od syna i przyszłej synowej. Też pachnie innym kontynentem:) Bardzo mocno!

Dzisiaj będzie fotograficznie i muzycznie bardziej sakralnie, ale i tak czasem trzeba:) Zwłaszcza gdy proponuję popis Pavarottiego i Stinga. Razem? Świetnie, prawda? 

 

 

sobota, 21 maja 2011

Ktoś powiedział, że poezja to pisanie pięknych zdań. Zaroiło się od nich w minionym tygodniu w Poznaniu. Popatrzcie sami.

Pod górnym  dwuwersem mogłabym się podpisać. Nieczęsto ostatnio zaglądałam na blox, ale... mam usprawiedliwienie:)

 

"Poznań Poetów" wzoraj się skończył. Nie byłam na żadnym poetyckim wieczorze, nie miałam czasu. Zresztą w otoczeniu mam wielu poetów, malarzy, fotografików, śpiewaków i muzyków. Co do poezji i malarstwa, co druga kobieta po wyekspediowaniu dzieci w świat szuka w sobie talentu do tworzenia:) i bycia artystką. W końcu prozę życia już zaliczyła:)    

 

"Spójrz jak się śmieję i tańczę

W sukni z przaśności utkanej

Obcej nam i bezużytecznej

Zaplątani zapachem ananasa?"

(to moje, stworzone ad hoc - na dzisiejszą poetycką i blogową okoliczność):)

 

Tym razem krótko, może jutro więcej, bo działo się, działo... - pozdrowienia wraz z pięknym słowem (jeszcze nie napisanym:))

 

sobota, 07 maja 2011

Każdy się robi w sercu miękki, gdy słyszy słowa tej piosenki! La la la la! La la la la!

I wąż, proszę państwa! I wąż!

Miał czarny cylinder, czarny smoking, białą koszulę, w ręce laseczkę, czy różdżkę czarodziejską, nie wiem, ten szczegół mi umknął. Tryskał energią, błyszczał na parkiecie, intonował śpiew, zintegrował i rozbawił największych smutasów. Podpowiadał toasty, inspirował. Poza tym użył mnóstwa różnych rekwizytów. Czego tam nie było?! Peruki afro dla gości, stroje tureckie, kapelusze jak z meksykańskich wyżyn. Te tańce, elementy egzotyki, przytupy, które sprawiają, że pozbywamy się niedobrych emocji, śpiew, absolutną integrację młodszych ze starszymi, mężczyzn z kobietami:), w końcu romantyczny walc ze świecami... I to (jeszcze nie jest wszystko) - sprezentował nam współczesny Wodzirej. Swój kunszt opakował w formę nienachalną, bardzo wyważoną, podszytą znakomitą znajomością psychologii. No cóż - był to Wodzirej z tzw górnej półki. Krakus z urodzenia. Zawodowców w tej dziedzinie jest niewielu, w Polsce coś koło setki, przy czym tych najlepszych ze dwudziestu. "Jestem drogi, ale bardzo dobry" - jego słowa dokładnie się sprawdziły.    

Baba z lewej, baba z prawej, baba do przodu! La la la la! La la la la! To ten, najbardziej wyczerpujący dla kobiet kawałek, chyba było już po północy..., musiał być dla mnie przełomowym:). Jak pewnie wiecie, od października walczyłam z bólem spowodowanym naciskiem jakiegoś krążka w moim kregosłupie na nerw kulszowy. Sześćdziesiąt zastrzyków nie usunęło dolegliwości do końca, ani krioterapia, gimnastyka w odciążeniu, jonoforeza, czy plastry borowinowe.

Ogromna możliwości skala kryje się w jednym słowie "la la"! I nic mnie nie boli! La la la la! La la la la!

  

 

No cóż. Wesele się skończyło. Pozostały puste krzesła dla pary młodej, po gościach zresztą też, stoły już się nie uginają, ani barek, pozostały wspomnienia przedniej zabawy. Do białego rana. 

Mamy teraz dwóch synków i jedną (na razie) córeczkę:). Tak, tak, córeczkę, bo synowa nie jest z tych "gmatwających jeszcze nie zagmatwane". Zaraz zasugerowała, że będziemy dla niej mamą i tatą. Nie było filozoficznych dyskusji na bardzo życiowy temat. I bardzo dobrze, bo wszyscy jesteśmy na tyle rozumni, żeby wiedzieć, że biologicznymi rodzicami nie będziemy nigdy, ale starać się będziemy naszą (przyszłą, od starszego syna oczywiście też:)) nową córeczkę pokochać tak, jakby była naszą własną!

Piosenka radość w nas rozpala! La la la la! La la la la!