O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
czwartek, 18 czerwca 2009

Nie śpieszyły się. Minęły dwie przecznice i dotarły do wielkiego, soczyście zielonego, wypielęgnowanego parku w centrum miasteczka. Rozmawiając, zatrzymywały się co chwilę, urzeczone co i rusz nowym, inspirującym widokiem. Teraz też przystanęły na jednej z alejek. Wokół, na polanie i pod drzewami rosły wielkie krzaki różnobarwnych rododendronów i azalii, tworząc zwarte, malownicze kobierce.

- Zobacz, że u nas nie ma takiej roślinności. Jednak nasze srogie zimy nie sprzyjają przyrodzie – zauważyła Kasia. – A tutaj można by było się w tych kwiatach tarzać bez końca.

Kępa olbrzymich, kwitnących krzewów tworzyła wielką, różnokolorową plamę na tle ciągle wszechobecnych tutaj, zielonych trawników.

- Ja tam wolę nasze polne kwiaty. Modraki, kaczeńce, maki… O wiem już, teraz musimy skręcić, przypomniało  mi się – Dorota ręką wskazywała kierunek wędrówki. - W Niemczech drażni mnie, że wszystko jest takie wypielęgnowane. A szczególnie przyroda – dodała po chwili.

- Poczekaj, zrobię kilka fotek rododendronom – Kasia przecierała obiektyw aparatu fotograficznego. Używała już drugiej karty pamięci, zdjęć miała prawie pięćset, ale co chwilę w oko wpadał jej jakiś wart fotografii obrazek. Otoczenie inspirowało ją jak żadne inne przedtem. Często myślała, że zbyt mało kontempluje rzeczywistość swoim okiem. Bo patrząc przez obiektyw nie zauważa się innych, być może ciekawszych miejsc i sytuacji.

W życiu nie można zobaczyć wszystkiego, pocieszała się jednak.

- Jaki widok!– krzyknęła gdy znalazły się na górce. Była zachwycona, bo najpierw ukazały się rozciągające się wokół olbrzymie połacie nieskazitelnie zielonych, dokładnie wystrzyżonych pól golfowych. A na ich tle, w głębi, wielki, monumentalny, popielato-szary zamek ze strzelistymi wieżami na szczycie dachu.

Pogoda była iście majowa, akurat bardzo odpowiednia na wycieczkę. Niebo zachwycało błękitem, a powietrze niezwykłą świeżością i klarownością. Lekki wietrzyk orzeźwiał, bo majowe słońce przygrzewało już mocno.

Wokół, na olbrzymich polach, widać było kilku spokojnie poruszających się golfistów w bieli. A w malowniczym zamku, na kawiarnianym tarasie, eleganckich, wręcz wymuskanych, nigdzie nie śpieszących się, zapewne bardzo bogatych gości. Na parkingu pod zamkiem stał sznur aut wyłącznie najnowszych światowych marek. Wejścia do zamku strzegł dostojny portier w czarno–czerwonej liberii.

Popołudnie wlokło się tutaj ospale.

Kasia w skupieniu fotografowała. Ustawiała się z aparatem w różnych miejscach, czasem kucała, innym razem wychylała między drzewami albo wyginała w pałąk, jak kot, po to, żeby znaleźć właściwy kontekst dla fotografii.

- Kasia, chodź na taras, zapraszam cię na herbatę albo jakiś soczek. Stamtąd też możesz fotografować – Dorota wskazywała ręką taras zamku, na którym zwolnił się właśnie stolik przy wejściu.

- Co? Poczekaj, bo chyba baterie mi się wyczerpały. Kurczę, że też w takim pięknym miejscu! – Kasia majstrowała przy aparacie.

- Chodź, chodź. Tam popatrzysz co z aparatem – nie dawała spokoju Dorota. - No, słyszysz? – dodała po chwili. 

- Dorota – Kasia zarumieniła się. Stała nieporadnie z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. – Wiesz… przepraszam cię, ale jednak nie mogę tam pójść – zakomunikowała niespodzianie.

Zapadło grobowe milczenie.

Kasia wyglądała na onieśmieloną. Nigdy jeszcze nie czuła się tak bardzo niestosownie. Stała pod wielkim platanem, potrząsała torebką, niezgrabnie wysypywała całą jej zawartość na trawę, ciągle szukała baterii. Zazwyczaj starała się je ze sobą mieć.

Spojrzenie Dory emanowało zdziwieniem. I pogardą. Potrząsała głową. W końcu tupnęła nogą.

- Scheise! A to dlaczego?!- Krzyknęła. - No, nie wygłupiaj się! Posiedzimy na świeżym powietrzu, odpoczniemy, będzie miło. Ja zapraszam – dodała z naciskiem. Przyglądała się Kasi, zniecierpliwiona.

- Nie mogę, nie będzie mi miło! Nie rozumiesz? To nie jest miejsce dla mnie. Bardzo źle bym się czuła, ja, zwyczajna przeciętniaczka z demoludów, wśród takich bogaczy!? – Kasia zaśmiała się sarkastycznie. - Nie dość, że przyszłyśmy tutaj pieszo, to jeszcze nie jestem odpowiednio ubrana. Nawet narodowości nie mam prawidłowej – widząc minę Doroty, nie potrafiła opanować wzbierającego gniewu. Dobrze wiedziała, że musi go stłumić.

- Co ty mówisz?! To tutaj nie ma żadnego znaczenia. Zero. Null. Że przyszłyśmy pieszo!? Nie ma znaczenia, że nie jestem Niemką! Mieszkam tutaj, mam takie prawo, pracuję na siebie i Tamarę i mogę bywać, gdzie mi się podoba! A akurat to miejsce mi się bardzo podoba! – krzyczała Dora. W ich stronę zerkali zafrasowani kawiarniani goście. Szeptali coś pomiędzy sobą.

Wyznanie Kasi Dorotę zupełnie zaskoczyło. Jak to jest? Herbata, czy sok nie są przecież wielkim wydatkiem, ani też dziwnym zamówieniem. Czyli zaproszenie do niczego jej nie zobowiązuje. O co tym razem chodzi? O to tylko, że nie przyjechały autem? Jedynie w Polsce samochód jest symbolem bogactwa, ale nie tutaj, gdzie jest powszechny jak torba na zakupy, czy worek na ziemniaki. Przesadza, scheise, jak ona znowu przesadza – myślała o Kasi z niechęcią.

- Nie dałabyś sobie w Niemczech rady, Kaśka! Zupełnie byś przepadła. To jest pewne, jak dwa razy dwa – zawyrokowała w końcu podniesionym głosem. Prychnęła, a potem westchnęła z irytacją.

- A dlaczego mnie nie rozumiesz? – zdziwiła się Kasia. - Nawet nie starasz się mnie wyczuwać. – Była zdenerwowana. - To przecież jest proste, bo mnie się nie podoba być w miejscach, gdzie nie czuję się dobrze. A wyobraź sobie, że nie czuję się pewnie, kiedy muszę pieszo, spocona, rozczochrana, w trampkach i pomiętych spodniach, nawet nie lnianych, wejść do miejsca, gdzie panują zupełnie inne standardy. Czuję się jak szczur, rozumiesz to? Jak nędzny, przemykający po kanałach, szary szczur! – Kasia rozpłakała się.

Dawno już nic tak mocno jej nie dopiekło. Co Dorota może wiedzieć, czy jej nie jest trudno? Gdyby żyła w Polsce, też by się nie utrzymała, też by przepadła. Gdyby opiekowała się, jak teraz to robi, ale u nas starszymi ludźmi, dostałaby z tysiąc marnych złotych co miesiąc i cóż by z nimi zrobiła? Ile by jej zostało? Nic.

Rozżalona Kasia czuła, że przeżywa zasuszoną od dawna w swojej podświadomości traumę. Rozpłakała się na dobre. Usiadła na trawie pod wielkim platanem, zdjęła z szyi aparat fotograficzny, rzuciła go niedbale na trawę, płacząc szukała w kieszeni papierowych chusteczek.

- I zobacz, nawet baterie w aparacie fotograficznym mi wysiadły. To też chyba coś znaczy, prawda? – dodała przez łzy.

- Nie dałabyś sobie tutaj rady - Dora wzruszyła ramionami - teraz widzisz, ile ja musiałam przejść? Jakbyś miała tak ciężko, jak ja i takie kłopoty, wtedy byś mnie zrozumiała. Bo co myślisz, że jak mam z Tamarą? Wyobraź sobie, że masz takie dziecko. - Dora zamyśliła się. - Dlatego właśnie wiem, że mogę tu wejść. I wchodzę, jak chcę – wzruszyła ramionami. No nie, to nie tak - myślała.  Nadal nie rozumiała fanaberii przyjaciółki.

- Wiesz co? Pewnie nie wiesz, ale dobrze, posłuchaj. – Kasia mówiła cicho. – Musisz mi uwierzyć. Bardzo chciałabym siedzieć teraz na tym tarasie, cholernie bardzo. Ale gdybym była bogatsza. Naprawdę. Bo ja chcę mieć wreszcie więcej pieniędzy! – Mówiła coraz szybciej i głośniej. Wstała z trawy, zrobiła kilka kroków, spojrzała na zamek. - Dość mam, że o moim losie stanowi ktoś poza mną. Zapłaci mi, albo i nie. Potrzyma jeszcze trochę w pracy, albo zwolni. Nie zapyta, czy będę miała z czego żyć. Ma to gdzieś! Mężatka pomyśli, to mąż ją utrzyma… Tak... - żachnęła się. - Czym mam się chwalić? No czym? – podeszła do Doroty, spojrzała jej prosto w oczy. – Sama wiesz, że Pawłem nie mogę. To nie jest śmieszne ani nawet normalne! Chce mi się krzyczeć „chcę być bogata!” Nigdzie bardziej nie chciało mi się tego obwieścić, nigdzie, naprawdę, jak tutaj – Kasia klapnęła bez sił na trawę. Siedziała pochylona, z głową schowaną w dłoniach, kiwała się rytmicznie. Do przodu i do tyłu. Do przodu i znowu do tyłu… Po chwili od nowa zaczęła popłakiwać żałośnie i pocierać nos.

- No dobrze, nie płacz już. Nie masz powodu żeby się aż tak rozklejać. Zapomnij o nim… Nie warto. Słuchaj! To może pomyślimy o propozycji mojego brata? – spytała po chwili Dorota, siadając na trawie, obok przyjaciółki.

  

c.d. - końcówka rozdziału:) 

09:38, kocurkowata
Link Komentarze (16) »
niedziela, 14 czerwca 2009

Było już poniedziałkowe przedpołudnie, niecałe dwa dni do powrotu Kasi do Polski. Przyjaciółki wysiadły z kolejki podmiejskiej w Kronbergu, nie kierowały się od razu do wyjścia, chwilę postały na peronie i powdychały rześkie, podmiejskie, a jednocześnie górskie powietrze. Z przodu pasmo gór Taunus kipiało zielenią. Można było nareszcie delektować się ciszą, słychać było jedynie bzyczenie owadów i szum odjeżdżającej kolejki.

Po chwili, zrelaksowane ruszyły w kierunku centrum miasteczka.  

- Wiesz Kaśka, myślę o tym, co powiedziałaś. Że mogłybyśmy wrócić do naszych pomysłów sprzed lat – zaczęła Dorota.

- Mogłybyśmy. Tylko mogłybyśmy, niestety. Zupełnie nie mam pieniędzy i to mnie denerwuje najbardziej. Zobacz – Kasia zatrzymała się, żywo gestykulując – przecież sporo pracuję i zupełnie nic nie mogę odłożyć. Bo kobiety mają jednak gorzej, nie ma sprawiedliwości płciowej. Naprawdę. Teraz też jestem pewna, że trzymają mnie w pracy, bo jako kobieta jestem tańsza. Ach... poza tym szuka się oszczędności kosztów, a wtedy najłatwiej zrobić redukcję etatów. Boję się, że mnie wyrzucą. Zresztą, wszystkie banki się centralizują, wiele czynności przejmują komputery, to też powoduje zwolnienia. Niby powstają punkty obsługi detalicznej, ale tam raczej nie zobaczysz naszych roczników. Chyba, że gdzieś pochowane...

- W skarbcach na przykład – zachichotała Dorota.

Zaniosły się śmiechem. Co spojrzały na siebie, znów wpadały w wesołość. Nie mogły przestać, zupełnie nie zwracały uwagi na przyglądające się z dezaprobatą ortodoksyjne Turczynki, których tutaj, w centrum Niemiec było sporo.

- No i z czego się tak śmiejemy? - zapytała w końcu lekko spoważniała Kasia.

- Nie wiem – Dorota, nadal chichocząc, papierową chusteczką wycierała łzy.

Jak ona ładnie wygląda, gdy się śmieje – myślała Kasia. Była w Hesji już całe pięć dni, ale nigdy nie widziała Doroty tak roześmianej. A spędzały ze sobą mnóstwo czasu.

Razem zwiedziły Frankfurt, z położonego na wysokości 200 metrów tarasu widokowego na wieży Maintower przyglądały się panoramie miasta. Kasia zrobiła setki zdjęć, ale najbardziej, według niej, atmosferę metropolii oddawało to, na którym widać było dwa wielkie wieżowce, całe z kobaltowego szkła, na tle mieszczańskich kilkupiętrowych kamienic, które przeważały w tym zielonym, pełnym platanów i rododendronów mieście. Wstąpiły też do zrekonstruowanej Starej Opery, zbudowanej jeszcze w okresie grynderskim. Tam w jednej z sal o znakomitej akustyce wysłuchały koncertu orkiestry kameralnej z Pragi.

- Mówię ci Kaśka, to miasto było ładniejsze, zanim wyrosły te drapacze chmur – narzekała Dora. – Wiesz, gdy tutaj przyjechałam, od razu mnie zachwyciło. Urzekło. Pięknie było… Teraz, z tymi wieżowcami nic już jest takie jak dawniej.

Zwiedziły także Darmstadt, Mainz, Bad Homburg, kilka wiosek w Nadrenii. W każdej z nich funkcjonuje kilku producentów wina znanego jako reńskie, wokół na niewielkich pagórkach widać olbrzymie tereny zajęte prawie wyłącznie przez winnice.

- Zobaczysz – mówiła Dora przed wyjazdem na wieś – jacy oni tam na tych wsiach żyją zabarykadowani. W każdym domu, na oknach zainstalowane są elektryczne rolety. Swoją drogą, wyobraź sobie, jakby wyłączyli prąd, na przykład z powodu śnieżycy, to oni siedzą w zupełnych ciemnościach i nie mogą ich odsunąć! Śmieszne, prawda? Poza tym każda posesja otoczona jest szczelnym, wysokim na kilka metrów betonowym płotem. W ogóle nie widać ludzi, psy nawet nie szczekają.

- Przesadzałaś – oponowała Kasia po powrocie – ładne są ich wioski, mnóstwo wyluzowanych ludzi siedzi sobie spokojnie w winiarniach na świeżym powietrzu. Sączą to swoje winko. Inni spacerują dróżkami, pomiędzy winnicami, jeszcze inni biegają. Czy rowerami jeżdżą. To u nas na wsi w ogóle nie widać ludzi. Albo widać, ale wyłącznie powykręcane od pracy babcie. Psy tylko szczekają jak oszalałe, bo już całkiem zdziczały z samotności. Zresztą, takie zatrzęsienie psów a potem, w konsekwencji, całe mnóstwo ich gówien to nasza narodowa specjalność.

- W Mordkach tak nie jest, tam dopiero czuć życie. Mówię ci Kaśka, nie dałabyś sobie tutaj rady – wyrokowała wtedy przyjaciółka.

- Jak dojść do zamku? Niech pomyślę - zastanawiała się teraz na głos. – Byłam tu wprawdzie kilkanaście lat temu, ale jakoś nie pamiętam. Wyleciało mi z głowy. Wiesz co? Wejdę do sklepu i zapytam. Poczekasz?

Kasia siadła przy stoliku, w ogródku kawiarnianym, obok sklepu. Dzień był słoneczny i ciepły. Zdjęła błękitny, bawełniany sweter, przerzuciła go przez torebkę, wyciągnęła z etui okulary słoneczne i zaczęła je przecierać specjalną ściereczką.

- Schone Tag – starsza kobieta usiadła obok niej przy stoliku.

- Bitte? – zapytała Kasia.

- Schone Tag – powtórzyła kobieta robiąc półkolisty ruch ręką.

- Dobra. Już wiem, możemy iść. To tam, pod górę, z kilometr. – Powracająca Dora wskazywała kierunek wędrówki.

- Nie, nie, poczekaj, ta kobieta coś do mnie mówiła. Proszę, zapytaj ją, co chciała – Kasia nie potrafiłaby wstać i odejść, ignorując Niemkę. 

- Idziemy, idziemy! Nie będziemy rozmawiać. Ja je wszystkie znam, nie mają nikogo i tylko szukają towarzystwa - Dora z pogardą spoglądała na Niemkę.

- To tym bardziej posiedźmy chwilę, wysłuchajmy - próbowała zaoponować zduszonym głosem, skłonna do dużo większej empatii, Kasia.

- Chodź, chodź, ona wcale nie chce z nami rozmawiać, ona chce tylko do nas mówić. Uwierz mi, ja je wszystkie znam na wylot. Taka to ciebie wcale nie słyszy, swoje tylko chce klepać - Dora pozostała przy swoim kontrowersyjnym zdaniu. Ciągnęła za rękę milczącą i oglądającą się do tyłu, na Niemkę, Kasię.

Zmierzały w stronę drogi do zamku.

 

(Maleńki fragmencik dzieła:))

14:37, kocurkowata
Link Komentarze (8) »
czwartek, 11 czerwca 2009

- Co robię, żeby nie było mi źle? Wyobrażam sobie że jestem obrzydliwie bogata i pomiatam ludźmi. Moja szefowa poleruje mi buty, te wydeptane przede wszystkim, a jak zasuwa... Wtedy trochę się uspokajam. - Mawia koleżanka, gdy naciera na nią okres chandry i psychicznej ohydy.

- Gdy byłem małym chłopcem, tak sobie wyobrażałem raj. Phuket to raj z mojej dziecięcej wyobraźni. I ja tam niedawno byłem - zwierza się pewien Pan w wieku jeszcze seksualnym:). Spełnił marzenie swojego dzieciństwa, był w raju. Przy okazji, dlaczego ja akurat, w dzieciństwie wyobrażałam sobie ( jeśli nie idzie o sprawy doczesne) jedynie piekło? Ciemną czeluść. Kreatywni są niegrzeczni? I idą do piekła?:)    

- Prześladuje mnie marzenie, sen bardziej, ale jakby na jawie... że powraca mama i poprawia mi kołdrę, właściwie nakrywa, to niesamowite, ale jest mi od razu cieplej, nareszcie jestem bezpieczna. Ach... Ona tak wcześnie mnie zostawiła, miałam tylko osiem lat, nie zostawia się maleńkich dzieci! Kłócimy się o to, gdy myję rzeźbę na jej grobie, bo nie powinna wtedy umierać - zwierza się przyjaciółka fotografka. 

- Mamusiu, ja chciałbym teraz żebyś mi usmażyła klopsa, zwyczajnego klopsa z sosem musztardowym. To by mi smak poprawiło - wyznał mi maleńki synek objedzony na zapas:), aż do wymiocin, czekoladą.

- Widziałam już wszystko co warto zobaczyć, koncerty, miejsca spędów, galerie... delektowałam  się najbardziej wykwintnym jedzeniem w najbardziej markowych restauracjach świata. Przy okazji przerobiłam wszystkie ludzkie świństwa i wiesz co teraz chciałabym zrobić? Nie uwierzysz. Marzę by zrzucić z siebie, wyrzucić z szaf te wszystkie, trzymające mnie w ryzach, eleganckie garsonki, zdjąć czółenka, wejść w tenisówkach do najbardziej modnego lokalu, nabrać na widelec kęs najdroższego jadła... I rzucić nim w kogoś takiego samego jak ja - snuje swoją wizję zmęczona biznesami znajoma.

A ja? Usiadłam dzisiaj na zwykłej, plastikowej ławce na tyłach działki, ogród wydał mi się wielki, ogromny, zaś dom jakby był pałacem:). Przede mną, pod pergolą cieszyła oko jasna podłoga z kostki granitowej, dalej w dobudowanej części od wczoraj schnie wylewka betonowa pod podłogę w salonie. A na piętrze niewykończonej części domu czekają w pogotowiu piękne, ale makabrycznie drogie panele, zamiast wypadu gdzieś, w egzotykę. Czy może po nią?

 

 

Oto właśnie spełnia się jedno z moich wyobrażeń...

       

15:33, kocurkowata
Link Komentarze (14) »
sobota, 06 czerwca 2009

Słońce wyszło, jest sobotni ranek, o dialogach domowych nie chce mi się pisać, bo są makabrycznie monotematyczne, ponadto deszczowa aura mnie ukołysała i jestem patologicznie wprost leniwa. Jem truskawki z bitą śmietaną:). Zaprzyjaźnieni malarze i fotograficy skrzykują się na plener, może i mnie wkręcą... Lubię kolorowe towarzystwo, z ciekawymi ludźmi przebywać, przypatrywać się jak dzięki kilku ruchom pędzla z blejtramu wyłania się zarys obrazu, dzieło rąk. Cała ta artystyczna celebra, sprzęt jakże inspirujący - wybór miejsca, ustawianie sztalugi, szkic, kolor - jest cudnie. Już mam dreszcze. A w przypadku fotografów - statywy, wielkia torba z aparatem, obiektywy... ustawianie się, szukanie obiektu, kadru. Super. W ogóle przebywanie z osobami twórczymi, bez przysłowiowej kapki u nosa:), czy bez opadającej dolnej wargi;), z pasją, niekiedy niejedną, sprawia, że z owych klimatów coś i we mnie malutkiej zostaje. Wiem, bo kilka razy uczestniczyłam w takowych eskapadach. Na przykład na wschód. Dość daleko.

Zacznijmy od końca - dzisiaj będzie to Bakczysaraj.

 

 

Sierpień. Bakczysaraj, suchego przestwór oceanu, ślad upału, 22 stopnie, godzina 23, niewielki hotelik, obrzydliwa łazienka, brak wody, w pamięci zaśpiew muezzina. Kolega fotograf, koleżanka malarka i ja łapiemy aurę miejsca siedząc na niewielkim strasznie zdewastowanym tarasie. Pijemy młode krymskie wino, sprzedawane tam w plastikowych butelkach. Zagryzamy melonem, rakami i suszoną rybą.

Łomot do drzwi. 

- Wy atdychajetie? - w progu stoi facet w naszym mniej więcej wieku, w ręce trzyma buletkę z różową cieczą, w drugiej stare przenośne radio.

- Da - odpowiadamy mając na myśli, że rzeczywiście odpoczywamy:) ale jeszcze nie śpiąc;). Po chwili: - Niet! - bo człowiek się cofa.

Ukrainiec zatrzymał się, podrapał po głowie, - Nu charaszo - wrócił, wparował dziarsko do pokoju, z hałasem postawił radio na stole, włączył do sieci, z mety w bezkresnej, nocnej przestrzeni stepów akermańskich zaczęła dominować Ałła Pugaczowa. 

Ciecz z butelki została natychmiast rozlana ( przy czym my z koleżanką nie wykazałyśmy się aż taką odwagą, kolega fotograf - tak ) co ułatwiło rozmowy do świtu.

- Prijezżaj k nam w Polszu, ty tieper moj drug - szlochał na pożegnanie kolega fotografik. 

- Nie magu. Ja jiszczio nikagda iz Bakczysaraja nie ujezżał. Nikagda. Zdies tiepier Tatary, ale eto toże maja ziemlia. Nikagda nie budu ujezżał. Nikagda.

To fontanna haremu, dotąd stoi cało
I perłowe łzy sącząc woła przez pustynie:

"Gdzież jesteś, o miłości, potęgo i chwało?
Wy macie trwać na wieki, Źródło szybko płynie,
O hańbo! wyście przeszły, a żródło zostało".
A.Mickiewicz " Bakczysaraj"

11:46, kocurkowata
Link Komentarze (9) »
wtorek, 02 czerwca 2009

Tutuł jest oczywiście przewrotny, bo nie znam dobrze Poznania. Ponieważ z racji pracy mam zamiar z miesiąc, a może nawet półtora posiedzieć w mieście, poza tym zerwane wiązadła mi się w końcu zrosły, to i pomyślałam, że pokręcę się tu i ówdzie. Kilka dni temu rozpoczęłam wędrówkę.

Zaczęłam od Śródki, osady służebnej dla Ostrowa Tumskiego - onegdaj. To bardzo stara dzielnica Poznania, słowo pisane o  niej pojawia się w XIII wieku. Nie widziałam, powtarzam tylko:) Byłam tam po raz drugi w życiu, a pierwszy raz dłużej, bo to miejsce do niedawna cieszące się złą sławą. Kilka lat temu podjęto się rewitalizacji tego zakątka, co na razie przełożyło się głównie na sferę kultury - sztuki teatralne i koncerty na wolnym powietrzu. Służy temu  nowy most Cybiński, czyli zawieszona nad Cybiną ( wątły strumyczek ) konstrukcja byłego Mostu Rocha ( przedtem nad Wartą - rzeką mniej wątłą niż Cybina, ale bardziej wątłą niż Wisła, czy Odra:)), który zwyczajnie ucięto rok temu i przesunięto kilka kilometrów dalej - łącząc tym samym Śródkę z Ostrowem Tumskim. Dzielnicę czeka jeszcze odnowa kamieniczek ( poniżej prezentuję jak to wygląda dzisiaj), wykwaterowanie mniej zamożnych mieszkańców, sprzedaż mieszkań bardziej zamożnym.  Czyli rewitalizacja substancji ludzkiej - tak jakby...

A w ogóle to na działkach nic nowego się nie dzieje, ponadto, że wczoraj dokonałam odkrycia, że najlepsze jest logiczne i nieco egoistyczne postępowanie, a dzisiaj klepnęłam fajną dla mnie sprawę. Ponadto dostałam przesyłkę z Merlina - Ann Patchett " Belcanto" i Anna Janko "Dziewczyna z zapałkami", co mnie cieszy. I do przodu. 

Fram!  Po norwesku:). 

 

21:16, kocurkowata
Link Komentarze (10) »