O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
środa, 27 czerwca 2012

   Sięgnęłam po tę książkę z kilku powodów. Po pierwsze znam czasy NRD z autopsji, z wojaży różnego rodzaju, z pracą w NRD włącznie. Po drugie, wspieram Szczecin zawsze i wszędzie, bo mieszkałam w tym mieście dwadzieścia lat i mam sentyment. Po trzecie to rzecz nagrodzona Gryfią i nominowana do Nike.

Wydawnictwo Forma Stowarzyszenie OFFicyna Szczecin 2011

   Och, młodości chciało by się rzec i już jestem w objęciach Rainera. Mój Lieber Rainer miał pełne usta, pięknie z nim się kochałam – wiadomo Polki maja tę seksowną drapieżność, nie to co Niemki. To nie o mnie, oczywiście:) Jej imię Jagoda brzmiało, a zawód? Sprzątała berlińskie biurowce. Nauczyła się przy okazji owa Polka wkładania nieowiniętych folią kiełbas do lodówki i zdejmowania szpilek po przekroczeniu progu domu. Na koniec dowiedziała się, że jest trupem, że jej w ogóle nie ma, że nie żyje. To wszystko. I tyle go widziała. Czy kochany Rainer wrócił do swojej Uty, miłośniczki indiańskich workshopów, która na rozstanie powiedziała mu to samo co on Jagodzie?

   Dzięki książce mam możliwość przyglądać się prywatnej docentce w jej życiowej podróży, gdzie towarzyszy jej istna berlińska plejada "instytucji" różnej maści. Fachowcy od heinzugu niestety nie naprawią pieca, ale za to przysporzą opłat za heinzug, Jobcenter finansuje z podatków docenta niezgułę i docentkę bez męża, cwaniacy wciskają mieszkania imigrantkom, i to jeszcze nie wszystko. Mogłam też poczuć jak to jest odtrąbić Wigilię sałatką ziemniaczaną i pośmiać się na niemiecką komendę z witzów.

   Nasza umęczona Polka, prywatna docentka, zatrudni się jako profesor gdzieś tam w Polsce, a potem jeszcze w Pradze. Nie to co wcześniej poznana Jagoda, ta co potajemnie i cwaniacko pobierała zasiłek dla bezrobotnych w Polsce, a potem jeszcze Rainera złapała. I pracę chyba nawet nie na czarno. O nie, ja mam swój feministyczny honor, kończy wywód docentka-profesorka.

   Są jeszcze Dieter i bezrobotny Uwik. Ich przyjaźń zaczęła się w wojsku, do którego trafili z głupoty. Uwe pochcdził z Karl-Marx-Stadt ("jeśli zamierzasz pisać o tym mieście, nie zapmnij, że kartki Twojej opowieści muszą pachnieć metalem, smarem, smołą, dymem z kominów fabrycznych"), Dieter z "zakichanego Pasewalku". Kiedy po latach Dieter zasugerował chronicznie bezrobotnemu przyjacielowi, "że w jego firmie szukają inżyniera budowy maszyn (którym Uwik notabene był), Uwik mu na to: Dobrze, rozejrzę się, nia ma sprawy, zapytam jednego kolegę"."

     Zjednoczenie Niemiec nie wszystkim wyszło na dobre. Tytułowe "enerdowce i inne ludzie" nie mogą się odnaleźć w nowej rzeczywistości (chociaż ona już nie jest taka nowa), w jakimś sensie są odrzuceni, złamani. Czy byliby tacy gdyby powiew historii nie zmiótł muru pomiędzy Niemcami? 

"Enerdowce i inne ludzie - czyli jak nie zostałem bohaterem". Brygida Helbig

Polecam!   

   

 

piątek, 22 czerwca 2012

   Coś mnie ciągle odciąga od finalizowania trzeciej powieści, brak koncentracji, ucieczki myśli, czy co? Muszę sobie kupić Bodymax:) A może dwie poprzednie nie chcą we mnie wybrzmieć? To może w międzyczasie napiszę coś lżejszego na blogu?

   Do dzieła.

   Zamek w Książu pewnie zna każdy Polak, większość Niemców, co drugi Czech, jak jest ze Słowakami, nie wiem. Ja nie znałam, toteż będąc w Szczawnie, prędko się tam udałam. Było upalne majowe popołudnie, akurat dobra pora na wycieczkę do miejsca ocienionego i o grubych murach. A do tego, jak się okazało, ukwieconego i przez lud wszelaki oblężonego, bowiem odbywała się coroczna wystawa kwiatów.

   Było na co poparzeć. W oko mi powpadały (nie dosłownie oczywiście) drzewka bonsai (następnym razem może opublikuję kilka fotek), no i wiązanki niektóre - faworytką jest żółto niebieska kula, na końcu fotoreportażu. Ponieważ nie udało mi się zrobić zdjęć całego zamku - to olbrzym nad olbrzymy - pokazuję dwie miniatury ze Skansenu Miniatur w Kowarach. To dwie pierwsze fotki. Prawda, że trudno poznać, że to nie oryginał?   

niedziela, 17 czerwca 2012

   To zdjęcie z jakiegoś mojego wyjazdu, bardzo je lubię, ale nie wiem dlaczego:)

   Wierzbami szczepionymi na pniu ja akurat mogę się pochwalić (tutaj biednie wygląda), zwłaszcza Hakuro Nishiki rosną w moim ogrodzie jak na zawołanie, ale surfinie nigdy u mnie tak ładnie nie zakwitły, chociaż się starałam! No, przepraszam, pierwsze egzemplarze, jeszcze w Szczecinie, były bardzo ukwiecone. Kolejne już nie.  

środa, 13 czerwca 2012

   Wiosna nasza, czyli czytelników literatury kobiecej. A dlaczego?

Bo taniej.

Moje Wydawnictwo, czyli REPLIKA ogłasza promocję na książki z nurtu literatury kobiecej. W tym mieszczą się powieści Autorek o których pisałam (Renata Kosin, Joanna Marat, Agnieszka Lingas-Łoniewska, Renata L. Górska), powieści które napisałam ja ("Nagie myśli" i "Złocista Dolina"), a także te, które przeczytam bo są tańsze!  

Zobaczcie sami jak wydawnictwo zachęca do kupna.

 

 

Uwaga, promocja!

Czerwiec „miesiącem z literaturą kobiecą”

20% zniżki na książki w każdym calu kobiece

Czas obowiązywania promocji: 12–30 czerwca 2012

 

 

Sprawdź, za co kobiety uwielbiają książki Wydawnictwa Replika!

 

Czerwiec to idealny miesiąc na podarowanie sobie odrobiny relaksu z książką. W związku z tym, specjalnie z myślą o naszych Czytelniczkach, przygotowaliśmy 20%-owy rabat na 30 naszych najlepszych kobiecych tytułów. Wśród nich znalazły się nie tylko ujmujące powieści obyczajowe, ale także te z tajemnicą w tle czy nutką pikanterii – z całą pewnością każda Pani, niezależnie od wieku, znajdzie tu coś dla siebie.

 

A czy można sobie wyobrazić lepsze towarzystwo na leniwe letnie popołudnie... niż wciągająca lektura?

 

Książki w nowej, promocyjnej cenie można nabyć między 12 a 30 czerwca 2012. Promocja jest widoczna na stronie księgarni internetowej Wydawnictwa Replika w zakładce „Promocje” –http://replika.eu/promocje.php.

 

Poruszające historie, intrygujące zagadki i niesamowite kreacje literackie!

 

Pospiesz się – najmodniejsze w tym sezonie książki tylko do końca czerwca na wyciągnięcie ręki – i w atrakcyjnej cenie!

 

 

 

poniedziałek, 11 czerwca 2012

      "Czasem ucieczka w zacisze karkonoskiej głuszy staje się jedyną drogą do zrozumienia przeszłości i poszukiwania szczęścia." Jakże osobiście dla mnie brzmią słowa z okładki powieści "Błędne siostry" Renaty L. Górskiej. Byłam przecież niedawno w Karkonoszach, zamknięta wprawdzie nie w tajemniczej chacie na wzgórzu, ale w pokoju jednoosobowym jednego z tamtejszych sanatoriów. Nie w samotni wraz z intrygującym Arminem i przypatrującymi mi się z ukrycia sarenkami, a wśród kuracjuszy o podobnym do mojego stanie zdrowia:). Też miałam czas pomyśleć, oczywiście miałam chwilę by poszukiwać jakichś doktryn, myśli.

   Ale przede wszystkim tam właśnie zaczęłam się delektować spotkaniem z "Błędnymi siostrami".

"Błędne siostry" Renata L. Górska Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2012.

     Karola, Polka mieszkająca od wielu lat za granicą, jest przekonana, że ma pragmatyczne nastawienie do życia, mimo że nie pasuje do istniejącego porządku świata. Pragnie jakiejś wspólnoty, ale nie wierzy, że ludzie są z gruntu dobrzy. Pragnie też asymilacji, przygarnięcia przez nowe środowisko, w którym jako emigrantka była "stamtąd", jednak to też nie wychodzi. Karola od dawna sporo wie jaki jest porządek rzeczy, i  że "wszystko pod niebem ma swój czas". Jest przekonana, że potrzeba rodzi symboliczną moc słowa i że niektóre z nich są "jak plewy", podczas gdy inne "to są słowa doskonałe". Rozczarowując się całokształtem kręci się w kółko, odwyka od ludzi, mija w komunikacji z nimi, tym samym upewniając się co do jakości świata: "ostrożności nigdy w nim nie za wiele".

   Leczenie farmakologiczne objawów psychosomatycznych w postaci uciążliwej migreny przynosi niewielką ulgę, zalecenie lekarskie jest krótkie - powrót do Polski, do korzeni. To w Karkonoszach okazuje się, że Karola nie może powiedzieć o swoim życiu prywatnym i statusie zawodowym: "jest dobrze". Przyznaje przed sobą, że jest emigrantką. "Emigrantka - słowo będące obietnicą, utratą złudzeń, losem". Podejmuje kombinatoryczną zabawę z literami i symbolami w słowie "emigrantka", co prowadzi do pierwszych odkryć i wniosków. Tajemnicze słowo "engram" okazuje się być zgodne z celem jej pobytu w Polsce, opisuje "ślad pamięciowy, podstawę późniejszego odtwarzania zdarzeń". Jednakże, kody pamięci Karoli nie są kodami prawdy. Jest ostrożna, jednocześnie zdając sobie sprawę, że nie może żyć w bagnie życiowych pozorów, jak jej przyjaciółka Danka, rozgrywająca z życiem twardą partię - coś za coś, rola za rolę, i oby nie wypaść z gry, bo wtedy nikt ci nie pomoże.  

    Pojawiająca się ponownie w życiu Karoli siostra Kinga otwiera po kolei matrioszki skrywające rodzinne tajemnice. Nie dzieje się to jednak w sposób znany z odkrywania rosyjskich drewnianych babuszek - najpierw zdejmujemy największą. Tutaj, w siostrzanej grze niedopowiedzeń największa matrioszka czeka nieodkryta do końca partii. Czy Karola i Kinga będą miały siłę zapłacić światu za jego prawdę i wyzbyć się gniewu, który pozwalał wprawdzie jakoś żyć, ale jednocześnie nasączał ich wzajemne siostrzane relacje złością i nienawiścią? Czy retrospekcja dokonana w Polsce wyzwoli bohaterkę? Czy nadal będzie się spierała z losem? I jaką rolę w ewentualnej przemianie Karoli pełni przystojny i charyzmatyczny Armin - tajemniczy współlokator domu na wzgórzu? 

    Na powieść "Błędne siostry" składają się słowa piękne, tworzące doskonałe zdania, które to - wraz z intrygującą fabułą - budują nieśpieszną, tajemniczą i piękną opowieść, zawierającą całe pokłady mądrości i znajomości psychiki ludzkiej. Dzięki temu, a także wiedząc, że powinnam powieści Renaty L. Górskiej czytać uważnie, mam zagwarantowaną radość z obcowania z bardzo dobrą prozą.  

piątek, 08 czerwca 2012

      Do Polski Europa weszła i wjechała, mecze i strefy kibica nam oferują, w Poznaniu ul. Roosevelta tramwaj wreszcie puścili, zaś w kraju drogi nawet sfinalizowano, wprawdzie bez docelowej nawierzchni, ale są. Pospolite ruszenie.

     A ja tym ważnym czasem, i nie zważając, że nie zapowiadano słonecznej pogody, pojechałam do Ustki. I bardzo dobrze, bo nigdy tutaj nie byłam, a bardzo lubię wyruszać do miejsc nieznanych.  Sporo ich jeszcze zostało, życia za mało by zobaczyć wszystko co się chce. Taka jestem, lubię turystyczne nowości. Mój kolega zaś co roku wyjeżdża do Ustronia Morskiego, twierdzi, że był już kilkanaście razy, ale w planach ma co najmniej tyle samo. Dlaczego? Bo dobrze się czuje w miejscach dobrze znanych, ot co.

     No cóż, różnimy się, my ludzie. :-)

     Jak pisałam, pogoda nie była i nie jest plażowa, słońce pokazuje się na kilkanaście minut dziennie, linia widnokręgu jest mało widoczna, bo zarówno morze jak i niebo, a nawet piasek, są w podobnej, szarej barwie. Poza tym wszystko pokrywa poświata o gołębim kolorze. To oczywiście utrudnia fotografowanie, co jak powszechnie wiadomo, bardzo lubię czynić. Zdjęcia widzę nieostre, bo nie ma punktów na których aparat mógłby ową ostrość złapać. Jednak, jak wiadomo, za zdjęciem nieudanym stoją nie braki sprzętowe, lecz niewielkie umiejętności fotografa - czyli, moje.

     Pewne pocieszenie przyniósł mi obiad zjedzony w Syrence znanej z Kuchennych Rewolucji Magdy Gessler, gdzie panował tłok i trzeba było poczekać na stolik. Ale było warto, bo zaraz na stole pojawiły się zapiekane, gorące szprotki jako przystawka. A potem! Nigdy w życiu nie jadłam tak smacznej zupy dyniowej, podanej z pestkami dyni, ani też dorsza z pieca zapiekanego z borowikami. Cudowny smak tych dwóch potraw czuję do dziś. Zestaw był znakomity, polecam z całego serca, a raczej żołądka. Popróbowałam też (po jednym łyku) zupy rybnej i gołąbka z dorsza. Zupa rybna nie była już tak smaczna, miałam wrażenie (na pewno subiektywne), że przypomina mi jarzynową do której przypadkowo wpadły kawałki ryby. Ale gołąbek też był przesmaczny.

     Kolejnym pocieszeniem były kilkukilometrowe spacery i ładny zachód słońca, bo pomimo, że w ciągu dnia niebo było zachmurzone, to pod wieczór się „przetarło” i można było podziwiać romantyczny koniec dnia.        

poniedziałek, 04 czerwca 2012

     

 Grzechy Joanny” - Joanna Marat. Replika 2011

     Piękna okładka przyciąga wzrok nie tylko podwiązką na oczach pięknej kobiety, ale i znaczącym tekstem, który mówi o związkach między tym co widoczne – „jej palce dotykają tylko starych pergaminów” - a konkluzjami rozumu. I ostrzega przed błędami popełnianymi przez tych wszystkich, którzy czynią to tylko wedle widoku i stereotypu. To bardzo ważna wskazówka.  

     Wydawać by się mogło, że czarna koronka na oczach kobiety nie jest tu stereotypem wziętym z burleski, ale symbolem doświadczenia całokształtu. Nie zakrywa bohaterce kosmosu, lecz jej myśl o świecie zaledwie – dziecięcą może – jeśli zasłonię oczy to mnie nie ma. Ale czy tak jest na pewno? Może koronkowa opaska ma za zadanie kusić - odsłaniając tytułowej Joannie i nam czytelnikom damsko-męską warstwę emocjonalną? 

     Korespondencja internetowa nadana przez intelektualnie brzmiącego Xawerego Stadnickiego, będącego „o osiem godzin lotu stąd”, zaczyna się słowami: „Czy jesteś Joanną H. z Krakowa? Pytam, bo brzmisz znajomo.” Niestety, nie poznamy broadcast-u wysłanego przez Joannę, z grubsza czterdziestoletnią „posiadaczkę nóg niezbyt długich”. Czy Joanna (córka Starego H. i matki, która lęka się, że Oni znów przyjdą) czuje się Joanną H.?  Czy podejmie odważny dialog, jaki wieść można z doświadczonym i zaciekawiającym erotycznie mężczyzną? Czego się dowiadujemy z pierwszych stron powieści? Bohaterka jest za odpowiedzią Xaweremu w prawdzie, ale i przeciw niej, co więcej, ma na tę okoliczność wcześniej przygotowany „kostium ze słów i marzeń”. Jednocześnie chciałaby Xaweremu „wypisać” swój ból. Zatem, czy Joanna układa świat wedle pożądliwości, czy wedle atmosfery średniowiecznych malowideł, czy wobec doświadczenia rodzinnego? A może nadrzędna jest trauma pomieszkiwania Za Żelazną Bramą (gdzie „generalną zasadą jest niewtykanie nosa w nieswoje sprawy”) wespół z tym całym jestestwem, które zostało zawarte w maszynopisie matki, dla pamięci, że widziała prawdę, a nie li tylko omamy?

     To bardzo dobra powieść. Najbardziej spodobała mi się jej intelektualno-psychologiczno-erotyczna warstwa, zwłaszcza w opozycji do szarej i tragicznej, a nawet traumatycznej codzienności bohaterki. Polubiłam też swoisty stosunek Autorki do swoich literackich bohaterów. Koniecznie wspomnieć muszę również o języku powieści. Historia opowiedziana jest z wielką swadą, momentami dosadnie, innym razem poetycko i ze zdystansowaną ironią (nieco czarną, co lubię), poza tym miałam wrażenie jakby „poczyniona została na jednym oddechu”. Od pierwszych zdań wpasowałam się w melodię powieści, chciałam koniecznie, również  na tzw. „jednym oddechu”, ją przeczytać. To mi się udało (no, prawie :-)), ale nieraz powracam myślą do lektury i zaglądam, by znów się słowem Joanny Marat nacieszyć.    

     Zachęcam do przeczytania „Grzechów Joanny” potwierdzając prawdziwość zdania z okładki – „w tej opowieści nic nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka!”.

     Nie jest, przeczytajcie i potwierdźcie to sami.  

niedziela, 03 czerwca 2012

Ach - dzieckiem być i na spotkanie świata wyruszyć móc!

Marzenie to, naiwność, czy zaledwie tożsamościowa ułuda? A może każdy z nas wyrusza?   

Ech. Czas przygotować obiad dla kilku osób. Będą młode ziemniaki w mundurkach, twarożek z koperkiem, duszona papryka z cebulką wyostrzoną dzięki peperoncino, polędwiczki drobiowe na dziko i mizeria, bez śmietany.

To pomysł własny, z tych spontanicznych, przyznam się, że pierwszy raz podam taki zestaw. Czy całość zgra się smakowo i czy w żołądkach się bezkolizyjnie połączy? Nie wiem. Powiem, a raczej napiszę jutro:)