O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
środa, 29 lipca 2009

Jedną z moich chorób śmiało mogę się w towarzystwie szczycić. Nazwa schorzenia brzmi znakomicie. Co pani jest? Hashimoto. Co innego przychodzi mi na myśl w przypadku lekarzy od tej przypadłości, bo jest ich bardzo niewielu.

Dzisiaj udało mi się wkręcić, bez rocznego oczekiwania, do pewnego Pana, który jest ponoć dobrym w tym zakresie specjalistą. Umówiliśmy się po południu w jego maleńkim gabineciku:) przy domu, w którym mieszka. Nawet ładnie sobie mieszka, mnie, jako specjalistce od ciągle nieskończonej budowy, zawsze rzucają się w oczy wszystkie, nawet najbardziej intymne szczegóły różnych "obejść czy domostw. Dzisiaj też, kierowałam się w stronę wejścia do gabinetu ( w drugiej cześci domu) a okiem zezowałam w stronę ( mniej więcej jak rasowa Pilarska) olbrzymiej niebieskiej hortensji, rozbłysłej przy wejściu prywatnym. I nie tylko w jej stronę, plątanina bluszczy na płocie i pnących kwiatów też była imponująca. Albo wielka, pnąca się i wijąca, nad schodami, pod schodami i obok, pąsowa róża. Ponadto obydwa wejścia obłożone były piaskowcem, co lubię, ale kolorowym. Każda bryłka była inna. Jak ślicznie! Westchnęłam i rozejrzałam jeszcze bardziej:). Na piętrze, w oknach wisiały różnokolorowe witrażyki i wesoło tańczyły na wietrze i połyskiwały w słońcu. Dom był magiczny, nieszablonowy. Wejścia strzegł olbrzymi biały pies, wygrzewał się w zachodzących promieniach, łypał okiem, ale dyskretnie, rasa była mi obca, bo i nie znam się na psach, ale rzucała się w oczy jego niesamowita czystość ( w przeciwieństwie do naszego umorusańca) i kultura bycia ( też w odróżnieniu od naszego szczekotliwca). A w środku domu... małe schodki na piętro, drewno jest niby niemodne, ale jakież ciepłe fale wytwarza, wieszak na ubrania był zaraz przy drzwiach. I wielkie ornamentowane lustro. Doktor zaproponował, żebym, co mogę, pozostawiła w przedpokoju, to zaczęłam się rozsweterkowywać. Nie wiem po co go w ogóle wzięłam ze sobą... to mi zostało po deszczowym i wietrznym początku lata, zapewne... Stanęłam przodem do wieszaka, doktor czekał, stał tuż za mną. Wtedy, na ścianie, na wysokości oczu, zauważyłam maleńki obraz wiejskiej dolinki wśród lasów, z resztką jakiegoś betonowego mostka nad wysuszonym korytem, zatrzymałam na nim wzrok, zatęskniłam, bo przypomniał mi dzieciństwo, w okolicy zamieszkania mojego dziadka było podobne miejsce... Zamyśliłam się, jakby mocniej poczułam słońce, zapach czarnego bzu, a właściwie ciepło od wspomnień, zaczęłam ściągać bawełniany sweter.

- Proszę, proszę - zapraszał stojący za mną doktor.

Zdjęłam odzienie z ramion i... to wszystko! Podałam, albo oczekiwałam, że..., no właśnie, przyzwyczajona jestem, że ten Męski Ktoś w tyle:) to moje coś ZAWSZE odbiera.

Sweter spadł na podłogę.

Upppsss. Dawno się tak nie zawstydziłam! Odwróciłam się i przez moment oboje ( doktor i ja ) patrzyliśmy w dół, na kawałek zmiętoszonej szmatki, potem zerknęliśmy na siebie. To znaczy, ja na pewno spojrzałam na niego. O kurczę! Nigdy, przenigdy nie czułam się tak niezręcznie! Zupełnie nie wiedziałam, co zrobić. Czekać dalej...? Czy... Zwyczajna, beżowa, bawełniana szmatka - a jakby wyrósł mur. Byłam krwistoczerwonym pomidorem. Milczałam.

Doktor uśmiechnął się, tak jakby, rutynowo, wskazał mi drogę do gabinetu, odwrócił się i odszedł.

Ja zaś szybko podniosłam szmatkę ( szmatę?) z podłogi, wrzuciłam do torebki ( jak dobrze, że duże noszę ), naprawiłam twarz ze zniesmaczonej na zwyczajową maskę bez wyrazu, tym samym bez emocji. Weszłam do gabinetu.

I zaklinałam rzeczywistość, bo bardzo nie chciałam w tamtym momencie usłyszeć:

- I cóż pani dolega?            

20:10, kocurkowata
Link Komentarze (17) »
piątek, 24 lipca 2009

Nie wiem, czego się wstydzić bardziej, swojego młodego ducha z "teraz", czy nietolerancji z "kiedyś". 

Lekarka opiekująca się moją Mamą we wrocławskim szpitalu wyraziła pogląd, że dusza pozostaje zawsze młoda. Nie zgadzałam się z nią, buntowałam, nie mogłam przyjąć takiego uproszczenia, bo nie jestem zwolenniczką uogólnień, podobnie jak nie mogłabym zgodzić się i z tezą, że nasze ciała starzeją się w równym stopniu. Chociaż, tutaj akurat możnaby przyjąć, że tak byłoby sprawiedliwe. Tutaj " równo dla wszystkich" nie tchnęłoby komunizmem. W żadnym stopniu.

- A co z twoim pisaniem? - zapytał mnie Coach.

- Przecież doradzałeś mi, żeby na razie spasować, żeby zająć się wyłącznie budową. Że sroki, że ogon... mówiłeś - zaskoczył mnie. Wprawdzie nie zastosowałam się do rad, bo trochę jednak próbowałam tworzyć, ale niewątpliwie "to coś" było pozbawione zarówno "kochanego pazura", jak i emocji, zacięcia i powietrza. Niby mam pomysły, wizję, mnóstwo historii w głowie, ale moją twórczość ( szumne słowo ) wyjaławia życie, a ono jest zwyczajne, bo ostatnio normalności właśnie szukam.  

- Teraz, w okresie żałoby masz w sobie mnóstwo emocji. Zagreguj to. Zarchiwizuj słowa.

- Plituś bajduś. Łatwo mówić.

- Wiesz co mi się w tobie bardzo podoba? Jakaś taka, zwłaszcza, wewnętrzna młodość, dziecko nawet, a jednocześnie spokój, opanowanie i dojrzała mądrość. 

- Komplemenciarz się znalazł! A wiesz czego bym najbardziej nie chciała? Nie pasowałoby mi, gdybym była nieproporcjonalnie młoda. To od razu zgrzyta. Wiesz co? Gdy miałam  dwadzieścia lat, pisałam sobie wierszyki, takie tam też, niech będzie, że plitus bajduś, nawet je czytałam podczas publicznych wieczorów poetyckich. I tam była taka czterdziestoletnia poetka - debiutantka. Teraz, z tego co czytam w prasie, wiem, że nawet zrobiła się uznaną marką, jeśli tak można powiedzieć, ale dla mnie wówczas ta kobieta była bardzo żałosna, poza tym jakaś strasznie babciowa. Do szydełka by pasowała, czy coś... I ja teraz boję się, żeby nie wpaść w tenże właśnie nurt pogardy. Bezczelnej i pysznej z niedoświadczenia. A przecież ci wszyscy redaktorzy w wydawnictwach to po dwadzieścia lat mają...

 

23:10, kocurkowata
Link Komentarze (9) »
czwartek, 23 lipca 2009

Korzystając, że przede mną jest perspektywa kilku wolnych dni (niestety, "wyjazd dalej i po powietrze" przesunęłam na przełom sierpnia i września), a jednoczesnie nie zważając, że przyszło nam żyć tego lata nadal w strefie umiarkowanej, ale w klimacie iście monsunowym, udałam się na tzw. miasto. Bez parasolki przeciwsłonecznej ( z przeciwdeszczową tak:)), chociaż przyznam się, że mam takową upatrzoną ( śliczna, ecru, z haftem;)) i nawet zapisaną w obserwowanych aukcjach na Allegro. Nie był to wypad po zakupy, ani nie do knajpki, a na rekonesans, po widoki, pokadrować Poznań, poszperać w zakątkach:).

Tym razem, konkretnie, zawiodło mnie na Górę Przemysława. Z aparatem fotograficznym, to jasne:). Nigdy, przenigdy tam nie byłam, może dlatego, że jest tuż tuż Starego Rynku, może dlatego, że mało ma z "góry", może i z tego powodu, że na wszystkich akademiach ( kto teraz wie, co zacz ) z okazji i przy okazji, szkolnych musiałam śpiewać mniej więcej tak:

Tam gdzie Warta toczy wody swe, Góra Przemysława wznosi się,

Gdzie kolebkę swoją sławi Piastów ród, leży stary Poznań, nadwarciański gród.  

Nie zawiodłam się, było tam wszystko co bardzo lubię: tajemnicze schodki do góry, żeliwne furty, bramy, wielkie (i małe też) rzeźby, dachy jak u Wildrose, mnóstwo zieleni i Stary Rynek widziany z góry. A potem z dołu, bo szukając ochłody zeszłam i skonsumowałam wielkie pszeniczne piwo w gwarnej Browarii. I to też było "to".

Była to bardzo pouczająca i owocna w widoki wycieczka.

18:57, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
sobota, 18 lipca 2009

Moja Babcia była bardzo domowa, oddana małżeństwu i rodzinie. Gdy przyjeżdżałem na wakacje piekła pizzę i placki drożdżowe, najsmaczniejszy był z malinami, agrestem i cytrynowym lukrem. Robiła też kompoty, powidła, suszyła grzyby... A potem zaszywała się w swoim pokoju i rozwiązywała krzyżówki. Było mi u niej bardzo bezpiecznie. Kilka dni temu mama starała się Ją zachęcić do wstania ze szpitalnego łóżka, do powrotu do Poznania, do małych życiowych przyjemności. "- Mamo, proszę Cię, zdrowiej szybko, bo dojrzewają morele! - One mnie już nie interesują - Babcia wtedy westchnęła, ale po chwili jednak dodała - za dużo cukru mają." Za dwa dni już nie wybudziła się ze snu. Tym samym nie chciała skosztować tegorocznych moreli, bardzo chciała wrócić do małżeństwa. Znowu są razem. Ona i Dziadek. Tam.  

Takimi słowami żegnął swoją Babcię mój starszy syn. 

Pochowaliśmy Ją na poznańskim cmentarzu, w upalne, czwartkowe, wypłowiałe od słońca południe. Moją Mamę oddaliśmy Ojcu. Niech pozostaną Oboje w naszych sercach i pamięci.     

19:48, kocurkowata
Link Komentarze (13) »
sobota, 11 lipca 2009

Do komputera włożyłam płytę z ariami Walewskiej. Zamknęłam oczy. Zrosłam się z muzyką, tym samym oddaliłam od galimatiasu, w jakim dawno temu ugrzęzłam.

Nie słyszałam że wrócił. Poczułam jego zmarznięte ręce na swojej twarzy. Otworzyłam oczy. Stał przede mną nieporadnie, jak małe, oczekujące klapsa, dziecko. Nie zaskoczył mnie, nie wystraszył.

Postawił na stole talerz z kawałkami melona.

- Dziękuję, kochana… - powiedział cicho.

- Za co? – wzruszyłam ramionami.

- Że jest Sylwester … że jesteśmy … że śpiewa Walewska…

Pozostałam z niewypowiedzianymi słowami na języku, potem powoli opuściłam głowę. Nie wiedziałam. Nic jeszcze nie wiedziałam. Zastanawiałam się, czy ze swoim dotychczasowym życiem właśnie się żegnam, czy może dopiero na nie godzę.

 

( fragment większej całości)

22:35, kocurkowata
Link Komentarze (9) »
sobota, 04 lipca 2009

- Wiesz, nie wiem skąd się biorą te burze, ja nienawidzę takiego klimatu. Ale kałuże! Ta chmura to znad Niemiec do nas przywędowała. Na bank. Czytałam w necie, że od pioruna zginęło tam wczoraj kilka osób. A to taki zaplanowany naród...

- Tiaaa. Znad Niemiec. He, he, na czole miała to napisane... Tiaaaa....

- Ciekawe, że od zachodu przyszła, a jaka zawierucha. To czasy się pozmieniały. Nieważne, wiesz, tak się zastanawiam. Bo nie wiem czy moralne jest obmyśliwanie jak uprzyjemnić sobie życie tutaj, wokół, w ogóle, dom lepiej wyposażyć, te wszystkie fiubzdziu, popodnoszone są teraz standardy, że zasuwać trzeba, żeby się zmieścić. Bo przecież mogłabym mieszkać na tym metrażu co obecnie, nie jest przecież ważna ta część dobudowana, może zgnić, tak mogłabym pomyśleć, tak mogłabym też powiedzieć... To tyko kwestia wyboru. To jedynie kwestia odpowiedniej selekcji...

- Tiaaa...

 - Tym bardziej, że jednak weszłam w fazę życia, która nazywa się " odchodzenie".

- Jakie, kurde, odchodzenie! Piłaś? Czerwonego już w butli prawie nie ma!

- No tak, bo lewa strona ogrodu może być, nic już nie będę dosadzać. A prawa??? Spod morelki na jesień trzeba będzie wykopać tego obrzydliwego mutanta. Poproszę Cię o to. A w ogrodniczym mówili, że to miniaturka jałowca! W sumie nie jest najgorzej. Jakoś posuwam do przodu tę rozbudowę, od biedy mogę usiąść na tarasie z symboliczną filiżanką pełną mokki. Nawet się dzisiaj przymierzyłam. Fajne to było.

- A swoją drogą, ciekawe, że wszystkie filiżanki masz pojedyncze.

- Tiaaaa. Ale mimo, że w salonie już wyszliśmy z klepiska, to ja jednak czuję wielki życiowy niedosyt.

- Tiaaa. Ty się w ogóle nie potrafisz cieszyć...

- Tak, wiedziałam, że coś poruszę. Bo twój świat to wielki dziurawy kubeł ocynkowany na zagonie z kwiatami. A mój....? Bardzo niezbieżny z twoim.

- I tylko dlatego płaczesz?

- Bo mój...

- Kupiłem ci rano melona, nie zjadłaś... Przyniosę, poczekaj, to wszystko przez to, że nie słodzisz herbaty... Od cukru jest się weselszym, to jest udowodnione. No usmiechnij się. Tititata tititu, trututu, tititu. Nie wstawaj, ojej chciałem cię tylko rozweselić. Siedź, ja się wszystkim zajmę...

 

20:51, kocurkowata
Link Komentarze (19) »