O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
czwartek, 29 lipca 2010

Na wzgórku, w centrum Kicina ( tuż za rogatkami Poznania ) wznosi się drewniany kościół parafialny pw. św. Józefa Oblubieńca NMP. Zbudowany został prawdopodobnie w XV wieku, w XVIII stary kościół został rozebrany, a w jego miejsce wzniesiono nową świątynię. Zbudowana została z drewna, podobnie jak pierwowzór. Budowę finansowo wspierała Kapituła Poznańska, a także Józef Kierski, były proboszcz w Kicinie. Pewnie z datków wiernych - spróbowałby ktoś się wyłamać...:))) 

 

 

 

 

 

 

Kosciółek jest moim faworytem w rankingu miejsc zaślubin syna, bo jest maleńki, drewniany, wewnątrz odrestaurowany, na zdjęciach jest w trakcie remontu, ale obecnie już po. Znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów od Poznania, zresztą w kierunku na miejsce weselne. Poza tym wewnątrz pachnie świecami, kadzidłem, gdy się idzie to dudni i trzeszczy podłoga:) Czyli dusza w nim jest żywa! Ale wybierać ostatecznie będą młodzi.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Wszystkiego najlepszego! Wznieśmy toast, sto lat!!!!

Tagi: życzenia
12:39, kocurkowata
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 lipca 2010

Już dawno temu wiedziałam jak powinno wyglądać moje życie.

Jako mała dziewczynka wyobrażałam sobie, że będę szyć piękne sukienki z amerykańskich tkanin. Wiedziałam, że wszystko co zagraniczne jest lepsze, piękniejsze. Z rozkoszą ubierałam śliczną, rozkloszowaną, uszytą przez krawcową, specjalnie dla mnie, letnią sukienkę z żółtej tkaniny w wytłaczane, prześwitujące wzory. Niewielkie, wypłowiałe, żółte szmatki znalazłam niedawno w piwnicy, robiąc porządki. Dzisiaj już nie wydały mi się takie śliczne.

Wiedziałam też, że chcę podróżować. Będąc u rodziny na wakacjach, a było to w maleńkim podpoznańskim miasteczku, siadałam na dworcu kolejowym, oczywiście w towarzystwie siostrzeńców i kuzynek, i wyobrażałam sobie, że stamtąd wyjeżdżam daleko w świat, sapiącym pociągiem, moszczę się na drewnianym siedzeniu,  tekturową walizkę stawiam na półce dla bagaży. Jadę do innych ludzi, do ciekawszych miejsc, żeby poznać inne smaki, zapachy i dźwięki. I po to by wrócić kiedyś, już z tym bogactwem wrażeń, do domu.  

Czułam, że będę lubić pisać. Gdy już nauczyłam się kaligrafować, zaczęłam tworzyć nieporadne, rymowane wiersze, bo wydawało mi się, że wszystko co piękne w sztuce słowa, musi być rymowane. Szukanie tak samo brzmiących, a do tego poetyckich końcówek wersów było świetną zabawą.

Wiedziałam też, że nie należy absolutnie marnować czasu, że każda minuta powinna być wykorzystana, i że coś z tego powinno wynikać. Dla mnie - bo jako pierwsza w rodzinie wnuczka i pierwsza córka egoizm miałam wszczepiony od zarania. Że powinnam szukać, jeśli nie cudowności przedmiotów, to choćby atrakcyjnych myśli. Ale najczęściej było to odnajdywanie - "tylko", bądź "aż" - marzeń. Marzenia niespełnione są zwykle piękniejsze od tych zrealizowanych.

Dlaczego o tym piszę. Bo mam więcej czasu. Bo mogę cieszyć się ( oprócz myśli ) przedmiotami. Układam je, zmierzam do jakiegoś finału. Do zamknięcia jakiegoś etapu. Kontempluję, zaczynam mieć świadomość, cieszyć się tym, że zmierzam. Że za chwilę skończę swoje wakacje i znowu zacznę działać. Bo prawdziwe życie to urozmaicona droga:)

Wczoraj spotkałam, w najzupełniej niespodziewanym miejscu Poznania, absolutnie na uboczu, sklep z prawdziwymi cudami. Czego tam nie było, kiedyś do tego wrócę. Anioł mnie tam wiódł? Czy ślepy traf? Za niecałe 110 złotych nakupiłam dużo śliczności. Czyli wszystko to, co pokazuję na poniższych zdjęciach. Prawda, że sporo? Filiżanki od kompletów śniadaniowych są duże, to dobrze, a czerwony zestaw do mokki szkoda, że uchowała się tylko jedna filiżanka) jest prześliczny, ale mało użytkowy. Na deser dołożyłam sobie sporą, nieco sfatygowaną, wiklinową walizeczkę - jako zapowiedź podróży...? 

 

 

Wczoraj kolega domniemywał, że na pewno się nudzę. Bo nagle uratowałam dla siebie mnóstwo wolnych godzin, a to jest niewątpliwie szokiem dla każdego pracoholika. Wspominam czasy (jeszcze rok temu), kiedy przyjeżdżałam do domu dopiero około 20, i bywało tak trzy razy w tygodniu, w pozostałe dni wracałam o dwie godziny wcześniej... brrr.   

- Co robisz popołudniami? Człowiek zaczyna się gubić w takiej sytuacji. Ja bym leżał przed telewizorem, wszystko bym oglądał, jak leci. Od rana do późnej nocy. Ale żona zaraz by coś wymyśliła, to wolę tkwić godzinami w pracy...

- A wiesz co? Remont jakoś toczy się sam, schody mam piękne. Teraz mam pełną przyjemność ze spotkań ze znajomymi, nawet w środku tygodnia. Wieczorami piszę. No. Poza tym nadal znajduję wolny czas. I wiesz co? To jest nawet zabawne. Szyszki spod sosen zbieram, rybkom wodę dolewam. I koszyki maluję!

 

  

piątek, 16 lipca 2010

Gdy zastanawiam się z czym (chodzi o sztukę) kojarzy mi się lato, to z mety wiem, że będzie to wiersz, zaczynający się dwuwersem bardzo łatwo zapadającym w pamięć. Zawsze błądzi po mojej głowie w takie ( jak tego lata) upalne dni. Myśli moje chichoczą:) Przy okazji przyznać się muszę, że mnie na pewno latem dotyczy wers pierwszy. Bo. Te wszystkie popołudniowe grillowane żeberka, szynki i karkówki popijane oczywiście zimnymi piwkami, te truskawki, czy maliny z bitą śmietaną. Albo z lodami... Ciasta z owocami sezonowymi. Mniam, mniam. Duszone porzeczki z cukrem - przysmak mojego dzieciństwa. Biodrzeję! Niestety.

Co do wersa drugiego, hmmm - ... zamilknę!;) Nie jestem ekshibicjonistką! Dzisiaj!      

A oto wiersz, mój faworyt - polecam go na każde upalne lato.

 

Baby latem biodrzeją

Soki w babach się grzeją

Owoc żywy dojrzewa

Lep żywiczny wre w drzewach

 

Płeć się pławi płodziwa

Buhaj ciołę pokrywa

Mleczem tłustym się klei

W rozjuszonej nadziei

 

Dyszy ziemia - kobyła

Wymion dwoje w świat wzbiła

Byk wiecznego żywota

Białym ślepiem żar miota

 

Roztopiły się pola

Rozstąpiła się rola

I w czarnoziem tętniący

Trysnął białun gorący

 

(Julian Tuwim - Biologia)

 

Tagi: lato
13:09, kocurkowata
Link Komentarze (10) »
środa, 14 lipca 2010

Cieszę się! Kurczę, bardzo się cieszę!

A wy? Kogo z zastąpionych przed Dodę, Gagę czy Paulę:)) chcielibyście posłuchać?

To na razie na tyle, jak i na początku:)

 

Tagi: polityka
20:26, kocurkowata
Link Komentarze (21) »
wtorek, 06 lipca 2010

A ja przeniosłam swoje biuro pod pergolę ( dzisiaj jest chłodniej, ale to nic), włożyłam stopy do masażera, woda z solą z MM jest temperaturowo w sam raz. Gdaczą kury u sąsiadów zza kilku płotów, muzyka gra, taka jaką sobie znajdę w necie, w szklance mam kompot z czarnej porzeczki z własnego ogrodu, a rybki pływają mniej więcej tak samo jak ja, czyli z pluskiem:)

Wszystko co potrzebuję mam wokół siebie i w laptopie. Jest bosko. 

niedziela, 04 lipca 2010

Na Cytadeli ( obecnie park ) dłużej (niż zapalanie świeczki na grobie żołnierza) zabawiłam będąc w liceum. Wtedy wokół Cytadeli odbywały się nawet biegi przełajowe - w czym z niechęcią, ale uczestniczyłam. To oczywiście nie był dla mnie tzw. "pryszcz", bo obszar Cytadeli to aż 100ha. Siły traciłam już na półmetku, na mecie zaś padałam bez tchu, prawie jak ten Maratończyk:). Dzisiaj nie mam w ogóle kondycji, zwłaszcza w taki upał. Stać mnie tylko na średnio szybki spacer, pod warunkiem, że jestem w super wygodnym obuwiu i w bardzo przewiewnym stroju. Co wczoraj się stało. Przemierzenie alejek to bardzo długi dystans, choćby między zdewastowanym Amfiteatrem ( budowany w latach 60-tych ) a głównym wejściem jest już z półtora kilometra. A to jest zaledwie jedna ścieżka. 

Towarzyszyły mi różne uczucia, od zadumy nad grobami poległych w walkach o coś ( bo nie tylko tych w czasie wojny ) po zadowolenie, że miejsca te są bardzo dobrze utrzymane, bez względu na opcję polityczną poległego. Od zachwytu nad licznymi rzeźbami - między innymi są tam "Nierozpoznani" - Magdaleny Abakanowicz, po niesmak, że w licznych zakamarkach ( a każdy ma swoją bardziej lub mniej bolesną historię ) przykucnęły grupy alkoholików, narkomanów, generalnie marginesu. 

Po dwóch godzinach spacerowania dotarła do nas wiadomość, że Starszy K. z rodziną dotarli wreszcie do Malagi i zamustrowali na żaglowcu - łupince, tym samym czas kanikuły wszczynając.  

To, plus upał, stało się okazją do szukania wrażeń równie zmysły pobudzających, tylko inne. Restauracja Umberto na Cytadeli jest pięknym miejscem. Na betonowych ścianach pną się różnokolorowe klematisy i pelargonie, w wielkich donicach wyrosły olbrzymie trawy pampasowe. Pachnie maciejką i różami. Miejsce owo bardzo polecam, nie tylko dlatego, że uraczyć się można znakomitym chłodnikiem litewskim. Nie dlatego również, że wyciszenie znaleźć można w kuflu znakomitego piwa pszenicznego... Ale dlatego też, że to tam Cytadela najbardziej rozbłysła różnobarwnymi kwiatami.

To było bardzo ciekawe popołudnie!

 

 

Tagi: Poznań
13:09, kocurkowata
Link Komentarze (8) »
czwartek, 01 lipca 2010

Jutro nadchodzi.

Jadę się pożegnać z koleżankami i kolegami z mojej głównej firmy. Ciągle jestem zaskoczona, że tak długo to trwało. Nie to, że było jakoś szczególnie źle. Nie. Ale, ja zmienna jestem:), męczę się w jednostajności. Lubię zmiany, wyzwania, kolejne poprzeczki, nowych ludzi, nowe zadania. Wypala mnie praca powyżej 5 lat w tym samym miejscu, a tam było aż 10!!! Wchodzę w zakręt, czy jestem na połowie?! Siedziba maleńkiego własnego biznesiku nadal się buduje ( schody już schną ), ale postawiłam kiedyś taką ( koniec czerwca) granicę i w zasadzie od kilku miesięcy nie mogłam się tego dnia doczekać. Czuję się jak szesnastoletnia dziewczyna, tuż po rozdaniu świadectw szkolnych. W pewnym sensie zaczynam letnie wakacje, bo lipiec i sierpień przeznaczam na łapanie oddechu, czyli na czynności zarobkowe owszem, też, ale w dużo mniejszym wymiarze.

W Pralince zamówiłam dwa torty - oczywiście pralinowy i koniecznie truflowy:) Pycha. Dzisiaj wcześnie rano od krawcowej odebrałam kieckę, tak na marginesie, owa mistrzyni igły jest fantastyczna, z pomysłami, z doradztwem, to prawdziwa kreatorka! Perła. Potem u fryzjerki zaszalałam. Na głowie mam jasnorude pasemka na blondzie - nowością są pasemka. I powiem, że nieźle to wygląda, bo pasuje do mojej dość jasnej karnacji. Pazury polakieruję wieczorem, a nawet nałożę też maskę z glinki z Morza Czarnego:) 

Mam pewien dylemat. Bo postanowiłam kupić moim szefom jakiś drobiazg. Po tylu latach!? Wypadałoby. Po długim namyśle ( zupełnie nie miałam nawet zalążka planu co to miałoby być ) pojechałam do antykwariatu książkowego i nabyłam dwie stareńkie, ładnie oprawione pozycje ( jedną o Chopinie, druga to dzieła Mickiewicza - jak widać nadal na topie:))) 

 

Koleżanka, której się zwierzyłam z zakupów, zdziwiła się bardzo. Że niby to ja powinnam czekać na prezent, przyjąć go łaskawie i z zachwytami, a nie wchodzić w de krwiopijcom:) Kolega zaś machnął ręką, że kto by się takimi drobiazgami przejmował. O. też uważa, że należało się wysilić na małe "conieco", palnąć mowę chwalebną, przyobiecać, że w razie potrzeby jestem do dyspozycji:,)itd. Ale on zawsze pieczołowicie dbał o kiesę wszystkich poza moją:))) Potem się jednak wycofał. Ech - kilka osób, kilkanaście poglądów. 

Uważam, że jest elegancko rozstać się miło. I już.

Przy okazji. Chciałam bardzo podziękować wszystkim blogowiczom, którzy mnie w jakiś sposób wspierali, zwłaszcza co do wytrwania w decyzji o pracy na własny rachunek. I dodawali sił co do remontów. Dziękuję:)!

Teraz zmykam, bo czas pisać dedykacje. A ja znowu nie mam pomysłu:))!!!! 

18:03, kocurkowata
Link Komentarze (21) »