O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
wtorek, 26 sierpnia 2008

     Przyjechałam dzień wcześniej niż początek turnusu, bo chciałam dostać jedynkę. Nawet im prawdę powiedziałam, że długo w noc będę stukać w klawiaturę i tym samym jakiejś dokooptowanej do mnie kuracjuszce przeszkadzać. Nie, nie dwójkę, ale jedynkę, proszę Pani. Proszę, bardzo proszę. Jednak proszę. Tak proszę… Może ktoś nie dojedzie.

   Ale jedynek na Kasę Chorych nie dają. I już.

   Najbardziej bałam się, że dobiją do mojego pokoju niedołężną, gderliwą babulkę. Brrrrrr.  Makabra. Tylko nie to. Nie dam się przytłoczyć. Nie dam się zagderać, nie dam sobie naopowiadać o niedobrej córce czyhającej na majątek, albo o zięciu darmozjadzie. Nienawidzę chorób, nie czekam na ostateczność. Nie będę spacerować stadami, wolę biegać po piasku o świcie. Chcę tutaj schudnąć, odpadają wyjścia na ciastko tortowe.   

   No właśnie.

   Czyli jestem już w tym sanatorium, jest koniec sierpnia, niby morze, ale pusto. W moim pokoju właśnie, na jednym z łóżeczek leży sobie (a jednak!) emerytka na „pewnym fleku”, na razie dość pogodnie wyglądająca. Nie będziemy sobie paniować. Miecia jestem. Miło mi. Mi Aśka. Czyli jej miło.  

   Miecia lubi seriale. Teraz ogląda sobie grzecznie „Modę na sukces”. Ja klikam namiętnie nie rozstając się ze słuchawkami. Klasyków sobie nastawiłam. Twarz mam bardzo grzecznie skierowaną, w jej stronę. Zerkam na nią od czasu do czasu i myślę sobie, że nawet dobrze trafiłam.  Nie wygląda na zołzę. Ja zresztą też. Kontaktowa jest nawet. Poprzez moją muzykę, co chwilę słyszę komentarze:

   –O nie, znowu ta! Idzie narobić im kłopotów!-

   -Aha – weszłam grzecznie w dialog.

   - Nie! Popatrz! Dziecko im chce porwać!

   - Ojej… – nie oderwałam wzroku od ekranu laptopa.

   - No zobacz tylko! Aśka! – woła do mnie.

   No tak. Teraz już muszę zająć konkretne stanowisko. Zatem wolę rzucić okiem na ekran niż oponować. To fakt. Ugodowa jestem, bo zawsze mam możliwość przykręcić głośniej swoją muzykę. Kiwnęłam głową, że „no właśnie”. Ale robota już mi nie szła, straciłam wątek, czy sens, jak to zwał tak zwał, dość, że w desperacji wpadłam na genialny pomysł. Wyłączyłam laptopa, zdjęłam słuchawki z uszu.

   - Idziemy gdzieś na tańce! 

   Pomyślałam, że trzeba sprawdzić, jak wygląda ruja i poróbstwo, czyli namiętność w sanatorium, po sezonie, nad naszym opuszczonym morzem.

   Najważniejsze, zaczerpnąć języka. Portier na bramie wjazdowej miał handlowe oczy.

   - Panie kochany, dobrze, że pana widzimy, czy nie orientuje się pan, gdzie tutaj można spotkać fajnych chłopaków – przewracam oczami.

   - A co, nie ma?

   - No nie. Są tylko bardzo niesprawni i bardzo wiekowi. 

   - Po kilku dniach rehabilitacji zazwyczaj zdrowieją.

   He, he, he – śmiejemy się. Ale zabawne. He,he,he.

   - Na molo już teraz grają – „puszcza farbę” portier.

   - No ok., mówi pan, że tam można by… - specjalnie zawieszam głos.

   - Dobry zespół gra to i zabawa dobra. Chłopaki się naschodzą – odpowiada portier obejmując moją współlokatorkę. Ta się wykręca spłoniona.

   Ha,ha,ha – śmiejemy się, już nieco inaczej. Bo to poprzednie „he,he,he” – takie jakieś męskie brzmienie miało. 

   Biorę moją lokatorkę pod rękę i zmierzamy w stronę mola. Nie jest daleko, jakieś dwieście metrów. Po drodze ustaliłyśmy wspólnie, że to brzdękanie, co słyszałyśmy poprzedniej nocy, to nie były odgłosy z kolonii dla rozwydrzonej młodzieży, a z wieczorka tanecznego dla kuracjuszy – na słynnym już molo. 

   c.d.n. :)   

Tagi: wakacje
18:20, kocurkowata
Link Dodaj komentarz »