O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
piątek, 27 sierpnia 2010

W kwestii małych toskanskich miasteczek, do zwiedzania jest ich mnóstwo, w wielu też byłam. O ile sześć sztuk to wiele;) Jednak wymienić chciałabym dwa. A dlaczego? Bo mnie absolutnie zaskoczyły. Pierwsze to San Gimignano, uznawane za toskański średniowieczny Manhattan z uwagi na wieże jakie od średniowiecza tam stoją. Ponoć wysokość wieży dodawała splendoru właścicielowi i wyznaczała miejsce w rankingu miejscowych bogaczy. Już wtedy świat kochał  pięknych ( tego nie jestem pewna) i bogatych ( z przerwą na czerwoną rewolucję i czas "po";).

I powiem (a raczej napiszę), że nic mnie tam nie powaliło, wyrażając się kolokwialnie. Począwszy od trasy dojazdowej, gdzie stoi się w korkach, ponoć latem tak jest na każdej drodze prowadzącej do tego miejsca, poprzez ohydne targowisko z obrzydliwą ( o kurczę, użyłam zestawu przymiotników jak bez mała Niesiołowski!) chińszczyzną na centralnym placu San Gimignano. Jeszcze bym mogła wymieniać, w każdym razie skończywszy na przewalających się tłumach ludu wszelakiego z Polakami w roli głównej. Czyli słowa k...a, ch.....a, wy....j itp błąkały w powietrzu jak te jastrzębie. Poniższe siedem fotek to San Gimignano i wierzcie mi, strasznie trudno było coś sfotografować bez mrowia głów, czy dachów targowisk. A szkoda. Trzeba tam być, ale uważam, że miejsce jest przereklamowane, w każdym tego słowa znaczeniu. O przepraszam! Za wyjątkiem lodów, tam jadłam najlepsze. Gelateria Di Piazza:) 

  

A drugie to Certaldo. To miasto Boccaccia, tutaj umarł, to na pewno, bo są takie wieści, że również się urodził. A inne mówią, że był dzieckiem florenckiego kupca i we Florencji przyszedł na świat. Nieważne w zasadzie. W miasteczku nie ma wprawdzie wież, ale jest mnóstwo starych budowli innego formatu. Klimat średniowiecza w Certaldo właśnie poczułam. Tutaj spotkałam urokliwe zaułki, ciszę i spokój, spokojnie siedzących przed domami mieszkańców - okazuje się, że w tych średniowiecznych murach mieszkają najzwyczajniejsi Toskańczycy! Tam pichcą swoje pasty, konsumują pizzę, bruschettę, czy prosciutto i delektują się nowym rocznikiem ( nie zawsze stare jest smaczniejsze) Chianti. A czasem nawet w tych starych murach piją Grappę i jest im wtedy jeszcze lepiej:). Zastanawiam się - dlaczego nie ma tam turystów. Na górę wjeżdża się eleganckim wagonikiem, który kursuje co 15 minut i kosztuje 1 euro, tego w San Gimignano nie ma, trzeba się wdrapywać popijając wysiłek przynajmniej litrem wody mineralnej. Ani razu nie usłyszałam "k...wa", "sp.....j", "ch....a";) Gołębie fruwają, przysiadają na stareńkich półkach, czy parapetach. Cykady dają koncert bardziej stereofoniczny niż gdziekolwiek indziej. Akustyka jest tam przednia. Polecam. Jest naprawdę klimatycznie, tymczasem niewiele znalazłam na temat w przewodnikach, dlatego też na miasteczko trafiliśmy zupełnie przypadkowo, zwiedzając winnice, o czym potem.   

Popatrzcie sami.  

 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
czwartek, 19 sierpnia 2010

O Toskanii napisano już wszystko, nie przeczytałam jeszcze "tego wszystkiego", bardzo żałuję, bo drugi raz w życiu ( pierwszy to pobyt w Prowansji ) mam wielki niedosyt wrażeń z kolorowej, pachnącej i inspirującej krainy, mimo, że właśnie stamtąd wróciłam. 

Jeśli bym kiedyś wpadła na pomysł kupienia domu, to tylko tam. Ceny jak w Polsce:) Ktoś o wiejskich korzeniach ( jak ja ) musi tak myśleć, to łatwe, wystarczy zmienić portfel upraw na oliwki i winorośl, zaakceptować życie w kamiennym domu, ale z wygodami i pokochać kręte uliczki na tzw jeden samochód. Wystarczy też wiedzieć, że jak w GPS-a wbija się "trasę łatwą i szybką" to na pewno będzie to slalom po górzystym terenie z niespodziankami. A to nagle zza zakrętu na naszą drogę (wydawałoby się dla jednego pojazdu) wyjedzie z przeciwka miejscowy autobus. Albo nasza "szybka i łatwa" trasa zaprowadzi nas do szczeliny ( wydawałoby się ) między dwoma domami gdzie dowiadujemy się jednak, że nasze auto wcale niemałe) się tam jednak mieści! Innym razem zaś stoimy w niewielkim korku, bo toskańska babcia ( mimo sjesty ) tak się zagadała z inną toskańską babcią, że nie zauważyła, że jej wysunięta zbytnio stopa jest poważną przeszkodą na drodze:). Po jakiś czasie zaczynamy lubić tę adrenalinkę, a po tygodniu wybrzydzamy, gdy GPS wiedzie nas na autostradę.   

Moje zmysły ( wszystkie ) dostały dawkę pokarmu wyłącznie pierwszego gatunku! 

Dzisiaj część pierwsza - ogólna - widoki z toskańskich wsi.    

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Można przespacerować się chwilę, a można też zostać dziesięć lat, ale i tak nie sięgnie się końca - to zdanie przeczytałam w jakiejś toskańskiej opowieści. Wyczuwam, że to musi być prawda.   

 

15:24, kocurkowata
Link Komentarze (19) »