O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
piątek, 31 sierpnia 2012

   Powieść, o której chcę dzisiaj napisać przeczytałam prawie dwa miesiące temu, a nadal pulsuje we mnie nieco duszną atmosferą wykreowaną przez Autorkę, sceny przesuwają się jak w filmie i ciągle pozostają w myślach, wymuszają zastanowienie. Dlaczego? Bo zawierająca się na zaledwie 113 stronach historia uderza obrazami z niesłychaną siłą (bez względu na literackie upodobania), przy okazji narzucając odbiorcy przymus doczytania "międzysłowia" opowieści. 

 "Kasika Mowka", Katarzyna T. Nowak, Wydawnictwo Literackie, 2010

   Zamknięte kutą bramą krakowskie podwórko w centrum gwarnego miasta tworzy świat zamknięty przed tym co na zewnątrz, a zwłaszcza przed wszelkim złem płynącym od nieuków, matołów, "Onych" i generalnie od złych ludzi. Jednak czytając domyślam się, że w tej kamienicy toczy się życie. Wczesnym rankiem na podwórko opada szara mgła, zwiastująca upał, gruchają gołębie. Słyszę stukające naczynia, to lokatorzy kamienicy zaczynają dzień, czuję zapach gotowanej kapusty i widzę jak otwierają się okna, a potem... między doniczkami z wykwitłą pelargonią wypatrujacych "lepszego świata" lokatorów, albo wietrzące się pierzyny. Wiem też, że niedaleko od zamkniętej kutą bramą kamienicy jeżdżą tramwaje i samochody, gdzieś w pobliżu ktoś rozmawia, słychać śmiech, a o 12.00 w południe na żywo hejnał z Wieży Mariackiej. Nieznajomy gra na gitarze balladę, raz ciszej, raz głośniej. Ta powieść zabrzmiała mi jak ballada właśnie. To sobie dopowiadam, to moje odczucia.   

   Kasika Mowka (jak sama się nazwała), to mała dziewczynka zaopiekowana, a raczej zaaresztowana przez patologicznie egoistyczną babcię. Dziecko jest oddzielone od rodziców, nie chodzi do przedszkola, potem do szkoły, uczy się w domu, w wieku pięciu lat potrafi czytać, chwilę potem ma przeczytaną "wielką literaturę" i poczynione pierwsze literackie próbki, które notuje w zeszytach. Ta bardzo inteligentna dziewczynka sama o sobie mówi, że potrafi wymyślać historie. Kasika Mowka jest przygotowana by tworzyć światy, literaturę, ale nie potrafi żyć. Codziennie rano babcia sznuruje jej buty, wieczorem myje w wannie. 

"(...) myłaś mnie, sparalizowaną strachem, samotnością, monotonią, klaustrofobią, brakiem "onych"... I nic nie widziałaś, babciu."

   W takich okolicznościach dziewczynka dorasta, staje się kobietą, doznaje pierwszych seksualnych inicjacji. Buntuje się czasem, owszem, jednak by bunt był skuteczny potrzeba posiąść kilka życiowych umiejętności.   

Świat jest zły Kasiko”, mówiłaś babciu, gdy byłam mała. Jakże się myliłaś. To nie świat, babciu, nie świat…"

   To bardzo wstrząsająca powieść! Przeczytajcie, polecam serdecznie!

   A oto, co powiedziała Autorka - Katarzyna T. Nowak.  

wtorek, 28 sierpnia 2012

   Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z naszej Estepony, najpierw autostradą do Malagi, a potem wgłąb Półwyspu Pirenejskiego, przez góry Betyckie. Widoczność była znakomita, powietrze przejrzyste, toteż w oddali bieliły się wioski, albo miasteczka (pueblos blancos), które z daleka wyglądały jak zmięte i porzucone chusteczki. Widać było nawet Gibraltar. Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym góry, coraz rzadziej porosłe przez powszechne w rejonie cyprysy strzeliste i drzewa korkowe, nabierały "skalistości". Trochę szumiało w uszach, wiadomo, różnica ciśnień, ale czegóż się nie robi by zobaczyć. I umrzeć? Nie. Wrócić raz jeszcze. Posada manana.  

   Ronda - miasto w Andaluzji, w  prowincji Malaga; 36 tys. mieszkańców. Położone po obu stronach wąwozu rzeki  Guadalevin miasto składa się z dwóch dzielnic: Ciudad, czyli części arabskiej i Mercadillo, czyli nowszej części powstałej po rekonkwiście.

   Ze względu na swoje wybitnie obronne położenie na skraju wąwozu, pierwszą osadą na miejscu Rondy była celtycka Arunda, wchłonięta później przez rzymską prowincję Betyga. Wraz z opanowaniem Płw. Iberyjskiego przez Maurów, Ronda (arabska nazwa Izna Rand Onda) stała się stolicą prowincji Takaruna, by w pierwszej połowie XI wieku stać się stolicą małego państwa – taify. Próby rekonkwisty miasta przypadają na wiek XV; zdobyte zostało w 1485 roku przez Ferdynanda III. (za Wikipedią)

   Oczywiście Ronda ma wiele ciekawych miejsc, dzisiaj tylko zwiastun - chętnie opublikuję więcej. Kiedy? Posada manana. :)

 

 

 

 

 

 

 

 

środa, 22 sierpnia 2012

    "Pierwsza wzmianka o Krześlicach pochodzi z 1396 roku i wymienia nazwisko Kajteka de Crzyślice. Nazwę rodową na przestrzeni wieków kilkakrotnie zmieniano, m.in. na Krzyślica, Krzyślice, Crislicze. Mapa Prus Południowych Gilly-Crona z 1803 roku podaje nazwę Krzyszlica.

   W XVI wieku właścicielem majątku Krześlice i pobliskich wsi był jeden z najbardziej znanych rodów szlacheckich Wielkopolski tego okresu – Przecławscy herbu Glaubicz.

   W roku 1623 ówczesny właściciel Krześlic Jan Rogaliński (poznański pisarz ziemski) wydaje uroczyste przyjęcie na cześć królewicza Władysława (syna Zygmunta III Wazy), późniejszego króla Władysława IV. Przyjmując tak dostojnego gościa, dwór był niewątpliwie zasobny, a jego otoczenie uporządkowane.

   Pierwsze lata XVIII wieku to rządy w Krześlicach Jana Konarskiego. Za jego czasów wieś i dwór chyliły się ku upadkowi. Później majątek przejmują Białoboccy herbu Ogończyk. Po Antonim Białobockim (1739-1813), pochowanym w kościele we Wronczynie, Krześlice przejął jego najstarszy syn Izydor Białobocki. Umierając pozostawił majątek powiększony o Wronczyn, Głębokie (obecnie Głęboczek) i Złotniki (obecnie Złotniczki). Córka Izydora, Paulina (1813-1875) w roku 1837 wychodzi za mąż za Anastazego Radońskiego (1815-1881). Po śmierci matki i rodzeństwa – Eugenii i Antoniego, zostaje jedyną dziedziczką majątku.

   Około 1860 roku zostaje zbudowany neogotycki pałac-zamek dla Anastazego Radońskiego, następnie rozbudowany około 1890 roku. Po ostatecznej przebudowie rezydencja otrzymała kształt Igantycznego zamku, usytuowanego w malowniczym, krajobrazowym parku. Sądząc po wieku najokazalszych drzew, park został założony przed budową pałacu.

   Następny dziedzic Krześlic Zygmunt Radoński w 1888 roku pod naciskiem pruskiej komisji kolonizacyjnej (1886-1910) oddał majątek hrabiemu Georgowi von Luttichau w zamian za Rzeżewo w Królestwie Polskim.

   W 1899 roku właścicielem Krześlic był Georg von Brandis, który przed rokiem 1904 przekazał je łącznie z folwarkiem Jeżyny synowi Bernhardowi. Po bankructwie tego ostatniego w latach 30-tych, majątek przejął Bank Kwilecki-Potocki i rozparcelował część gruntów Krześlic, zaś pałac kupił przedsiębiorca Tomaszewski z Łodzi. Jego żona Maria figurowała w księdze wieczystej jako właścicielka do 1945 roku.

   W czasie II wojny światowej Krześlicami gospodarzył niemiecki zarządca. Co ciekawe, na niektórych mapach z okresu lat 30. i 40. nie ma zaznaczonych Krześlic, a to ze względu na lotnisko wojskowe (Bednary) położone w odległości 1,3 km od pałacu. Po wojnie Krześlice przejęła Spółdzielnia Produkcyjna, a w 1950 r. PGR w Pomarzanowicach. Pałac stopniowo popadał w ruinę, a w 1971 roku zawaliła się część frontowa skrzydła wschodniego. Na początku lat 80-tych powstała koncepcja utworzenia w pałacu muzeum ogrodnictwa i pod tym kątem zrobiono pierwszy poważniejszy remont. Do powstania muzeum ostatecznie nie doszło, zaś pałac został przekazany na rzecz mienia komunalnego. Od 1996 roku jest to własność prywatna i po gruntownym, całościowym remoncie obiektu i parku otworzono w nim hotel wraz z restauracją."

   To co powyżej, przeczytałam w necie i stamtąd skopiowałam, zaś zdjęcia wykonałam sama podczas wizji lokalnej (na potrzeby mojego pisarstwa) kilka dni temu. To nie jest zupełnie nieznane mi miejsce, niedaleko Krześlic kiedyś mieszkałam, niedaleko stamtąd się urodziłam, widziałam ów pałac w lepszym i gorszym stanie. Zresztą, do Krześlic z Poznania nie jest daleko, i można dojechać trasą wycieczkową - przy okazji zwiedzić stare drewniane kościółki i odsapnąć nad licznymi w okolicy jeziorami, czy w lasach. Po drodze są też inne pałace.   

   No i co jeszcze ważne - w tamtych okolicach dzieje się (częściowo) historia Igi, bohaterki mojej "trzeciej" powieści. W Krześlicach właśnie, w patio z widokiem na park (ostatnie zdjęcie) kilka razy wypije sok ananasowy:) 

 

 

  

sobota, 18 sierpnia 2012
 

"Kto wyłączy mój mózg" Joanna Opiat-Bojarska, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2011

 

   Książkę przeczytały i polecają: Agata Młynarska, Anna Maruszeczko i Manula Kalicka. Rekomendacja przednia, a i notka o autorce - "autoagresorce", interesująca. W końcu sama mam problem z humoralną odpowiedzią immunologiczną. A jednak...

  Przyznaję, odkąd powieść pojawiła się na rynku, intrygowało mnie znajomo brzmiące połączenie - umysł ścisły, firma, doświadczenie zdobyte w chorobie i literatura. Ale jednak bałam się, że będzie to rzecz o wchodzeniu w chorobę, o trwaniu w inwalidztwie, o czym czytać na razie nie chciałam. Ten tragiczny wymiar sugerowała również okładka. Eleganckie ręce usiłują połączyć pękniętą na dwie części czaszkę. W kodzie naszej kultury ich gest oznacza również -głowa mi pęka. Grafika przedstawia jednak nie tylko pęknięta głowę, ale także szyję i coś więcej. Nie znajdowałam odwagi. 

   Joanna Opiat-Bojarska, którą miałam przyjemność poznać, prędko wyprowadziła mnie z błędu, także dzięki swojej osobowości. Książkę przeczytałam w dwa wieczory i żałowałam, że nie uczyniłam tego wcześniej. Zatem o czym jest "Kto wyłączy mój mózg?"? 

   To książka o JA i jego włościach. Bohaterka leży w szpitalu, na ogólnej sali, jej ciało jest bezwładne, mięśnie bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia odmówiły posłuszeństwa, ale mózg działa sprawnie. Joanna żąda, aby ktoś go wyłączył, bo nie może patrzeć na obrzydliwości fizjologiczne i społeczne, które jej sprawny mózg zauważa.

   To co widzi na sali, obraża Joannę, obraża jej poczucie godności. Dlatego żąda przenosin do sali jednosobowej. Ostatecznie trafia na OIOM, gdzie poziom empatii personelu medycznego jest wyższy, co nie oznacza, że jej mózg nie rejestruje okropności, jakie sprawia (nie tylko chorym) nasze nieposłuszne ciało. JA żąda od Joanny powrotu do normalnego świata, stąd wierzy w Muzyka, który pokonał GBS, dlatego akceptuje metody Lodowej Góry, z uwagi na ich skuteczność. Żądania JA stanowią źródło siły jakiej potrzebuje do działania bohaterka książki.  

   "Kto wyłączy mój mózg" to powieść bardzo interesująca, uporządkowana, nie epatuje tragedią. Dotyka też problemu przyjaźni, którą nieraz "kasujemy" z błahych powodów. "Po przeczytaniu wiemy, że jeśli się czegoś bardzo chce, tak jak autorka i zarazem bohaterka powieści, to się zwycięży!" - napisała Manula Kalicka. Owszem, ta książka jest optymistyczna.

   "Jestem pełnowartościowym człowiekiem. Już nie muszę się zastanawiać, kto zwycięży - GBS czy ja. Czy ktoś może pochwalić mój mózg?" - to cytat z powieści.  

   Joanna Opiat- Bojarska - poznanianka, prowadzi grupę wsparcia osób dotkniętych przez GBS/CIDP oraz polskie przedstawicielstwo GBS/CIDP Foundation International. Autorka wydanej w 2012 r. powieści "Blogostan".

Pisze też blog: www.gbsczyja.blog.onet.pl  

Bardzo polecam! 

wtorek, 14 sierpnia 2012

   Nowe poznańskie ZOO powstało na Białej Górze, w pobliżu Jeziora Maltańskiego już w 1974r. Jednak rozwijano tę inwestycję aż do lat dwutysięcznych, jako ostatnią kilka lat temu oddano do użytku Słoniarnię.

   Otóż byłam tam po raz pierwszy z miesiąc temu. Nie sama byłam, a z rodziną (wejście dla 6 osób - 120 pln, sporo), w ramach niedzielnego usportowienia, bo przecież nie będę liczyć (mojemu mężowi) sportów codziennych pod nazwą "zakupy w pobliskim warzywniaku". Ja, to jasne, jestem ze sportami zaprzyjaźniona, jak mi się oczywiście chce. W ogóle, jak mi się chce to i namaluję ładnie, uszyję, napiszę, zaśpiewam, a nawet mogę być seksowna (jak mi się chce):)   

   No więc byłam w tym ZOO i nie jestem zachwycona (generalnie w życiu częściej się zachwycam niż wybrzydzam) - to według mnie nie jest ZOO dla zwiedzających, którzy chcą obejrzeć egzotyczne zwierzęta. Pięknie tam, naprawdę, wspaniały teren by pospacerować, a nawet posiedzieć, odpocząć. Ale zwierząt, z uwagi na olbrzymi obszar, widziałam niewiele. Pochowały się w chaszczach, pouwieszały na wysokich drzewach, powskakiwały do stawków, czy w ogóle schroniły się przed słońcem w cieniu rozłożystych drzew. Summa summarum, ja, człowiek:), wolę ciasne ogrody zoologiczne (np, warszawski bardzo mi się podobał), zwierzęta najpewniej preferują odwrotność. Niemniej udało mi się zrobić mini fotorelację. 

Moje faworyty - paw (piękny i chciałabym jak on umieć się puszyć :)) i słonie (nie te spod mojego pędzla wychodzące:)) prawdziwe i bardzo piękne.  

czwartek, 09 sierpnia 2012

Godzina 18.00 do 20.00 - 20 km. rowerem, staram się by codziennie.

To ostatnio u mnie rytuał. Jedna z przyjemności przy okazji pedałowania to pstrykanie zdjęć, a potem w domu stylizowanie niektórych na okładki. Przeważnie jest sielsko i anielsko, za lasami i za stawami, pośród pól i łąk kwieciem ustrojonych wprawiam się i w jeździe i w zabawie okładkowej. Fotkowe wygibasy to miłe zajęcie, bo efekt (u mnie mizerny, ale się wprawię) widać szybciej niż trwa proces pisania książki. Niemniej "trzecia" dojrzewa, okładka być może będzie potrzebna:) 

Proszę, rzućcie Kochani okiem na zdjęcia pozornie nie przedstawiające niczego szczególnego, ot sielskość. Ale każde coś sugeruje. Resztę można sobie dopowiedzieć:)

Na moją wyobraźnię najbardziej zadziałało ostatnie.