O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
wtorek, 29 września 2009

Już wiem, że nigdy nie zakocham się w produktach spółki rozrywkowej Harasimowicz - Wolszczak. Dałam sie zwieść ( w gazetach ich pełno ) i pognało mnie ( za całe 65 zł ) w piątek na spektakl pod takim właśnie tytułem. "Nigdy nie zakocham się" pióra Harasimowicza - miało być lekką komedią. Niestety nie było. Zastanawiam się, czy Poznaniakom brak humoru ( jeden raz zaledwie wykrzywiłam usta swe w bezdźwięcznym uśmiechu) bo na sali nie było widać żadnych oznak wesołości. A gra? Brak słów  - w negatywnym znaczeniu. To dziwne, bo Wolszczak nawet lubiłam, po Gąsowskim ( też przy dziele odcinał kupony ) nie spodziewałam się za wiele. Żenada - to słowo było głównie słychać na widowni - na szczeście dzieło trwało 1 godzinę i 20 minut z 15-minutową przerwą. Się pytam. Czy kasa zwraca za bilety???? 

Natomiast wiem, że zakochałam się w koniach, w jeździectwie całym, w słoneczną niedzielę byłam w Lesznowoli koło Wa-wy, w stadninie, i bardzo dobrze, przyglądałam się jeźdźcom galopującym w padokach, amazonkom młodym i nieco starszym, wiem już, że toczki są niezwykle twarzowe, a bryczesy seksowne. A kozaczki do jazdy! Arcydzieło. Widziałam maleńkie dzieci w strojach jeżdzieckich i ich koniki na lonżach. A potem w stajniach trwała ceremonia związana z higieną konia, czyszczeniem kopyt, czesaniem ogona i grzywy. Koń pachnie, cudny jest. Było pięknie.

Wiem też, że zakocham się w powieściopisarstwie Kalicińskiej. Jednak. Długo się wzbraniałam przed lekturą, bo zdawało mi się, że jedno moje dziełko jest do Rozlewiska (niestety) podobne. Być drugą, a nawet jeszcze dalej jest niefajnie. To szlag mnie trafiał, żal trzewia ściskał, niechęć tworzył... w końcu się przemogłam i zaczęłam przedwczoraj Rozlewiska czytać. I super. Jestem pod wrażeniem zwłaszcza szczerości autorki, wyłaniającej się z każdej strony, ale i żywego języka. Niektórych drażnią "cipeczki", faktycznie jest tam tego trochę, ale to nic, bo w tej książce nie ma fałszu, jest prawdziwa emocja, najprawdziwiej podana. I to jest to. Poza tym kobita napisała prawdziwe, grubaśne książki, a nie wychudzone "ni to powieść ni nowelka". Super.

I to tyle w kwestii moich weekendowych i "po" emocji;))  

21:21, kocurkowata
Link Komentarze (11) »
czwartek, 24 września 2009

Jeśli ktoś lubi wodę o zaskakującym zabarwieniu (i nie jest to woda w wannie po wlaniu brzoskiniowego albo jabłkowego płynu do kapieli) to zapraszam. 

Celem mojego weekendowego wypadu były Sudety, nie całe, niektóre miejsca zaledwie, bo weekend to przecież tylko dwa dni minus dojazd. Urwaliśmy się z miasta w dziesiątkę, kilku koleżków i koleżanek, co to się sobą jeszcze nie znudzili, postanowiło wrześniowy weekend spędzić daleko od Poznania. Było i ognisko z jagnięciną, Blue Velwet, szybkie winka i najbardziej forsowna (z wymienionych ) rekreacja - wspinaczka. Jak zawsze, grupa podzieliła się na dwa zespoły zadaniowe, czyli napalonych wspinaczy, w milczeniu i w pocie czoła zdobywających Śnieżkę, by potem, jak te kozice górskie, skacząc z kamienia na kamień doliną Łężeczki wrócić do pensjonatu i iść spać. I na grupę dyskusyjno- pościgową:))) ( ze mną m. inn. w składzie) objeżdżającą zamki. Ale! Nie jest z nami tak źle, bo tocząc zażarte dyskusje wdrapaliśmy się, tak jakby mimochodem, prawie na Wielką Kopę. 

A po drodze... czyli, dzisiaj będzie o Rudawach Janowickich. Kolorowe bajorka w wyrobiskach dawnej kopalni łupków pirytonośnych nie były mi znane, chociaż w ich rejonie bawiłam wielkokrotnie, ale to nic. Poczułam się jak odkrywca.

Pierwsze ( zwane żółtym), malutkie jak łezka dziecięcia, o żywym, zielonym:)) zabarwieniu, zastaliśmy zaledwie kilka metrów za parkingiem.  

 

Do następnego ( purpurowego )  zawdzięczającego swój kolor związkom żelaza, doszliśmy nawet niezasapani. Jest ślicznie - krzyknęliśmy chórem.

Potem już było gorzej, stromizny, piekące słońce, ale przecież byliśmy grupą dyskusyjno - pościgową. Jeziorko szafirowe było warte wysiłku i kontemplacji. Ale nie w zadumie:), rzucaliśmy monety czy iść wyżej...? Iść. Zresztą, im wyżej tym piękniej, tak było do tej pory. Musimy.  

 Już nie dyskutowaliśmy zaciekle, szliśmy w milczeniu, sapaliśmy - było ponad 700 m.n.p.m;))   

Ale co to? Powyżej 700 m.n.p.m, gdzieś tutaj ma być nasz cel! Zielone zwane czarnym, albo odwrotnie. Gdzie? Tutaj? Tam? Nie ma? Nie. Jest. Ale wody nie ma:)) 

 

Oto do czego prowadzi ciekawość przezwyciężająca najgorsze nawet lenistwo i niemoc!!!!

21:28, kocurkowata
Link Komentarze (20) »
czwartek, 17 września 2009

Nigdy nie znałam kogoś podobnego. Na imię jej Wika.

Po śmierci mojej Wspaniałej Przyjaciółki, kilka lat temu, nie myślałam o nawiązywaniu bliskich znajomości z kobietami. Związki między kobietami są zwykle trudne, bardzo często wręcz toksyczne, na samą myśl o konieczności wysłuchiwania różnych głupot ciarki przechodziły mi po plecach. Kogoś takiego jak Ania już nie spotkam, a nawet gdyby... to na pewno nie mogłabym przesłuchiwać nowych nagrań Edyty Geppert, czy Michała Bajora, to był jeden z hołdów dla Niej. Wspomnienia nie dawały się zatrzeć, miałyśmy te same preferencje kulturalne, upodobania - wyjścia do kina zawsze kończyłyśmy nocną dyskusją po i na temat. Ale, przede wszystkim, byłyśmy sobie cudownie życzliwe. Kładłam dzieci spać, wiedziałam, że Ania swoje też i smyk do małego mieszkanka przy przedszkolu, puk puk do okienka, przy wejściu rosła wielka topola, która latem dawała cień i mogłyśmy siedzieć na schodkach. Ania czas wykorzystywała do maksimum, zawsze miała ze sobą dzianinową robótkę.

Któregoś dnia przytknęła palec do ust, obejrzała się, czy jej Krzyśka nie ma w pobliżu i szepnęła:

- A wiesz, że o mało nie przytrafił mi się romans? Mocno się musiałam starać, żeby nie ulec pokusie... z Krzyśkiem już jesteśmy tyle lat razem, wieje nudą...

Wikę spotkałam na jednym z fotograficznych plenerów. Moja koleżanka, która mnie w te eskapady wciąga, na wyjazd zabrała ze sobą córkę, pokoje były dwusobowe, zdałam się na los, kogo mi tam przydzielą, ten będzie ok. Przyjmę z dobrodziejstwem inwentarza. Nie zabiegałam o nikogo, zresztą, byłam do tego wyjazdu nastawiona bardzo pozytywnie.

Było to pierwszej nocy, przyjechaliśmy nad Balaton późno, wszystkie "pary", niekoniecznie damsko-męskie, szybko polokowały się pokojach, czekałam na swoją kolejkę, siedziałam na fotelu, coś czytałam. I wtedy spostrzegłam, że w drugiej części hotelowego holu, zupełnie z boku, na wielkiej walizce przysiadła eteryczna blondynka, piękna, ale, zdawało mi się, bardzo nieśmiała. Na delikatnych, szczupłych ramionach miała przewieszoną wielką torbę z aparatem fotograficznym, a drugiej ręce wielki statyw.

Spojrzałyśmy na siebie, wydała mi się jeszcze bardziej onieśmielona niż wcześniej. Może się nie pozabijamy - pomyślałam.

- Tylko my dwie zostałyśmy - rzuciłam.

- Jestem Wika - uścisnęłyśmy sobie ręce. Fajne imię - pomyślałam.

A potem było zaskakująco, miałyśmy niewątpliwie te same upodobania i bardzo lubiłyśmy ze sobą być. Z aparatami fotograficznymi przemierzałyśmy bazary, wtapiałyśmy się w tłum, od napotkanych ludzi uczyłyśmy się węgierskiego, jadłyśmy ostre zapiekane papryki prosto ze straganu, ostra oliwa ciekła nam po brodach, najwyżej będziemy się czyścić:), mówiłyśmy, miejscowe halaszle oceniłyśmy wysoko, nadziewane bakłażany, oczywiście na ostro, były wyśmienite. Kupowałyśmy raczki, potem ustawiałyśmy stworki w różnych śmiesznych miejscach i fotografowałyśmy, a potem jadłyśmy:) Popijałyśmy czerwone wina i tokaj, chodziłyśmy posłuchać i potańczyć czardasza, udzielałyśmy się towarzysko, a czasem wieczorem, po przyjściu z nocnego pleneru, leżałyśmy w łóżkach, z knajpki dochodziły śpiewy i dźwięki skrzypiec, a Wika spokojnym głosem opowiadała o sobie, o swoich lękach, rozedrganiu, wypaleniu w związku, o nastoletnim synu, którego pasją jest fotografia otworkowa, o przyjaciólce za morzem i tęsknocie. O sukcesach swoich wspominała, ale tak przy okazji, wtedy zresztą już wiedziałam, że jest nagradzana i bardzo znana w swoim środowisku. Bardzo lubiłam jej opowieści, jej spokojny głos, bez nadmiernej intonacji, pięknie dobierała słowa, wszystko w niej było harmonijne.

Któregoś wieczoru udzielałyśmy się w różnych towarzystwach, do pokoju wróciłam około północy, Wiki jeszcze nie było. Musiałam przysnąć, obudził mnie zapach jej perfum. Angel, czy jakoś tak, mówiła, że go nie lubi, bo drogi był niemiłosiernie, prawie wcale go na sobie nie czuje, ale bardzo przyciąga mężczyzn. Że to feromoniak zwyczajny, a nie zapach, mówiła.

Z trudem zorientowałam się gdzie jestem, Wika machała do mnie butelką wina, wykonała jakiś taniec między łóżkami, w końcu klapnęła na moim.

- Wiesz - śmiała się - wypiłam trochę wina i o mało nie przytrafił mi się romans. Ale stoczyłam walkę ze sobą okrutną, iskrzyło, wielce iskrzyło, ale tam! - machnęła ręką - Właściwie dlaczego miałabym się z nim przesypiać? Jeszcze bardziej byłabym rozedrgana - chichotała.   

Ją też chciałabym zaprosić na podwieczorem w ogrodzie, pod wielką, kwitnącą jabłonkąMoże nawet z rakami na półmisku...

 

 

 

21:24, kocurkowata
Link Komentarze (17) »
niedziela, 13 września 2009

Nessag mnie zmusiła do zastanowienia się, bo zapytała, czy jestem dobrym obserwatorem. No i mam dylemat. Zawsze mi się wydawało, że jestem uczestnikiem życia, bo to i łapię się wielu srok, co chwilę nowych, wszystko robię najlepiej, najszybciej, najlepiej wiem, najlepiej umiem ( za wyjątkiem jazdy na nartach i samochodem, prawo jazdy mam i Coach obiecał ze mnie niebawem zrobić kierowcę, narciarki zaś nie, zresztą nie mam się martwić, bo on sam ma też lęk pierwotny i nie chce się połamać), najwięcej rozumiem, potem najwięcej mogę, a na końcu najwięcej muszę. Poza tym eksperymentuję z usportowieniem i uaktywnieniem, szukam czegoś dla siebie, nie znajduję, znowu szukam, myślę co by tu jeszcze ... hobby sobie wymyślam, czyli aktywnie uczestniczę. Tak jakby...

Ale z drugiej strony, bardzo, ale to bardzo lubię poobserwować ludzi. Dylematy społeczne lubię. Nie wiem, czy to przez moje literackie skrzywienie, czy ze zwyczajnego wścibstwa to wypływa, ale uważam, bo tak widzę, że człowiek jest wielką mapą, z której można czytać, czytać i czytać. I nie jest to chała.  

I tak wczoraj chodziłam z tym dylematem, tym bardziej, że gruszki z goździkami robiły się same, placek ze śliwkami też szybko się upiekł, a potem dał polukrować, nalewki dały się skosztować i poprzelewać w karafki, tulipany w ogrodzie dały się szybko posadzić, i tak sobie to wszystko szło, aż zrobił się wieczór, Katyń oglądałam wcześniej, zresztą na temat tego filmu uważam to samo co Zmiana pasa. Chciałam o moim dylemacie z kimś pogadać, nikogo w pobliżu nie było..., ani na GG, ani na Skypie, O. mi jedynie pozostał. Swoją drogą, dlaczego gonię, dlaczego nie potrafię nie być samotna w tym duecie? Ale to nic, przecież niekiedy można i z nim było dogłębnie pogadać;) Zresztą, co ja mam z tymi rozmowani, przecież generalnie nie lubię powszechnego "pierdu pierdu", słuchać mądrych ludzi lubię. Coach jest bardzo mądry, mówię mu to, a on rewanżuje się. Że jestem atrakcyjna mi mówi ( to nic, że nie mam talii, ale mam dom;)), że ładnie się noszę, bo bardzo mi dobrze w wąskich dzinsach... teraz jak zeszczuplałam;)

No właśnie, okoliczności dnia sprawiły, że monologiem o moich niezwykle egzystencjalnych problemach chciałam wszcząć dialog. Bo jak to jest, jak O. uważa, czy można być jednocześnie uczestnikiem życia, ale także jego obserwatorem? Można? Bo ja uważam, że nie, że albo to, albo to.

- No, jak sądzisz?

- Kocurze, poczekaj, nie teraz!

- Bo przypomnij sobie filmy Kondratiuka, pamietasz, że sama się wtedy zdziwiłam, że jestem zdolna do skupienia się na obserwacji spacerującej muchy...

- Kocurze, no poczekaj, nie widzisz? Bo się pomylę przy ścieleniu łóżka.    

20:59, kocurkowata
Link Komentarze (12) »
środa, 09 września 2009

Mój młodszy syn się zaręczył, co oznacza, że wręczył swojej dziewczynie pierścionek ( na który oczekiwała ), ona się zgodziła i wyznaczyli termin ślubu na 2011 rok. DWA TYSIĄCE JEDENASTY ROK!!!! To fakt, że wychowywałam go na celebrującego coś tam czasem, czytać polecałam książki, które wyrabiać miały męską charyzmę i poszanowanie pieniądza:), filmy wybitne podrzucałam, a nawet na jakiś czas na ścianie stare skrzypki dziecku powiesiłam, ale zaskoczona jestem, i to bardzo, bo wydawało mi się, że ślub może być albo wymuszony rodzicielstwem, albo będą żyć bez papierka. To jasne, że stałam się podejrzliwa, pytam, dlaczego dopiero 2011 rok, tak odległy termin jest bardzo podpadający. Nie nerwowość, dziecko w drodze, a spokojne wyczekiwanie jest dziwne. Jako matka doświadczona w ślubnym pośpiechu swojej pierwszej pociechy nie nawykłam do takiej normalności! Tym bardziej, że galop był przy ślubie, a także po kilku latach, przy rozwodzie:) Drążę więc temat i drążę, i nic. Dowiedziałam się tylko, że kiedyś od zaręczyn do ślubu musiało minąć trochę czasu. I to jest bardzo dobry wzorzec. Muszą się dorobić, z Wa-wy do Poznania na białym koniu wrócić, a nie na wysłużonej klaczy, czyli jako managerowie, a nie zwykła korporacyjna brać.

A w ogóle to ponoć odwykłam od normalności, skoro mnie to dziwi.  

I coś chyba w tym jest...

22:18, kocurkowata
Link Komentarze (13) »
niedziela, 06 września 2009

Wróciłam, niechętnie, bo pomimo pewnych zaskakujących połączeń i sytuacji, ja, kierująca się w życiu zasadą Moryca Welta, bohatera Ziemii Obiecanej - " zapłaciłem, więc się bawię", bawiłam się znakomicie, ponadto usportowiłam, poprawiłam koloryt ( nie tylko ciała ) i ujedrniłam ( też nie tylko ciało:)). Wypoczęłam, poobserwowałam życie, a nawet w nim uczestniczyłam. Byłam w Jarosławcu, w ośrodku, jak się okazało,  bardzo wielofuncyjnym. Bo kilkanaście osób ( w tym ja ) nastawionych było na mały komforcik pod każdą postacią i nieco samotności, kilkaset na wypoczynek i rozrywkę, następne kilkaset na posezonowe wyprzedaże, jedzenie do wielkiego syta i wyjście do ludzi.

Pozostała grupa, największa ( niepełnosprawna młodzież  ) na rehabilitację i małe szczęścia. 

Ostatni dzień pobytu, plenerową imprezę pożegnaniową przesunięto ( z uwagi na deszcz ) na późne popołudnie. Około 19-tej przestało padać, nawet zaświeciło jeszcze niskie słońce, plac przy oczku wodnym oświetlały ( jak zawsze wieczorem ) wielkie sztuczne palmy, a potem doszły nawet fajerwerki. Podano torty, szampan i dużo muzyki. Jak to przed wyjazdem, nastrój nam opadł, mimo czerwonego wina, każdy z kimś się żegnał, wymienialiśmy adresy, telefony, pstrykały aparaty, wiadomo jeszcze tylko ostatnie zdjęcia...

Niedaleko nas, na równiutko przystrzyżonej wielkiej łące ( która, pomimo, że ją można było deptać, pozostawała  w znakomitym stanie) kolebała się w rytm muzyki pewna para. Stali tam, mocno spleceni, on wysoki, ona maleńka, erekcja jego członka była bardzo widoczna, śpiewał - " żono moja, serce moje, nie ma takich jak my dwoje". W ten sposób przemiły, bardzo przystojny, ale równie mocno otępiały umysłowo, około 20-letni chłopak wyznawał swoje zadurzenie drobnej, jasnowłosej, głuchoniemej dziewczynie. Im Ona bardziej płakała, tym On głośniej śpiewał, bardzo, naprawdę, niewyraźnie, grubym, matowym głosem, bez zachowania melodii, właściwie buczał - " żono moja, serce moje, nie ma takich jak my dwoje" ...  

Żegnali się, Ona nie przestawała płakać, wciskała się pod Jego masywne, opiekuńcze ramię...  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

13:19, kocurkowata
Link Komentarze (17) »