O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
poniedziałek, 27 września 2010

Pobyt w więzieniu ( miejscu odosobnienia) własnej doskonałości i samodzielności trwa u mnie nadal. Powietrze nabrzmiało wilgocią, a mi jest ciągle źle, ogłusza mnie cisza przenoszona przez siąpiący deszcz. Cisza o mnie. Próbuję coś opowiedzieć, staram się powierzyć maleńkiemu światu wokół moje rozterki, choć nie spodziewam się "po" żadnych zwrotnych punktów. Spodziewam się natknąć na poglądy zachowawcze, jednak mimo to próbuję, bo żal opowiedziany jest mniejszym żalem, kłopot sprzedany na zewnątrz jest mniejszym kłopotem, a smutek czasem może wywrócić się na drugą, bardziej kolorową stronę. Za sprawą Kogoś.

Wczoraj wieczorem w rozmowie telefonicznej z Przyjaciółką próbowałam nieco ze swoich zmartwień przemycić, ale ona szybko weszła mi w słowo i przejęła ton. Zaczęła opowiadać historię swojego palca. Że boli, że nie wie dlaczego, że jak boli to rwie, a jak nie rwie to kłuje, że aż jej się słabo robi, a nawet w autobusie ktoś potrącił ten palec i wtedy..., będzie musiała pójść do lekarza, a u lekarzy są kolejki, u mnie na pewno nie jest tak źle ze służbą lekarską jak u niej..., Poznań to w końcu większe miasto... Że to nie to samo co tydzień temu z innym palcem, że teraz jest dużo gorzej... Opowieść zajęła z kwadrans, zmęczyła mnie, spasowałam bo odechciało mi się poruszać jednak ważniejszy temat niż jakiś palec, który nawet nie był kciukiem. 

Moja Kochana Przyjaciółka zawsze biadoliła, znamy się już tyle lat, taki stopień bliskości jest między nami, taka zażyłość, że nie zburzy jej na pewno chwilowy brak zainteresowania moją osobą. A może to można nazwać dosadniej - egoizmem? Zapatrzeniem w siebie. Czy to może ja mam tę obrzydliwą cechę i przyzwyczajam swoje otoczenie, że to mi się opowiada, ja wysłuchuję, ja jestem ta silna, ja znajduję wyjścia z sytuacji. Ja, bla, bla, bla. A dalej...? Nic?

Wzajemność trzeba wyrywać? Trzeba! To przecież wiem. Ale nieustająco się dziwię...   

No cóż. Tymczasem straciłam zapotrzebowanie na działanie, na nowe, na ... Od jakiegoś czasu gdy się zrywam, żeby.... słyszę zza obłokow chichot: "Teraz? Dopiero teraz? A co się kiedyś robiło. Hę???"

Tak się zastanawiam. Urodziłam się by biec, niewątpliwie, bo niemoc mnie niszczy a niemożność rozkłada. Podobnie jak każda niewypełniona treścią minuta mojego życia. Jak niewypełnione myśleniem nieliczne wolne chwile.  

Nie masz tyle siły żeby stracić kilka minut swojego czasu? Nie masz tyle mądrości, żeby przespać cały dzień? To goń! - chichot zza obłoków trwa nadal.

A spółka - Emmylou Harris i Mark Knopfler to jest to!

czwartek, 23 września 2010

"Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko" - Albert Einstein

Gdy mam kłopoty albo smutki, bądź jedno i drugie razem, idę na samotny spacer. Biorę aparat i skupiam się na obrazach, trochę przechodzi bo zapominam na chwilę o realiach, dzisiaj zmartwienia zawiodły mnie do Ogrodu Botanicznego.

Gdy wracałam zadzwonił syn, godzina była dla niego niezwykła, po siedemnastej jest jeszcze w firmie, ja zaraz się boję, że coś się złego stało. Telefony wszelkiej maści ( może z wyjątkiem służbowych) są dla mnie zwiastunami złych nowin, muszę kiedyś pomyśleć dlaczego... Ale nie, tak zadzwonił, żeby pogadać. Rozmawialiśmy ze dwadzieścia minut, a na koniec powiedział, że dzwoni żeby się dowiedzieć czy sobie radzę. Bo się martwi.

A ja się wtedy bardzo popłakałam... 

 

wtorek, 14 września 2010

Nie zakładam, że to już jesień, nie wierzę, że będzie lało aż do grudnia, nie zastanawiam się co będzie dalej, po jesieni. Bo się boję:( Jest mi zimno, wprawdzie w innym pokoju w kominku bucha ogień, ale ja nie mam tam jeszcze biurka, bo się wybiela blat i co najważniejsze - brak tam netu. Ponieważ jesień mogę jakoś przeżyć dzięki muzyce, inaczej nie byłoby to możliwe, od dzisiaj zacznam prezentować serię moich jesiennych przytulanek. Po niektórych łzy płyną mi ciurkiem po policzkach - takie przewrotne są te pocieszycielki...:)))

Mniej piszę bo wreszcie finalizuję duży projekt, co mnie i cieszy i martwi.

Uwaga specjana dla Zmianapasa, który nie pisze bo pewnie gna znowu autostradą, ale jest jednak ciekaw co lubię - dzisiaj też lubię Vangelisa:)  

Tagi: vangelis
21:03, kocurkowata
Link Komentarze (7) »
czwartek, 09 września 2010

A ja sobie myślałam, że jesień blogową przeżyję w marazmie, to kliknę jakieś zdjęcie, albo wspomnę o wakacjach, czy ewentualnie o budowie... A tutaj Joter postanowiła mnie obudzić i przywrócić w mojej głowie do działania tę część mózgu, która jest odpowiedzialna za sprawy wyższego rzędu. Czyli powinnam zrobić reasume siebie samej:)), a potem napisać w dziesięciu punktach co lubię, a przychodzi mi to zrobić w pioruńsko dżdżysty dzień, którego na pewno nie lubię.

Ok. Do dzieła.

Po pierwsze - lubię iskrzyć - chciałabym mieć w sobie taki dar, albo zaletę, niektórzy pewnie pomyślą, że wadę, żeby reagować ogniem wewnętrznym generalnie na świat. Ze wskazaniem na ludzi płci nie tej samej co moja;)- to jasne.   

Po drugie - preferuję ludzi z talentami wszelakimi, z pasjami, bo zarażają, tym samym odwlekają we mnie czas gderania ( mam nadzieję, że nigdy takowy nie nadejdzie ). Lubię ich bo dają mi właściwą perspektywę, bo nalewają płyn do dzbana, żeby był pełen, żeby się nie zapełnił cieczą jałową.  

Po trzecie - kocham odbierać świat zmysłami. Że oto jest coś i to mi się bardzo podoba, więc zatrzymuję się i patrzę. Że upiekłam roladę z generalnie tłustego boczku i sobie ją zjem, bo akurat mam na to ochotę i skórka jest spieczona i tak fajnie chrupie. Że usłyszałam dobry kawał muzyki, więc mogę wstać, bić brawo i domagać się bisów. Albo - idzie przystojny mężczyzna, ma w sobie dobry fizis, czuć intelekt - to patrzę na niego nie chowając wzroku za ciemnymi okularami;)

Po czwarte - lubię suszone pomidory, oliwki, oliwę Super Virgin, placki ziemniaczane i Boefa Strogonova własnoręcznie upichconego. A jeszcze bardziej bym lubiła, gdybym mogła się tym raczyć w słońcu, na pokładzie niewielkiego żaglowca, gdzieś na Karaibach, albo i dalej...  

Po piąte - lubię wszystkie odcienie błękitu. A także biel, czerń, żółć i czerwień. Uppsss - zapomniałam,  wszystkie kolory ważnych i wymienialnych banknotów:)też bardzo lubię.

Po szóste - bardzo lubię "Zapach kobiety", "Prawo Bronksu" " Wątpliwość" i "Lepiej późno niż później" - filmów byłoby pewnie jeszcze więcej ale nie chce mi się myśleć - bezmyślności, zwłaszcza swojej, raczej nie lubię:)

Po siódme - lubię pisać - przychylam się do opinii kilku moich czytelników, że niezła ze mnie pisarka, tyle, że na razie nie wydana, co jeszcze przecież nic nie znaczy. Lubię tak o sobie myśleć, a jeszcze bardziej będę lubiła, gdy już będę na głównej półce w Empiku:)

Po ósme - generalnie lubię ludzi, a jeśli jakiś czas nie lubię, to szybko mi to przechodzi. W polityce zaś uwielbiam kobiety.

Po dziewiąte - lubię patrzeć jak O. pracuje, np rąbie drewno kominkowe;), jest spocony, to rzadkość, zatem lubię te momenty jako atrakcje w monotonii dnia codziennego.

Po dziesiąte - lubię wyjeżdżać, a jednocześnie kocham swój dom, a co najciekawsze - lubię tę swoją kobiecą niekonsekwencję;)))

Uffff - a do zabawy zapraszam Amelię, Obiezy_swiatkę, Wildrose i Ewę777. He, he, he. Jak się bawić to się bawić, czapkę przepić, psa zastawić...!  

18:11, kocurkowata
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 06 września 2010

Wpadło mi na myśl, że skoro jestem pracowita jak pszczółka, powinnam coś więcej o tych pożytecznych owadach wiedzieć. A przynajmniej zobaczyć chociaż jak wygląda ul.

Udało się, w niedzielę była ładna pogoda, jak na jesień tego lata:), słońce przygrzewało, ciut pokropiło, trochę zimny wiatr zawiał, co tam, lekki sweter na siebie nałożyłam i w drogę. Daleko? Nie. Do Swarzędza. Oj nędza, nędza - cytując Rewińskiego ze znanego skeczu o biedzie. Co oczywiście nie jest prawdą, bo Swarzędz to bogata gmina.

Skansen Pszczelarstwa był czynny, ale jakby nie, bo byliśmy ( nie byłam sama ) jedynymi zwiedzającymi. Najpierw sala poglądowa na temat pszczelarstwa w ogóle, uznałam, że ta wiedza nie jest mi do niczego potrzebna, sfotografowałam w razie czego plansze i już mnie tam nie było. Na łąkach wokół znajdowało się to co mnie tam przywiodło. Ule, cała masa uli! Nigdy wcześniej nie widziałam na raz takiej ilości pszczelich domków. Ba, nigdy pasieki nie widziałam. To dziwne, bo są takie miejsca, czy nawet miasta, co pszczeli biznes lokuje się nawet w centrum aglomeracji. Czytałam o przypadku z Sosnowca, gdzie roje pszczół z pasieki na osiedlu mieszkaniowym przelatują do sąsiadów. Obsiadają psią budę, drzwi wejściowe, strach wyjść na ogród. Brrr, makabra. Nie wyobrażam sobie.

W skansenie nie groziło nam żadne niebezpieczenstwo, może dlatego, że na straży stały potężne drewniane ludzkie figury. Ule były puste. I to jakie! Zobaczcie sami:)  

Ja, jako pszczółka pracowita chętnie zamieszkałabym w zielonym domu dla pszczółek:) z czerwonym dachem. Brakuje mi tylko okiennic:)

 

 

 

 Była to bardzo sympatyczna wycieczka! 

19:52, kocurkowata
Link Komentarze (15) »
środa, 01 września 2010

Powiesiłam portret Żyda. Czego ja nie nagromadziłam w kwestii dobrobytu... Zawsze miałam kilka słoni z trąbami uniesionymi do góry, nie działały, przekazałam kilka z nich dalej. Tam też nie było lepiej. Zostawiłam sobie dwa, pusto się jakoś zrobiło na zaczarowanej regałowej półce i nadal wypatrywać musiałam każdego grosika. Potem dostałam dwie Baby Jagi, jedną malutką kieszonkową:), a drugą wielką, wyższą od segreatora. Gdy skądś wracam (mam na myśli dłuższy wyjazd) widzę, że O. odwraca moją wielką Czarownicę tyłem, albo chowa ją do szuflady. Czyli kukła działa! Jednak dobrobyt mam nadal przed mną:)

Jestem niecierpliwa, nie lubię czekać, zwłaszcza na mozolnie i latami wydreptywane bogactwo, czas przecież leci..., to w desperacji dokupiłam kilka żab na pieniądzach. A co. Jakby drgnęło, ale kasa umknęła szybciutko, za to dom jest po częściowym liftingu, powiedzmy, że czoło ma wygładzone;)) I znowu. Zabrakło mi sił, taka sytuacja musiała się w końcu przydarzyć, zobojętniała mi opcja majątkowa. I cóż. Poleciałam po motywację do Coacha, obok niego jest mały sklepik, wypatrzyłam Anioły, tak się do mnie uśmiechały. Kupiłam, od razu dwa. Coś drgnęło, ale niezadowalająco.

I wtedy poznałam Joasię, moją Joter z zakładek, czyli http://rodowicz.blog.onet.pl/ :) która podarowała mi własnoręcznie namalowany rysunek Żyda. Trochę trwało zanim go oprawiłam i powiesiłam, taki portret ma wymagania co do miejsca wiszenia:))

 

Są tacy co powiadają, że należy go umieścić przy drzwiach wyjściowych z domu, po lewej stronie od wyjścia i wychodząc koniecznie na niego spojrzeć. Są też i tacy, co twierdzą, że obraz powinien mieć dwie zawieszki: jedną na górze i drugą na dole, aby go w czasie szabasu odwrócić do góry nogami - o ile obraz je ma. Wtedy wszystkie zgromadzone przez Żyda pieniądze wysypią się z sakiewek i pozostaną w domu. W moim domu:))) A wówczas może będzie mnie nareszcie stać na kaczeńcową łąkę...  

 

Niestety, niektórzy powiadają, że portret ów powinnam kupić, ale Joter twierdzi, że przez Nią namalowane niejednemu już dobrobyt sprowadziły:)

I to by było na tyle w kwestii zaklinania losu. Zatem siadam i czekam, łapię ostatnie ożywcze muśnięcia lata, bo mam całą gromadę zaklinaczy losu którzy dla mnie pracują gdy odpoczywam. A nawet gdy śpię:)))