O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
czwartek, 15 października 2009

Zastanawiam się. Ostatnio bardzo często mi się to zdarza. Moje myślenie na tematy życiowe zazwyczaj skupia się, czy kręci wokół kwestii podejmowania decyzji. Ja wiem, sukcesem jest takową podjąć, ale... te mocne argumenty „za” i z mety pojawiające się „przeciw”, dylemat „czy tak, czy nie”, zrobię „może w sposób  taki” a „może w siaki”, dyskusje wewnętrzne i potem nawet zewnętrzne, czas… po czym machnięcie ręką pod hasłem „niechsiędzieje”! Czyli, jak wycelować w dobry pomysł (!)… Rzadko mi się to udawało, z raz, czy dwa, a może trzy, wprawdzie nie robię jeszcze rachunku sumienia, żeby nie było, że z moim zdrowiem jakoś krucho się porobiło, czy co ( swoją drogą i tak nie wiemy co w nas siedzi i jaki proces się aktualnie w naszych "podrobach" toczy), ale jak sięgam pamięcią wstecz, mało co przychodzi mi na myśl… Może zatem, z tego właśnie powodu, kroczyłam przez życie generalnie intuicyjnie. Czasem tylko robiłam na kartce analizę SWOT.  Bardzo czasem.

Hmmm, za to wyraźnie widzę w swoim życiorysie kilka punktów zwrotnych, nie tylko swoich. I bardzo dobrze, że były. I nadal niech będą! No właśnie. Super, bo znakomicie, że są.  

Moje drogie „ breaking points”.

Kilka razy uginałam się, chwiałam na nogach, nawaliłam się ( używając kolokwializmu jako przenośni – raczej nie mam nic przeciwko kolokwializmom, pod warunkiem, że nie są zamiast i jedynie) z powodu jakiegoś nadmiaru, przesytu, czy przepełnienia. Czasem miałam objawy choroby morskiej. Po czym opanowywałam odruch, zamykała mi się w głowie klapka ( nie klepka) odpowiedzialna za „cobyło” i z mety otwierało się „cobędzie”.  Tak jak gdyby ten proces dział się poza mną, bez mojego przyzwolenia, czy nawet wiedzy, ale może tylko pozornie.  Kto to wie… Myślę, że nie wszystkie moje „breaking pointsy”:) dostrzegłam,  ze dwa zwyczajnie zlekceważyłam,  z kilku nie skorzystałam, niektóre roztrwoniłam…  

Dzisiaj mam swój kolejny, przebrała się miarka, zabieram zabawki i zmieniam stan rzeczy.  Zostawiam firmę na krzywej rosnącej. Teraz, kiedy spłaciliśmy „przyjacielskim, zwłaszcza w biedzie, bankom” wszystkie kredyty, kiedy opanowaliśmy koszty, kiedy poukładaliśmy się z wierzycielami, teraz, kiedy wcale nam nie spada sprzedaż, a nawet rośnie, teraz, kiedy nasi klienci płacą nieźle  - teraz muszę stamtąd odejść. Klamka zapadła. Bo czuję duch odnowy!  

I teraz ( pisząc ten post) grzebię ( znowu przepraszam za kolokwializm ) w wielkim czerwonym kufrze ( prawie zapomniałam, że go mam ) pełnym naszyjników, i nie tylko, z różnymi kamieniami (niekoniecznie drogocennymi), też o nich zapomniałam. W firmie uchodziłyby za mało powściągliwy akcent.

No właśnie. To co! 

Breaking point.

Zawiesiłam sobie właśnie na szyi aż trzy sznury naraz. Misternie utkany ( nigdy nie miałam go na sobie) z zielonego chryzokwarcu splotłam z długim z niebieskiego lapis lazuli, a wszystko to okręciłam taniutkim naszyjnikiem z drobinek opali. Powstała zaskakująco niepasującą do mnie, ani do siebie, jeśli tak można powiedzieć, kompozycja! To nic, wolno mi.

Wiele mi wolno. Dzisiaj dostrzegłam swój kolejny "breaking point”!

21:37, kocurkowata
Link Komentarze (38) »
niedziela, 04 października 2009

- Ja się bardzo boję chodzić po mieście o ciemku - mawiała moja ( wówczas siedemdziesięcioletnia ) Babcia.

- A czego się Babciu boisz? - pytałam i jednocześnie wzruszałam ramionami.

- Że mnie ktoś zgwałci - odpowiadała cicho wbijając wzrok w czubki swoich kapci.  

Przypomniała mi się ta rozmowa bo wybrałam się dzisiaj na rekonensans fotograficzny na Stary Rynek. Wspomnienie rozbawiło mnie bardzo. Poza tym nic gwałtu ewentualnego nie zapowiadało:). Ogródki piwne wprawdzie są już częściowo zlikwidowane, bo to i temperatura nie jest sprzyjająca, poza tym dmie zimny wiatr, ale ludzi spacerowało mrowie.

"Chciałem kiedyś zmądrzeć, po ich stronie być, spać w czystej pościeli, świeże mleko pić" - śpiewał tekst Riedla, głosem prawie Riedla, siedzący w kucki chłopak w chustce na głowie, podobny też do Riedla.  

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy wracałam ulicą Paderewskiego, odprowadzana słowami piosenki (nadal) Riedla - "Samotność to taka straszna trwoga, ogarnia mnie, przenika mnie" - ogarnęła mnie radość. Bo złapałam dla siebie maleńką chwilę. Poczułam, że świat jest piękny, że wieczór na Rynku był magiczny, że byłam sama, ale nie samotna, zasłuchana w obcojęzyczny gwar, wtopiona w wielopokoleniowy tłum. I absolutnie bez obaw, że mnie ktoś zgwałci:)) 

20:50, kocurkowata
Link Komentarze (17) »