O autorze
Tagi
... wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się tęsknotą ... W.Myśliwski - Traktat o łuskaniu fasoli
niedziela, 31 października 2010

Przeszło rok temu, gdy jedna z moich Przyjaciółek przegrała nierówną walkę z rakiem, a ja spłakana planowałam wyjazd na pogrzeb, jeden z moich biznesowych kontaktów, Pan w moim wieku, wykształcony, z tak zwaną charyzmą  i sporą duchowością, zainicjował następujący dialog:

- Paliła?

- Tak.

- O, to jest nadzieja...

Obydwoje rzuciliśmy palenie mniej więcej kilkanaście lat temu, ponoć po pięciu latach organizm się odradza... Kiedy dwa tygodnie później druga, tym razem koleżanka z klasy licealnej odeszła, bo oddała rakowi zwycięstwo walkowerem, dialog cytowanego Pana ze mną się powtórzył.

- Paliła?

- Tak.

- O, to jest nadzieja...

Może i jest... Dzisiaj wspominam dwie moje nieżyjące od ubiegłego roku rówieśniczki i zastanawiam się jak różnych w obliczu zagrożenia ostatecznością dokonały wyborów.

Jedna podjęła nierówną walkę z "dziadem", jak  nazywała chorobę. Rzuciła palenie, zaczęła zdrowo żyć. No, może nie całkiem, bo w ramach cyklu - chemia, naświetlanie, chemia, i znowu naświetlanie, chemia i planowane naświetlanie, a "dziad" i tak obrał kurs na mózg. Z chorobą zmagała się półtora roku. Traciła siły, poza nielicznymi momentami pobytu w domu, czas spędzała w szpitalach ucząc się przede wszystkim pokory. "Wiesz, kupiłam sobie złote kolczyki, zawsze chciałam takie mieć...A co!" Często rozmawiałyśmy o życiu i śmierci, później wiedziała już że przegra. "Małe dzieci umierają, a ja swoje mam już za sobą, w końcu dwóch facetów wykończyłam..." - pocieszała mnie. Ona mnie!

Druga dowiedziała się że jest chora trzy lata temu. "Nie oddam się w łapy konowałom" mawiała, korzystała z medycyny alternatywnej, z wiedzy znachorów i zielarzy. Czuła się dobrze. Wyglądała kwitnąco. Nie przestała palić, ani pić. Bywała na imprezach. Sprzedała dom po rodzicach i wyjeżdżała. Gdzie Ona nie była, raz na miesiąc wsiadała w samolot i leciała, a pozostały czas szukała lotów, kwater, atrakcji na następny wojaż. Miesiąc przed śmiercią mówiła - "Zobaczcie, żyję, a konowały by mnie ukatrupiły już rok temu", za dwa tygodnie błagała o szpital, o chemię. "Teraz?!" -wściekali sie lekarze. Ale podali jej jakąś nowoczesną dawkę, zresztą za ciężkie pieniądze, bo tylko to mogło pomóc. Po dziesięciu minutach zasnęła.

Jutro zapalę świeczki na ich grobach po raz drugi.   

    

11:22, kocurkowata
Link Komentarze (9) »
piątek, 29 października 2010

Któż z nas nie pamięta starej maszyny do szycia na pedały? W każdym domu stała taka. W moim też, tym bardziej, że zacięcie do szycia miała Babcia, potem Mama, a w końcu i ja.

Byłam w liceum, pewnego dnia siadłam do niej, oczywiście gdy nikogo nie było w domu, to było ważne, bo gdyby nic z szycia nie wyszło, musiałabym przejść całą drogę krzyżową wstydu. Zawsze byłam perfekcjonistką. Wstydziłam się, gdy coś mi się nie udawało. Ale nie tym razem. Z czerwonej bawełny wykroiłam spódnicę z koła, zszyłam w tyle i wszyłam pasek zapinany na guzik. Podwinęłam też maszynowo, a co! Cztery proste szwy w dwie godziny. Następnego dnia wystąpiłam w kreacji na prywatce u koleżanki. Było świetnie.

Kilka lat póżniej spod moich rąk i spod igły tejże maszyny wyszła żółta sukienka na ramiączkach z tkaniny frotte, tego dzieła zazdrościły mi wszystkie koleżanki, a ja nie mogłam się doczekać lata i opalonych ramion. Wtedy czułam się piękna, najpiękniesza.

W kryzysie, będąc gościnnie w domu rodzinnym, jeszcze popełniłam kieckę indiańską, długą prostą, gdzie na zielonej taniej bawełnie naszyłam skórzane, czarne aplikacje - gałęzie z liśćmi. Ileż ja miałam na nią klientek!!! Ale dzieła własnych rąk nie zamierzałam się pozbywać.

Potem dostałam w prezencie maszynę do szycia walizkową. Cud techniki. A jeszcze później zalał nasz rynek tani trykot a Chin i Tajlandii, cud techniki utkwił na zawsze w kącie na strychu.     

Tymczasem stara maszyna z duszą stała w domu rodzinnym w piwnicy, gdy w tym domu zamieszkałam kilkanaście lat temu, od razu zapragnęłam dla biedaczki z drewnem zjedzonym przez korniki, oplecionej misterną pajęczyną, znaleźć godne miejsce. Zleciłam wykonanie blatu, sama wymalowałam żeliwne elementy czarną farbą zabezpieczającą przed rdzą. Popodziwiałam. I nic. Uznałam, że wygląda trywialnie, pospolicie i nie mam gdzie jej postawić.

Aż przyszedł ten dzień. W wyniku remontów i przesunięć stworzył się pewien kąt idealny wielkością dla powodu tychże wspomnień. Hmmm..., ale, no cóż, to nie były te kolory! Pędzle farby i szlifierki znowu poszły w ruch.    

Kolor blatu trzeba było doprowadzić do koloru rozpielonych belek podsufitowych.

A kolor żeliwnych elementów do koloru nóżek małej marmurowej ławy.

Pozostało jeszcze tylko przelecieć rozbielającą lakierobejcą blat... Przyczepić jedno do drugiego.

I można powiedzieć, że maszyna wróciła do życia, że znalazła swoje miejsce. Myślę, że nieraz postawię na niej laptopa i z mety zaszczepię sama w sobie sporo z kreatywności wieku młodzieńczego. Może znów będę mistrzynią prostych szwów. Kto to wie... 

niedziela, 24 października 2010

Po południu założyłam kufajkę po ojcu i wyszłam na ogród. Wydał mi się kolorowy i jakby osłonięty przed wiatrem, jedynie wielka brzoza komunikowała, że wieje.

Gdy się tak opatulam tą granatową pikowanką, zawsze wtedy czuję, jak ojcowskie ciepło spływa na mnie i mnie kołysze. Mam wtedy wszystko, co powinno czuć małe, wystraszone dziecko. Ciepło i dobrą wolę. To jest bardzo piękny stan.

Wczoraj pomyślałam że zapewne idą słotne dni i muszę koniecznie kupić sobie kolorowe kalosze. Tło gumiaków niechby było niebieskie, a na nim mogłyby się pysznić żółto-zielone mazgaje – jako kolorystyczna odwrotność błota. Widziałam takie w sklepie. Piękne były...  

Jest coś pozytywnego w bezpośrednim dotykaniu słoty. W takim upapraniu się błotną ziemią, wtedy właśnie najbardziej szukam w sobie tego małego dziecka, otoczonego uczuciem i troską najbliższych. Ufnego i pełnego nadziei.

Chciałabym zawsze mieć dobre myśli. 

 

poniedziałek, 18 października 2010

Świat widziany z perspektywy okna pokoju przy którymi stoi moje biurko wygląda inaczej niż przesuwający się za szybą samochodu, czy tramwaju. Jakby nic się nie działo, jakby czas nie przesuwał się do przodu. Za oknem wielki modrzew jakby zamarł w zieleni, a stojące na parapecie od czterech miesięcy kwitnące te same storczyki potwierdzają stagnację. Bardzo mnie zastanawiają te kwiaty, znieruchomiały w kwitnieniu i mimo, że są piękne, coś we mnie prosi je o zmianę. O przyspieszenie cyklu.

Mój świat też się nie zmienił, zza szyby wygląda tak samo jak latem. Już dziesiąty dzień nie wychodzę z domu. Wykonuję co do mnie należy, nie mogę zawieść ani klientów, ani ... no właśnie, kogo jeszcze? Bo nie siebie. Świat zza okna nie daje mi żadnej głębi, nie ma też wystarczającej ostrości, jednak mimo to myślę, że mogłabym nadal w nim trwać. Jakie to łatwe! Trwać.

Od miesięcy nie wychodzę poza krąg tego co trzeba, co się powinno, co by się chciało i mogło, bo mam pustkę w sercu. Odkryłam, że czekam na żar, który przywróci mi chęć tworzenia i życia w rytmie jaki lubię, bo sen w którym tkwię na pewno nie jest prawdziwym życiem.

Ech... Pójdę może wykopać astry... 

Tagi: dylematy
10:20, kocurkowata
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 11 października 2010

Odważyłam się. Jestem po. Trzecią dobę "po". Żyję, mimo, że w noc poprzedzającą zabieg śnił mi się zmarły Przyjaciel. Przemykał po moim śnie jak zwiastun czegoś inwazyjnego. Wystraszył mnie biało żółtą wiązanką sezonowych kwiatów. Nic nie mówił. Ani nie zachęcał, ani nie odradzał, a przecież nigdy nie był milczkiem!:) 

Byłam tak zdeterminowana, że gdy kolejny przecież już napotkany Anioł wyznaczył mi termin zabiegu na następny dzień byłam najszczęśliwsza. Choć bardzo wystraszona. Zaczynam budować swoje Miasto Aniołów czuwających, znajdujących się w pobliżu gdy tracę nadzieję. Jutro, już jutro? - nie mogłam uwierzyć, wiadomo ile się czeka, wiadomo, że my chorzy jesteśmy małym trybikiem w funkcjonowaniu zdegenerowanej maszyny. W ostatnim miesiącu wrzuciłam do parcianego wora trochę kolejnych niedobrych doświadczeń. 

Migdały hodowałam całe życie, wraz z nimi dawałam przyzwolenie na przekrwienia, bakterie, czopy ropne, czy wręcz ropnie i podatność na stany zapalne. Aż do sierpnia ślepo wierzyłam mylnemu poglądowi, że te dwa maleńkie, choć przerosłe organiki chronią mnie przed zapaleniami płuc. Głupota. Na zapalenie płuc wprawdzie nie chorowałam nigdy, ale na ostrzela tak. Poza tym na nieustające stany zapalne, aż do unieruchomienia stawów włącznie. Niestety. Teraz zobaczymy, czy ustąpią niekorzystne objawy.  

Teraz okaże się, czy to i tak nie było za późno.

20:16, kocurkowata
Link Komentarze (26) »